Droga do sukcesu jednej z największych polskich sieci kablowych była trudna i kręta. Dziś jednak Aster City to potęga.
Srebrne volvo niczym poduszkowiec mknie po dziurawych ulicach Warszawy, które z jego wnętrza wydają się płaskie jak płyta lotniska. Z głośników płyną delikatne dźwięki Mozarta. Zatopieni w białej skórze siedzeń rozmawiamy… no właśnie, wcale nie o nowych technologiach, postępie czy planach inwestycyjnych, czego można by się spodziewać po prezesie pierwszej i jednej z największych w Polsce sieci kablowych, lecz uroku zbierania znaczków pocztowych.
— Polskie, choć niektóre są naprawdę wyjątkowe, z jakichś powodów nie cieszą się na świecie dużym powodzeniem. A szkoda, bo mamy naprawdę ciekawe egzemplarze, całe serie! Mam ich kilka klaserów, to moja pasja — mówi Janusz Arciszewski, prezes Aster City.
I tak całą drogę, do centrali firmy na Mokotowie. Tu kolejne zaskoczenie. Na ścianach wiszą mapy i fotografie przedwojennej Warszawy. Kilka z prywatnych zbiorów, nigdzie dotąd nie publikowanych, rarytasy dla varsavianistów. Wystrój godny antykwariusza bądź prezydenta stolicy, a nie szefa operatora sieci kablowej. Ekscentryzm czy nostalgia?
— Raczej to drugie. Od dziecka mieszkałem w Ameryce. Rodzice wyemigrowali w latach sześćdziesiątych, tam dorastałem, kształciłem się, poznawałem życie. W Polsce mieszkam od 8 lat i chyba pozostanę tu na zawsze. Jak mogę, tak nadrabiam czas, a te zdjęcia przywołują tradycję, korzenie, o których chcę pamiętać, nostalgię za czasami, których tu nie przeżyłem — mówi prezes Arciszewski z wyczuwalnym nowojorskim akcentem, wplątując od czasu do czasu jakieś angielskie słowo.
Ogląda praktycznie jeden kanał w swojej kablówce: kino.pl, bo tam są stare polskie filmy.
— Nadganiam przeszłość, jestem złakniony polskości — dodaje Arciszewski, który w Ameryce przeżył ponad 30 lat.
Polska urzędnicza
W gabinecie Arciszewskiego, oprócz wszechobecnych reprodukcji starodawnych map (kojarzą mu się z podróżami, drugim wielkim hobby), uwagę przykuwa niepozornych rozmiarów przedmiot schowany w oszklonej szafie, za dyplomami i nagrodami, jakby zapomniany. To oprawiona jednodolarówka, pierwsza, którą Arciszewski zarobił w Polsce. Do naszego kraju prezes wrócił w 1994 roku, jako przedstawiciel koncernu Bresnan Communication. Na początku lat 90. kabel kojarzył się w Polsce z... Telekomunikacją Polską, wówczas monopolistą przez duże M, zaś telewizję kablową Polacy znali z zachodnich hoteli lub zagranicznych filmów. Amerykanów jednak nasza technologiczna siermiężność wcale nie zrażała, choć nie byli do końca pewni, czy im się uda. Dlatego pierwsza kablówka, połączenie telewizji z telefonem, powstała w Gorzowie Wielkopolskim. Na próbę.
— Ciężka to była próba, głównie za sprawą mentalności władzy i wyobraźni urzędników. Problem w tym, że w jednym kablu szedł sygnał telewizyjny i telefoniczny. Władza krzywym okiem patrzyła zwłaszcza na to drugie, bo były to czasy wszechwładzy Telekomunikacji Polskiej. A tu nagle Amerykanie zakładają własne telefony. Nawet dzisiaj są problemy z umowami interkonektowymi (operator płaci drugiemu za korzystanie z jego łącz), a co dopiero 10 lat temu. Jak o tym pomyślę, to dziwię się, że wszystko doszło do skutku — wspomina Arciszewski.
Kilka lat później gorzowianie jako pierwsi w kraju mieli w domach już nie tylko kablówkę i telefon, ale też internet.
Pierwszy rok spędzony w Polsce Arciszewski pamięta jako zderzenie dwóch kultur biznesowych: korporacyjnej, amerykańskiej i polskiej, urzędniczej.
— Łatwiej było przebić betonowy mur niż urzędniczą mentalność. Dla zachodniego biznesmena to było coś niesamowicie zaskakującego. My chcieliśmy coś zmienić na lepsze, z drugiej strony kompletny marazm urzędników — wspomina Janusz Arciszewski.
Ówcześni urzędnicy z ministerstwa łączności mieli szczególny problem ze zrozumieniem jednego — jak mając koncesję operatora telefonicznego, można jednocześnie oferować telewizję kablową. Gdy Amerykanie wyjaśniali urzędnikom, że jedno i drugie idzie w jednym koncentrycznym kablu, ci długo nie mogli uwierzyć i kręcili nosem... Przecież TP czegoś takiego nie oferowała! Mimo koncesji świadczenie usług długo było zawieszone. Amerykanie rwali włosy z głowy, ale cierpliwie czekali. Opłaciło się. W 1996 roku, po dwóch latach starań, w Gorzowie zadzwonił wreszcie pierwszy telefon nie należący do TP, a ekrany telewizorów stały się prawdziwym oknem na świat. Wkrótce połowa gorzowian wybrała nowego operatora. Obyło się bez wojny z TP, ale tylko dlatego, że był to Gorzów, nie Warszawa.
— Wtedy TP nie była tą samą TP co teraz. To była firma „urzędnicza”, nie mająca możliwości rynkowego reagowania na zmiany. Decyzja urzędnika była tym, czym dzisiaj menedżera. Drugi raz tak łatwo by już nie poszło — mówi Arciszewski.
Do stolicy „prywatny” telefon zawitał dużo później. Warszawa była bowiem ostatnim miastem, w którym ogłoszono przetarg na operatora telekomunikacyjnego. Koncesja na Warszawę kosztowała wówczas około 250 mln euro. Dla Arciszewskiego były to zbyt duże pieniądze, mimo że Aster City już kablowała stolicę.
— Przetarg wygrał Elektrim (Elnet), ale nie miał sieci. My ją mieliśmy. Elektrim odkupił ją od Bresnana. Wkrótce cześć udziałów Elnetu przejął Vivendi. Potem się spierali i trafili do sądu. To był dziwny okres, bo nagle — będąc prezesem Aster City — miałem dwóch właścicieli i jako prezes Elnetu — jednego. Wkrótce pojawił się problem, rozbieżność interesów — mówi Arciszewski.
Pijemy kawę. Rozglądam się po gabinecie. Wśród wiszących na ścianie map niepozorny obrazek, karykatura Mleczki narysowana specjalnie dla Arciszewskiego. Niebo. Bóg, a przed nim św. Piotr z pęczkiem listów od Ziemian komentuje „pocztę”: przyszły kolejne prośby o podłączenie internetu i telewizji.
Kredyty z walizki
Początki „kabla” w naszym kraju to jednocześnie czas burzliwego rozkwitu kapitalizmu.
— Pamiętam, że już w pierwszych miesiącach w Polsce zaskoczyło mnie, jak łatwo dostać kredyt. Każdy oferował się, że ma „wejścia” i „układy”, dzięki którym może załatwić pieniadze. Odwiedzały mnie całe tabuny takich „bankowców” — wspomina Arciszewski.
Dla kogoś, kto unika kredytów i do dziś kieruje firmą potrafiąc się bez nich obyć, to było zaskoczenie. Jednak najbardziej zdumiewało go... umiłowanie do stempelków.
— W Stanach praktycznie nie istnieje taki przedmiot, ja przynajmniej nigdy nic nie podstemplowywałem. Tymczasem w Polsce bez stempla okrągłego tudzież prostokątnego czy trójkątnego żaden dokument nie jest dokumentem. Ja go mogę podpisać przy kilku świadkach, ale jeżeli urzędnik nie przybije na nim choćby jednego stempla, to dokument wciąż pozostanie jedynie nieważnym papierem — dziwi się Arciszewski.
Ale okazuje się, że również w Polsce zdarzają się cuda. A dokładniej — wiele spraw daje się załatwić znacznie szybciej niż w Stanach:
— Wkrótce po przyjeździe do Polski chciałem wymienić paszport na nowy. Przy okazji urzędniczka zauważyła, że mam też nieważny dowód osobisty. Głupia sytuacja. Nie mam żadnego dokumentu. Na szczęście urzędniczka okazała się wyjątkowo przedsiębiorcza. Po godzinie załatwiła mi nowy paszport, przy okazji przemeldowała mnie, odroczyła pobór do wojska mojemu synowi, który mieszka w Stanach, nie mówiąc już, że wyjaśniła dokładnie, co, gdzie i do kiedy wypełnić i złożyć. Byłem zdumiony. W Stanach coś takiego musiałbym załatwiać tygodniami, i to w kilku urzędach! — wspomina Arciszewski.
Więc w czymś bywamy lepsi od Amerykanów...
— A wie pan, co mnie i wielu moich amerykańskich znajomych wkurza w Polsce? Głupota! Większość szans zmarnowaliśmy na własne życzenie. Ja nie mogę pojąc, jak można atakować Wałęsę, taki symbol narodowy! Ludzie skupiają się na drobnostkach, z których potrafią zrobić wielkie problemy, a nie widzą big picture, takiego szerszego tła — denerwuje się Arciszewski.
Prezes narzeka, prezes się oburza... Ucieka więc do swego ukochanego science fiction, ma całą bibliotekę. Tak może oderwać się od realiów.
— Wielu polityków jak ulał pasuje do postaci Lorda Vadera — zapala się Arciszewski. Po czym schodzi na ziemię, patrząc na zegarek. Audiencja skończona.
