Bogucki, Kontek, Mielcarek i Olszewski. Oni
przewidzieli tąpnięcie na światowych giełdach. Zarabiają.
Włodek Bogucki ma swoje biuro w kraju skupiającym jedną trzecią światowej prywatnej zamożności. W centrum Genewy, przy Place Isaac-Mercier 3, obok pięciogwiazdkowego hotelu. Na co dzień zarządza grubymi portfelami inwestycyjnymi najbogatszych inwestorów. Kiedyś nawet środkami potomków Adama Opla.
Wiosną 2006 r. Bogucki radził swoim klientom, aby czym prędzej zróżnicowali swoje inwestycje, pisząc tak: „Wydarzenia z ostatnich lat, a jeszcze bardziej z kilku ostatnich miesięcy i tygodni, zwłaszcza jeżeli spojrzeć na nie w kontekście bardziej wnikliwych i krytycznych analiz, przekonują o nieracjonalności wielu rynkowych oczekiwań i zmuszają do rzeczywistego niepokoju. (…) Zachowania poszczególnych rynków kapitałowych dowodzą nie tylko desperacji i agresji globalnego kapitału, ale prowadzą także do wielu anomalii cenowych i sugerują zupełnie odmienne przyszłe scenariusze ekonomiczne i inwestycyjne”.
Scenariusz Boguckiego się sprawdził.
— Co prawda, nie mogłem przewidzieć jednoczesnego załamania na rynku chińskim i sceptycznej wypowiedzi Alana Greenspana o rozwoju amerykańskiej gospodarki — mówi dziś Bogucki.
Jego klienci na korekcie na światowych giełdach jednak nie stracili. Ba, nawet zarobili, bo polski zarządzający dał im czas, by się zabezpieczyli.
Kto jeszcze zarobił? Znaleźliśmy trzech podobnych graczy giełdowych.
Warto ich posłuchać. Twierdzą, że to raczej nie koniec przeceny na światowych rynkach. A przynajmniej nie koniec przeceny na polskiej giełdzie.
Wróżka egoistka
Żeby zarabiać na korekcie na światowych giełdach, trzeba być dobrze uposażoną wróżką egoistką. Przewidzieć rozwój wypadków, ale specjalnie się tym nie chwalić.
— Środki z akcji spółek wycofałem już w połowie lutego. Stworzyłem swego czasu program komputerowy, który przetwarza mi wyniki spółek oraz dane makro i wyrzuca — po analizie — te najlepiej rokujące. W poprzednich latach, gdy tylko badałem sytuację, program wskazywał po kilkanaście spółek, z których większość rosła jak na drożdżach. W styczniu pierwszy raz wyskoczyła mi jedna spółka, a na jednym podmiocie nie można budować portfela. Zacząłem więc sprzedawać powoli swoje walory — mówi Krzysztof Kontek, inwestor giełdowy z Warszawy, zarządzający kilkoma milionami złotych.
Dziś Krzysztof Kontek czeka na lepsze dni na GPW, jeżdżąc na nartach w Alpach. Większość środków włożył w fundusze rynku pieniężnego (4,5 procent w skali roku) — są lepiej oprocentowane niż depozyty w bankach. Za resztę uruchomił kontrakty na spadek indeksów.
— Realną wartość MIDWIG, w którym się specjalizuję, oceniam na nieco ponad 3 tysięce punktów. Nie na 4,1-4,3 tysiąca — jak jest teraz — mówi Kontek.
Przed załamaniem się rynków niesamowitego nosa (choć bez programu komputerowego) miał też Sławomir Olszewski z Katowic. Skupił akcje zapomnianej chorzowskiej spółki giełdowej z branży budowlanej — Elkop — i faktycznie przejął nad nią kontrolę.
— Mamy 35 procent głosów na walnym i to wystarczyło do przeprowadzenia potrzebnych w firmie zmian. Spółka jest dotychczas moją najlepszą inwestycją. Akcje wzrosły o 350 procent — informuje Olszewski.
Elkop po zmianach w akcjonariacie wzbudził takie zainteresowanie inwestorów, że rośnie nawet wbrew korekcie na GPW. Od 26 lutego aż o 60 procent.
— Co decyduje? Przede wszystkim na rynku jest bardzo mało akcji Elkopu. Niebawem się to zmieni, bo przeprowadzamy split i nową emisję z prawem poboru. Wyemitujemy 5,5 miliona akcji z ceną 0,3 złotego. Chcemy w ten sposób uzyskać pieniądze na nowe kontrakty. Poza tym Elkop pozostawał jedną z tych spółek z branży budowlanej, które były najwyraźniej niedowartościowane — wyjaśnia Olszewski.
Zróżnicowanie portfela
Grzegorz Mielcarek, założyciel funduszu Investors TFI, gdy ponad tydzień temu — w dzień tąpnięcia na GPW — przyszedł do siedziby firmy przy Szucha 8, natychmiast zorganizował z wspólnikami burzę mózgów.
— Już wcześniej wycofaliśmy część aktywów ze stołecznego parkietu. Tego pamiętnego dnia resztę zabezpieczyliśmy kontraktami. Po przełamaniu przez indeksy tylu oporów stało się przecież pewne, że to nie jest chwilowa korekta. Od dłuższego czasu było zresztą widać, że większość polskich spółek jest przewartościowana. Dla przykładu banki, które w Czechach czy Brazylii są zdecydowanie niżej wyceniane — opowiada Mielcarek.
Jego fundusz jest dość niecodzienny. Założyli go w styczniu 2005 r. byli zarządzający funduszem Arka Banku Zachodniego WBK (kapitał 10 milionów złotych). Pobierają prowizję od zysku z zakupionych u nich jednostek, dopiero gdy przekroczy on w skali roku piętnaście procent.
Oprócz giełd Mielcarek i jego partnerzy inwestowali już między innymi w bank w Meksyku, w dewelopera w Bułgarii i producenta piasku w Chinach. Dziś zarządzają portfelem wartym 250 milionów złotych.
— W Chinach to jest dopiero złoty interes. Od czasu, jak weszliśmy do wspomnianego producenta, ceny piasku wzrosły tam o 300 procent — uśmiecha się nasz rozmówca.
Prosto z Genewy taką strategię dywersyfikacji inwestycji popiera w nerwowych dniach także Włodek Bogucki.
— Dywersyfikacja to jedyna rzecz na rynkach kapitałowych, która nic nie kosztuje. Trzeba też poważnie traktować płynność portfela, pamiętając, że pośpiech inwestycyjny nie zawsze popłaca i że brak aktywności jest czasami najlepszą możliwą formą inwestycyjnego zaangażowania. Przejawem inwestycyjnego rozsądku byłoby także przyjęcie zasady powiększania naszego portfela akcyjnego dopiero po spadkach cen.
Nie powinniśmy przy tym zapomnieć — tak na wszelki wypadek — o paru kroplach ropy (ze względu na ryzyko geopolityczne) i o kilku okruchach złota (jako parasol inflacyjny) — zaznacza Włodek Bogucki.
Końca nie widać
Szacuje się, że w Polsce jest około 200 tysięcy aktywnych rachunków maklerskich. Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych ankietowało w ubiegłym roku 1342 graczy giełdowych. Wyszło, że przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych kierują się oni przede wszystkim własnymi analizami (55 procent ankietowanych).
My mamy czterech bohaterów i cztery różne scenariusze rozwoju wypadków na światowych giełdach.
Najbardziej optymistyczny w ocenach jest Sławomir Olszewski.
— Radzę szukać perełek, na przykład wśród spółek groszowych. Jeśli spółka ma potencjał, branża, w której działa, ma potencjał, oprze się korekcie. Korekta zresztą nie powinna potrwać na GPW zbyt długo — mówi Olszewski.
Nieco mniej korzystny scenariusz przewiduje Grzegorz Mielcarek.
— Na razie jest nerwowo. Na pewno ta część rozentuzjazmowanych nabywców, która straciła na korekcie, dostała nauczkę. Myślę, że na polskiej giełdzie będzie więcej analizy, a mniej kupowania na łapu-capu. Nasz rynek jest przewartościowany. Dobrych okazji do zarobku należy szukać w krajach na wcześniejszym etapie rozwoju — mówi Mielcarek.
Z założycielem Investors TFI zgadza się Włodek Bogucki, który mocno interesuje się rynkiem w Bośni i Hercegowinie.
— Lepiej lokować pieniądze w tamtejsze tanie duże spółki niż w średnie i małe, przecenione firmy na GPW. Tamtejsza giełda nie odnotowała ostatnio żadnej korekty — mówi Bogucki.
Jednak taka strategia też nie zawsze gwarantuje sukces.
— Funkcjonujemy na dynamicznym rynku globalnym, który nie wiadomo, jak się zachowa, bo sami nie do końca go rozumiemy. Dlaczego tak jest? Nie ma podobnej sytuacji z przeszłości, do której moglibyśmy obecne warunki przyrównać. Wszystko rozgrywa się w triumwiracie — Chiny, Japonia, Stany Zjednoczone. Na rynku z powodu ciągłego obniżania stóp procentowych w ostatnim dziesięcioleciu pojawiło się sporo taniego pieniądza, który stymuluje popyt — twierdzi Bogucki.
Jego zdaniem, jedno jest pewne — płynności na światowych rynkach inwestycyjnych będzie coraz mniej. Nikt jednak nie potrafi przewidzieć, czy i kiedy grozi nam prawdziwy kryzys finansowy. Przewidzieć, jak zachowają się wtedy te same banki centralne, które w przeszłości gotowe były zawsze przyjść nam tak chętnie ze swoją monetarną pomocą.
— Być może ostatnie sygnały z giełd dowodzą, że globalizacja, która z pewnością wymagała finansowego naoliwienia, została po prostu przeoliwiona, a w konsekwencji również niewłaściwie i zbyt optymistycznie zinterpretowana przez inwestorów — zastanawia się Bogucki.
Najdrastyczniej o obecnej sytuacji na polskich giełdach wypowiada się Krzysztof Kontek, co w zasadzie nie dziwi. Jego gra na giełdzie skupia się ostatnio na obstawianiu spadków indeksów.
— Tuż przed spadkami znajomi zaprosili mnie, by zapytać: „Krzysiek, w co zainwestować? Wszyscy grają, ja też mogę”. Odpowiedziałem: „Mądrzy ludzie coraz częściej mówią, że nie należy się obawiać trzymania gotówki. Wyjedź, rozerwij się, a nie myśl o inwestycjach”. Chyba dobrze zrobiłem, co? — uśmiecha się Kontek.
Ulubionym — w ostatnich miesiącach wskaźnikiem inwestora z Warszawy jest kurs euro do dolara.
— Dolar dawno już nie był tak słaby. Jeśli dolar nie odwróci trendu, to wszystko rypnie. I nie do końca da się nawet oszacować skalę takiego tąpnięcia — dodaje Kontek.
Jak będzie rzeczywiście? Czas pokaże. Wróżka egoistka prawdy nie powie. n
