Aby zobaczyć inny niż zwykle Nowy Jork, wystarczy trafić do organizacji istniejącej po to, by pomagać przybyszom.
Turysta w Nowym Jorku z przewodników się dowie, że należy pokręcić się po Manhattanie, Chinatown i Lower East Side czy skupiskach artystycznych, jak Soho i TriBeCa, Greenwich i East Village... Książka doda też muzea: Metropolitan, Modern Art. I jeszcze Statuę Wolności, Empire State Building czy Central Park... Jeśli przybysz jest Polakiem, ciekawość zagna go na Greenpoint.
Niektórym jednak kanon nie wystarcza — chcą zobaczyć zakątki poza turystycznymi ścieżkami lub poznać mieszkańców tego fascynującego miasta... To wszystko da się zrobić — wystarczy zapukać do właściwych drzwi: organizacji istniejących po to, by pomagać przybyszom. W Nowym Jorku — i nie tylko tam.
Miło, kiedy — jadąc w świat — możemy liczyć na bezinteresowną gościnę...
— Mój kolega Karol lubi spędzać czas przed komputerem. Natrafił na informacje o Stowarzyszeniu Podróżników Servas. Kiedy planowaliśmy wyjazd do Nowego Jorku, postanowiliśmy zostać członkami tej organizacji. Przynieśliśmy listy referencyjne. Potem z nami rozmawiano: działalność Servas opiera się na zaufaniu — członkowie otwierają przed sobą drzwi domów... Trzeba eliminować ludzi, którzy mogliby organizacji zaszkodzić. Nas przyjęto. Wnieśliśmy opłatę członkowską: 120 zł za rok... — opowiada Tomasz Sańpruch, dziennikarz TVP1.
Chcieli pobyć w Nowym Jorku 12 dni — musieli znaleźć 4 gospodarzy. Bo w regulaminie Servas stoi, że w jednym domu nocujesz najwyżej 3 noce. Wysłali e-maile do Amerykanów — znaleźli się chętni, którzy przyjęli ich pod swój dach. I tacy, którzy chcieli tylko się spotkać.
— Nasz pierwszy gospodarz, Fred, mieszkał we wschodniej części dolnego Manhattanu. Okazał się panem w średnim wieku, otwartym i radosnym. Dał nam klucze do mieszkania i powiedział, abyśmy czuli się jak u siebie... A wieczorem zaprosił na przyjęcie do przyjaciół! Dobrze trafiliśmy — bawiono się z okazji premiery filmu „Hollywood Ending”, w mieszkaniu aktora. Zaprzyjaźniliśmy się z nim — i następnego dnia zwiedzaliśmy nowojorskie studia filmowe — snuje opowieść Tomasz Sańpruch.
U Freda zjedli pierwsze amerykańskie śniadanie, zobaczyli też, jak Amerykanie dbają o środowisko — nawet torebka po herbacie miała specjalne miejsce w pojemniku na śmieci... W podzięce za gościnę podarowali Fredowi szalik kibica polskiej reprezentacji piłkarskiej. Potem wylądowali na Brooklynie.
— Harry to historyk Nowego Jorku. Jego mieszkanie wypełniały książki o tym mieście — część z nich sam napisał. Zaproponował wspólne zwiedzanie miasta. Największe wrażenie zrobiły na nas zgliszcza WTC... Przeszliśmy też słynny Most Brooklyński... — mówi Tomasz Sańpruch.
I z powrotem na Manhattan — Jose i David, przyjaciele zatrudnieni w IBM, mieszkali w pobliżu Empire State Building, znów najwyższego wieżowca Nowego Jorku... Ostatni gospodarz Polaków, Jaff — to sąsiad Jose i Davida.
— Młody lekarz często gości ludzi z Polski, i nie tylko. Wieczorem przyszły dziewczyny z Mediolanu, które kilka tygodni wcześniej mieszkały u Jaffa. Chciały się pożegnać — nazajutrz wracały do Włoch... Po krótkiej biesiadzie w domu, przenieśliśmy się do typowej amerykańskiej knajpy. Wyglądała jak na filmie. Specjalnością kucharza były steki i — oczywiście — hamburgery. Innego dnia odwiedziliśmy przyjaciela Jaffa, Polaka, który otworzył pub w pobliżu Times Square, najjaśniejszego — od neonów — miejsca świata. Poszliśmy je zobaczyć. Następnego dnia wracaliśmy do Polski — wspomina Tomasz Sańpruch.
Zostawili Jaffowi klucz pod wycieraczką. A w mieszkaniu — koszulkę w polskich barwach narodowych i szalik.
— Fajna przygoda. Tylu wrażeń i doświadczeń związanych z codziennym życiem nowojorczyków nie zapewniłby nam ani hotel, ani wycieczka z biura podróży — podkreśla Tomasz Sańpruch.
Turystom trudno dotrzeć poza typowe atrakcje. Przyznają to sami nowojorczycy. Kilka setek zafascynowanych swoim miastem ludzi działa w stowarzyszeniu Big Apple Greeter. Pokazują turystom Nowy Jork swoimi oczami. Zwracają uwagę na drobiazgi, których przyjezdni nie zobaczyliby wcale. Wodzą po ulubionych dzielnicach, uliczkach... Pieszo lub środkami komunikacji miejskiej. Ich pomoc jest bezpłatna.
— Ponad 30 tys. gości — z każdego stanu Ameryki i z 75 krajów świata — zwiedziło Nowy Jork w towarzystwie naszych ochotników. Chcieli odkryć coś ciekawego, coś poza wyznaczoną ścieżką — mówi Elizabeth Smith, dyrektor ds. marketingu w Big Apple Greeter.
Na wyprawę w towarzystwie „Greetera” wybrała się Aneta Kołaszewska, dziennikarka „Elle”. Interesował ją Brooklyn. „Greeter” — 32-letnia Terry — to specjalista ds. finansowych w firmie Apple Direct Mail. Z irlandzko-niemieckiej rodziny.
— Wybrałam anglojęzycznego przewodnika, bo to okazja do lekcji z rodowitym nowojorczykiem. Pytałam Terry, dlaczego poświęca swój wolny czas na takie zajęcie? Twierdziła, że chce robić coś dla ludzi. Wcześniej pracowała w organizacjach humanitarnych. Ale woli pokazywać miasto, które kocha — tłumaczy Aneta Kołaszewska.
Wycieczka zaczęła się nieszczególnie.
— Terry przyszła po mnie do znajomych, u których mieszkałam. Jedliśmy śniadanie. Mój gospodarz — mimo oporów dziewczyny — wmusił w nią kawałek polskiej kiełbasy. No i potem Terry narzekała na samopoczucie... — wspomina Aneta Kołaszewska.
Od Big Apple Greeter dostały całodzienne bilety na metro. Gratis. Zwiedzały ciekawe kamieniczki, zaułki... Zaglądały do galerii malarstwa i fotografii w Soho, buszowały po sklepikach i knajpkach tej artystycznej dzielnicy. Terry pokazała Anecie nowojorski dom aktorki Gwyneth Paltrow... Poszły do ogrodu botanicznego.
— Sama bym tam nie trafiła, bo opis w przewodniku nie zainteresował mnie... A było pięknie! Kwitły róże, widziałam hodowle bonsai... I amerykański ślub, który tam właśnie się odbywał — mówi Aneta Kołaszewska.
I tak to jest z nowojorskimi wolontariuszami: jedni pomogą zrozumieć atmosferę Wielkiego Jabłka, inni zaproszą do domów. Ale zawsze chcą być i są pomocni.
