Zabawy zbrojne

Urszula Światłowska
opublikowano: 2006-03-17 00:00

Carska twierdza, kilku zapaleńców, czyli jak zamienić zabytek w historyczny park rozrywki.

Drugi weekend olimpijski. Hokej, biathlon i skoki narciarskie z udziałem Adama Małysza. W sobotę piękna pogoda. W niedzielę, dla równowagi, leje. Robienie imprezy w takich warunkach zakrawa na szaleństwo. Jadąc, zastanawialiśmy się, czy na miejscu spotkamy kogoś prócz kilku zapaleńców.

Ruch w interesie

Dzień: niedziela. Czas: 11.20. Miejsce: twierdza Modlin. Pogoda: paskudna.

Zjeżdżamy do Modlina. Szukamy Giełdy Militariów i Zlotu Pojazdów Militarnych. Pierwszy drogowskaz — giełda w prawo. Dzięki kolejnym strzałkom docieramy na miejsce.

Choć deszcz siąpi niemiłosiernie, spotykamy więcej osób niż można by się spodziewać. Jakaś rodzina zaczepia grupkę młodych ludzi.

— Przepraszam, nie wiedzą państwo, gdzie będzie inscenizacja bitwy?

— Słyszałem, że tam… Ale to za pół godziny…

Pod murem niemiecki oficer pali papierosa i zawzięcie dyskutuje o czymś z amerykańską sanitariuszką. Kawałek dalej kolejka do strzelnicy, kilka osób wcina kiełbaski. Mały tłumek zgromadził się przed działem, które obsługuje jakiś chłopiec. Gdy w nas celuje, oddalamy się na bezpieczną odległość. Do budynku, gdzie zorganizowano giełdę. A tu harmider!

— Tato, kup mi hełm!

— Ile kosztuje ten bagnet?

Menażki, odznaczenia, broń, nieśmiertelniki. Raj dla miłośników militariów.

— Opłaca się tu przyjeżdżać?

— Tak. Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. Ważniejsze są kontakty — wyjaśnia jeden ze sprzedawców, pokazując jednocześnie, jak można zrobić nieśmiertelnik.

Piotr Kowalski, współzałożyciel Fundacji Parku Militarnego Twierdzy Modlin, pokazuje nam mniejszą salę. Sklepik.

— Jeżeli ktoś potrzebuje ubrań, może je kupić w naszym sklepiku. O tu. Proszę. Zamiast zapłacić sto czy dwieście złotych w sklepie — 20 lub 60 u nas. A to za złotówkę, to za dwa, a to pięć złotych — pokazuje kolejne przedmioty — kubki, pocztówki, menażki i czapeczki.

Konkurencja dla marketów

W październiku 2005 roku kilku zapaleńców, m.in. Michał Janson i Piotr Kowalski, założyło Fundację Parku Militarnego Twierdzy Modlin. Dlaczego? Bo nie mogli patrzeć, jak zabytek niszczeje. Postanowili zrobić coś z niczego. Co? Park rozrywki. Obok — centrum handlu.

— Jesteśmy w NATO i w Unii Europejskiej, a właściwie nikt nic o tych krajach nie wie. Nawet nie potrafimy wymienić naszych sojuszników, a co dopiero powiedzieć coś o ich historii. Wyobraźmy sobie, że poszczególne kraje NATO będą miały swój kawałek twierdzy, wyremontują budynki, a potem zaprezentują tam swoją historię — marzy Piotr Kowalski.

Ale to dopiero początek planu, bo przecież twierdza powinna na siebie zarobić.

— Stworzymy część komercyjną, która przyciągnie ludzi takich jak my — kupców. Mamy kolegów restauratorów, prowadzących hotele, zajmujących się końmi, paintballem. Reprezentujących ze 150 rodzajów działalności. Jest kawałek fajnego miejsca, można coś zrobić. Jeżeli otworzymy tylko restauracje, to nikt nie przyjedzie, jeżeli będą tylko konie, to ściągną wyłącznie zainteresowani. A gdyby tak stworzyć miejsce, gdzie tych 150 działalności można otworzyć naraz? Każdy dostałby jakiś kawałek miejsca w Modlinie. W ciągu czterech lat musi go odnowić, oczywiście zgodnie z koncepcją konserwatora zabytków, zagospodarować, uruchomić działalność gospodarczą — i wtedy może go kupić. Ale jeśli nie zrobi tego do określonego terminu, wejdzie ktoś inny. Chcemy, by powstała alternatywa dla centrów handlowych — dodaje Piotr Kowalski.

Projekt spodobał się władzom lokalnym, które pomagają zapaleńcom.

— Przez wiele lat twierdza była obiektem zamkniętym. Gdy wyszło z niej wojsko, niszczała. Pojawiały się pomysły na zagospodarowanie, ale nic z tego nie wychodziło. Dobrze, że pojawili się zapaleńcy, którzy chcą odrestaurować twierdzę i ściągnąć tu ludzi. Staramy się ściśle współpracować, m.in. wspólnie uczestniczymy w targach turystycznych — mówi Marzena Wojda, naczelnik Wydziału Promocji i Rozwoju Miasta w Urzędzie Miejskim w Nowym Dworze Mazowieckim.

Godzina zero

Zbliża się 11.45. Coraz mniej czasu do inscenizacji. Organizatorzy uwijają się jak w ukropie.

Na chwilę przed rozpoczęciem bitwy, przed garażami, gdzie zgromadzono zabytkowe pojazdy, zgiełk. Ryk rozgrzewanych silników, ostatnie ustalenia i rozmowy gapiów. Tylko wilczur obserwuje wszystko leniwie, a gdy chcemy mu zrobić zdjęcie, odwraca łeb. Po chwili samochody jadą na miejsce bitwy. Za nimi widzowie. Pustoszeje barek, giełda i sklepik.

— Proszę odsunąć się za linię drzew, pilnować dzieci i trzymać psy — krzyczy żołnierz w niemieckim mundurze.

Obie strony przygotowują się do natarcia i obrony. W tle rozbrzmiewa muzyka ze „Stawki większej niż życie”. Zaczyna się. Słychać wybuchy, dym i szarżujący oddział.

— Dlaczego on ma adidasy?

— W „Krzyżakach” mógł być zegarek, to tu mogą być adidasy. Nie czepiaj się.

— Ale super — rozdziawia buzię mały chłopiec.

Widzowie wyciągają szyje, by zobaczyć, co się dzieje na polu walki. Po chwili koniec. Amerykanie zwyciężyli. Czas na pamiątkowe zdjęcia.

Twierdza i przyjaciele

Twierdza aż się prosi, by w nią zainwestować. Wstępną decyzję o budowie podjął Napoleon w 1806 roku. Wtedy powstał obwód wewnętrzny dzisiejszej cytadeli. Potem jeszcze rozbudowywana i modernizowana, w ubiegłym wieku uzyskała obecny kształt. Modlin przechodził z rąk do rąk, a każdy z gospodarzy dodawał coś od siebie. Rosjanie, Polacy, Niemcy.

— Teren twierdzy ma aż 250 km kw., jest tu 400 zabytkowych budynków, a promień wewnętrznej twierdzy to 3 km. Tam przed wojną było wszystko, co być mogło — centrum wyszkolenia saperów, centrum broni pancernej, szkoła kadetów, pierwszy port marynarki wojennej. To jest idealne miejsce, by zainteresować młodzież historią — opowiada z zapałem Michał Janson, współzałożyciel Fundacji Parku Militarnego Twierdzy Modlin.

Ale to plany. Na razie fundacja działa z mniejszym rozmachem.

— Już teraz próbujemy coś robić. Są przewodnicy, rekonstrukcje bitew, strzelnice i giełda. Ale idea jest taka — można odnowić cały obiekt bez wyciągania ręki po państwowe pieniądze i zrobić coś komercyjnego. Czyli rodzaj parku rozrywki. Przecież Modlin jest w tej samej odległości od Warszawy co Piaseczno. Będzie lotnisko, jest wygodna droga — wymienia Michał Janson.

Od listopada 2005 roku, kiedy wystartowała pierwsza Giełda Militariów, były już cztery imprezy. A każda cieszy się coraz większym zainteresowaniem.

— Zrobienie jakiejkolwiek imprezy kosztuje 15-20 tysięcy złotych. Zabezpieczenia, ochrona, itd. Nawet jeżeli przyjdzie tylko jedna osoba. Ale jak przyjdzie za dużo ludzi, to też niedobrze, bo robi się impreza masowa. Gdzieś to wszystko trzeba wyważyć, by nie zostać pokonanym przez własny sukces — zaznacza pragmatycznie Piotr Kowalski.

— Nie chcemy przedawkować. Małymi kroczkami do przodu — dodaje Michał Janson.

— I udaje się?

— W lecie przyszło 7 tysięcy — mówi z dumą Janson.

— Do tej giełdy jeszcze trochę dołożyliśmy, brakuje nam około 7 tysięcy złotych, by wyjść na zero, ale w marcu już powinniśmy mieć swoje, w kwietniu spodziewamy się pierwszych zysków. Liczymy, że będzie to jakieś 10 tys. złotych. Ruszamy z giełdą motocyklową. Na początku razem z militarną, potem przesuniemy ją o tydzień. Chcemy, by wystartowała też giełda staroci. Od kwietnia zwiększymy częstotliwość giełd. Chcemy, by co tydzień mógł ktoś przyjechać — zjeść kiełbaski, zwiedzić, kupić pamiątki — uzupełnia Kowalski.

Krajobraz po bitwie

Po inscenizacji „żołnierze” wszystkich stron zbierają się w barze „na rozgrzewkę”. Podobnie widzowie — rodziny z dziećmi, osoby starsze, młodzież. Gdy z trudem znajdujemy wolne miejsca, Piotr Kowalski z dumą pokazuje nam okna.

— Tu jeszcze nie tak dawno nie było szyb. Wstawiliśmy. Wykonane są tą samą techniką jak w XIX wieku. Dlatego przy takiej pogodzie nie można ich otwierać — opisuje.

Potem pokazuje nam kolejne budynki. Wystawę, toalety, remontowane pomieszczenia.

— Proszę zobaczyć, takie schody to ewenement — mówi.

Na piętrze mijamy kilku „żołnierzy” rozgrzewających się przy piecu. I choć jest tu jeszcze sporo do zrobienia, widać efekty.

— Mamy swój kawałek, czyli 6 tys. metrów i 5 budynków, odnawiamy go. To takie hobby, na które wydajemy więcej pieniędzy niż na siebie — śmieje się Piotr Kowalski.

Przyznaje, że jeszcze dużo zostało do zrobienia.

— Jesteśmy osobami prywatnymi. Już władowaliśmy kilkaset tysięcy w remont. Do tej pory wydaliśmy około 1 mln złotych — przygotowanie toalet i zaplecza, wstawienie okien, uporządkowanie terenu. Można mówić, że zrobiliśmy niewiele, ale jeżeli mamy 6 tys. metrów kwadratowych, to już samo maźnięcie czymś ścian kosztuje dziesiątki tysięcy złotych — wyjaśnia Piotr Kowalski

Na przełomie wiosny i lata tego roku przedstawiciele fundacji chcą uruchomić 150 tanich miejsc noclegowych, a latem zacząć budowę toru rowerowego BMX. W sierpniu ma się odbyć kolejny Zlot Pojazdów Militarnych.

— Znaleźliśmy ludzi zainteresowanych ratowaniem tego miejsca. Wyższych oficerów Wojska Polskiego, fundację NATO — Mars and Merkury — zrzeszającą byłych wyższych oficerów wojsk NATO. Spotkaliśmy się z ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Polsce — wymienia Michał Janson.

— Jesteśmy bliscy realizacji kolejnego projektu. Chcemy kupić budynek internatu. NATO przyznaje pieniądze na założenie tzw. domów weteranów. Miejsca, gdzie mieszkaliby emerytowani wojskowi. Zamiast siedzieć w domu i się nudzić, mieliby tam rozrywki bliskie ich zainteresowaniom, m.in. strzelnicę. Spędzali aktywnie czas — dodaje Piotr Kowalski.

A im większe zainteresowanie, tym większa szansa na pozyskanie inwestorów. Zwłaszcza, że Agencja Mienia Wojskowego jest przychylna, a ceny powojskowych gruntów nie osiągają zawrotnych cen.

— Rozmawiałem z agencją. Chętnie powitają inwestorów w cytadeli. Warto się zainteresować — zaprasza Michał Janson.

Możesz zainteresować się również: