Zaduma i szaleństwo

Jacek Konikowski
opublikowano: 15-12-2006, 00:00

Jest! Pierwsza gwiazdka na niebie. Nastrojowe światło, zapalone świece, siano pod obrusem, na obrusie śledzik i coś do niego. Potem typowo: 12 potraw, karp, barszcz z uszkami, kapusta z grochem, kompot z suszonych śliwek… W kuchni ruch jak na Marszałkowskiej. W rogu pokoju miga pachnący iglak. Rodzina, kolędy… Za drzwiami czai się aniołek (małopolska wersja wielkopolskiego gwiazdora — w Warszawie zwanego Mikołajem) i kolędnicy. Zaraz złamiemy się opłatkiem, jako jedyni na świecie, bo poza Litwinami nikt tego nie robi. Po wigilijnej nostalgii kilka dni odpoczynku. I strzelają fajerwerki! Sylwester! Bale i lokale! Nowy rok trzeba witać na stojąco, a szampan ma szumieć w głowie. Tyle tradycji. Niektórym życie nawet w takie dni potrafi płatać figle. Bywa nietypowo...

1. Związek z biurkiem

Typowe święta i sylwester Romana Karkosika innym mogą wydać się nietypowe. Rozmowa o nich przypomina grę w pomidora.

— Pamiętna Wigilia, sylwester? Wszystkie typowe — mówi Roman Karkosik.

Czyli jakie? Jak wygląda typowa Wigilia jednego z najbogatszych Polaków?

— Pracuję.

— A sylwester?

— Pracuję.

— Hm, no a gdzie miejsce na przyjemności?

— A czy jest większa frajda niż praca? W pierwszy dzień świąt, do 21.30, siedzę za biurkiem, kombinując, do kogo by tu jeszcze zadzwonić. Rodzina wyciąga mnie do stołu — pół godziny, do godziny wytrzymuję, potem wracam za biurko — mówi Karkosik.

Tempo jak w fast foodzie. Co na to rodzina? Co z tradycją rodzinnej Wigilii?

— Nie dziwi się. Wie, że męczy mnie siedzenie przy stole. Praca to przyjemność, a ja robię to, co lubię.

— To o sylwestra nawet nie zapytam...

— Do 23.30 pracuję. Godzina przerwy i dalej za biurko. Zawsze włączam telewizor, żeby nie przegapić północy.

I nie korciło, żeby raz w roku zaszaleć? Zabalować na całego?

— Żeby rano głowa bolała i nie można było pracować?

Trudno uwierzyć. Najlepsze Wigilie i sylwestry Romana Karkosika to te spędzone za biurkiem...

2. Na wysokości zadania

W domu Bogdana Foty święta są typowo polskie. Rodzina zjeżdża z całego świata żeby zasiąść przy wigilijnym stole. W tym roku będą nietypowe. Fota spędzi ją z drużyną koszykarską.

— Chłopaki z Kager Gdynia nie mogą rozjechać się do domów, bo 27 grudnia gramy ostatni mecz. Wigilię spędzą więc z nami, przy jednym stole. Ciekawe jak wyjdzie —na pewno wesoło. Wśród goszczonych będzie trzech Amerykanów, w tym dwóch czarnoskórych, jeden z samej Alabamy. W Stanach Zjednoczonych święta trwają jeden dzień, więc mogą być zaskoczeni — zastanawia się Bogdan Fota.

Co na to małżonka, królowa wigilijnej kuchni? Nie załamuje rąk, mimo perspektywy gotowania dla ponad dwudziestu paru osób. Sama upiecze nawet chleb. Wigilia państwa Fotów na pewno będzie „najwyższa”, ale nie najliczniejsza.

3. Tropikalne cztery w jednym

— Jeden z moich dziadków pochodzi z Ukrainy, a tam wigilia jest większa niż niejedno polskie wesele. Pod jeden dach zjeżdża się cała wielopokoleniowa rodzina — nierzadko 100-150 osób. Żeby zmieścić wszystkich gości przy jednym stole, trzeba było specjalnie zaprojektować dom. Były w nim przesuwane ściany, dzięki czemu dało się wstawić jeden gigantycznych rozmiarów stół — przez całą długość domu — opowiada Piotr Wierzbicki, prezes Sun Microsystems Poland.

A sylwester? Wierzbicki uśmiecha się na dźwięk tego słowa. To, co zaraz opowie, zabrzmi jak marzenie zabawowicza: spędzić jednego dnia kilka sylwestrów. On sam, choć do nich się nie zalicza, miał okazję tego doświadczyć:

— To było na niewielkiej koralowej wysepce na Morzu Karaibskim, u wybrzeży Wenezueli. Po raz pierwszy wybraliśmy się z żoną na sylwester w tropiki — dotychczas spędzaliśmy go na nartach. Po przylocie okazało się, że w naszym małym hoteliku nie jesteśmy jedynymi cudzoziemcami. Byli Litwini i Rosjanie, Anglicy, Kolumbijczycy i jeszcze kilka innych nacji. Każda zaczynała witać Nowy Rok według swojego czasu. Zaczęliśmy od sylwestra rosyjskiego, potem był polski i dwa następne. W sumie cztery razy... Trzydziestostopniowy upał, ogólna fiesta, drinki z parasolkami, muzyka latynoamerykańska i krótkie spodenki zamiast fraka. To był najdłuższy sylwester w moim życiu — piętnaście godzin świętowaliśmy w hotelowej restauracji — wspomina Wierzbicki.

4. Pasterka po kreolsku

Tropiki mają swoją magię. Rzeczywiście, trudno nie zapamiętać Wigilii czy sylwestra pod palmami. Inna atmosfera, inny klimat. Czy rzeczywiście lepszy?

— Kilka lat temu spędziłem Wigilię i sylwestra na Karaibach, od strony otwartego Atlantyku. Płynąłem wtedy jachtem na Grenadę. Wokół wiele atoli, mnóstwo małych wysepek. Zatrzymaliśmy się na jednej z nich. O północy popłynęliśmy motorówką na pasterkę, do pobliskiego kościółka. Stanowiliśmy nie lada sensację, bo byliśmy jedynymi białymi wśród ciemnoskórych tubylców, którzy śpiewali pieśni kościelne po kreolsku. To zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie — wspomina Maurycy Kühn z Noble Banku, wspólnik Jarosława Augustyniaka w Genin Banku.

I nie żal było tradycyjnych polskich świąt?

— Owszem, wtedy na pasterce poczułem się źle, zatęskniłem za naszą tradycją. Była nutka nostalgii...

A wigilijny stół w tropikach?

— Pierwszy i ostatni raz w życiu jadłem na Wigilii kong — morskiego ślimaka, po którym wszyscy się pochorowaliśmy. Ryb, choć byliśmy na wyspie, nie było — opowiada.

Sylwester?

— Bal sylwestrowy urządziliśmy sobie na malutkiej wyspie. Znajdowały się tam tylko niewielka restauracja i podest do tańczenia — wspomina Maurycy Kühn.

5. Bali czy Borneo

Egzotyczny sylwester utkwił również w pamięci Waldemara Tevnella, prezesa Bonnier Business, wydawcy „Pulsu Biznesu”. Z dwóch powodów: egzotyki i pomyłki.

— To było kilka lat temu, początek grudnia, pogoda nieciekawa. Szedłem Nowym Światem i pomyślałem, że dlaczego by nie spędzić sylwestra gdzieś, gdzie nie siąpi i nie wieje. Marzyłem o Bali. Pomysł wydał mi się świetny, bo przy okazji mogłem zwiedzić Bangkok, Hongkong, Singapur, a sylwestra spędzić na wyspie. Popędziłem do biura jednej z linii lotniczych. Pani szukała Bali: wyskoczyło jej w komputerze Balice, Balikpapan, w końcu Bali. Zarezerwowała mi nawet hotel. No i poleciałem, zwiedzałem. Lecę z Hongkongu do Dżakarty, potem do Surabai. W końcu ląduję w Balikpapan. Wysiadam, wiozą mnie do hotelu, który zarezerwowała mi pracownica linii lotniczych. Hotel taki sobie, na pewno niewymarzony —ale co tam! Idę na plażę i oczom nie wierzę... zamiast piasku ropa. Bali miała być wyspą rajem, a nawet wykąpać się nie można! Wkurzony wracam do hotelu i pytam menedżera, gdzie niby mam pływać? Ten wskazuje na basen. Ja na to, że nie po to tłukłem się przez pół świata na Bali, żeby taplać się w basenie. Na co on zauważył dyskretnie, że przecież nie jesteśmy na Bali. Owszem, jesteśmy w Balikpapan, ale na… Borneo. Konsternacja. Na Bali w końcu dotarłem. Sylwester mimo wszystko wypadł znakomicie.

6. Prezent: biegun

Dla odmiany, nasz kolejny rozmówca Wigilię 1995 r. spędził „tradycyjnie”: w śniegu i mrozie. Długo będzie ją jednak wspominać. I nie tylko tę jedną.

— Szedłem na biegun południowy. Samotnie. Spieszyłem się, bo przed końcem roku chciałem go zdobyć. Kilka miesięcy wcześniej zdobyłem biegun północny i koniecznie chciałem dotrzeć na południowy, bo wcześniej nikomu nie udało się zdobyć dwóch biegunów jednego roku. Było bardzo ciężko. Minus 30 stopni, silny wiatr. Pamiętam, że w Wigilię narysowałem sobie choinkę na ścianie namiotu i pomyślałem, że prezentem od losu będzie zdobycie bieguna. Już wtedy wiedziałem, że mam ten prezent. Rodzina była daleko, ale czułem, że jesteśmy obok siebie — ja myślałem o nich, oni o mnie. I uświadomiłem sobie, że odległość wcale nie jest miarą oddalenia, że człowiek może spędzić święta dużo bardziej samotnie w wielkim mieście, jeżeli jego bliscy o nim zapominają. Podobną Wigilię mieliśmy z Jackiem Melą. Wtedy choinkę wydeptaliśmy sobie w śniegu. Byliśmy wówczas w trójkę, więc było niemalże świątecznie. Mieliśmy ze sobą nawet barszcz, śpiewaliśmy kolędy: było tak bardziej rodzinnie — wspomina Marek Kamiński.

Preludium do tych świąt biegunowych było zdarzenie z dzieciństwa.

— Miałem wtedy 7-8 lat, święta spędzaliśmy u rodziny. Był tam zamarznięty staw, takie małe oczko wodne. Pamiętam, że poszedłem nad ten staw i przytuliłem policzek do lodu... Potem patrzyłem w niebo i było mi dobrze. To było trochę irracjonalne. Coś mnie do niego ciągnęło. W domu czekała rodzina, ciepło — a ja czułem, że muszę chwilę pobyć z lodem. W jakimś sensie wtedy się z nim zaprzyjaźniłem — tłumaczy.

Ale wciąż jest rok 1995. Drugiego dnia świąt polarnik dotarł wreszcie do bazy Amundsena Scotta, odebrał od losu swój gwiazdkowy prezent.

— Sylwestra spędziłem już w bazie polarnej Patriot Hills — w namiocie, ale nie samotnie. Był szampan. I co ciekawe, mimo północy, było jasno jak w dzień, bo też nie była to noc, lecz tzw. dzień polarny — opowiada Kamiński.

Gdzie w takim razie spędzi tegoroczne święta?

— Tradycyjnie, z rodziną w Sopocie. Ponieważ w przyszłym roku, na początku kwietnia wyruszamy z naszą córką Polą w podróż dookoła świata, pomyśleliśmy, że dobrze będzie spędzić je w rodzinnym gronie. Wielopokoleniowo, bo będzie prababcia Poli, jej babcia i dziadek — mówi Kamiński.

7. Szpitalna samotność

Być ugryzionym przez kleszcza to pech. Spędzić Wigilię w szpitalu — to jeszcze większy pech. Do tego w zakaźnym — to już megapech. A mile wspominać taką Wigilię — to ekstrawagancja.

— Mróz trzaskający, żona z małym dzieckiem pod szpitalnym oknem. Ja sam, w pokoju szpitala zakaźnego na Wolskiej w Warszawie, z boreliozą. To jedyna taka Wigilia w moim życiu. Ale mimo wszystko nie wspominam jej z przykrością. Miałem mnóstwo książek do przeczytania i jeszcze więcej wolnego czasu. Na myślenie i medytacje. O sensie życia. Zamiast smutku była metafizyczna refleksja nad życiem. Odmieniła mnie, pozwoliła ustalić hierarchie życiowych celów. Ta Wigilia, choć w samotności, okazała się ważna. Dobrze ją wspominam — zapewnia Adam Pawłowicz, prezes Ruchu.

8. To nie wakacje!

— Kilka lat temu dostaliśmy od któregoś ze znajomych prezent, nietypowy — szklaną kulę. Pojęcia nie mam, do czego służy. Najlepsze jednak jest to, że do dzisiaj nie wiemy, od kogo ją dostaliśmy. Może po tym artykule ktoś się przyzna — mówi Piotr Majchrzak, prezes Mini Mobile.

Dla niego i jego rodziny święta to tradycja rodzinnych spotkań przy wigilijnym stole. Ale nie tylko, to również rocznica ślubu. Co ciekawe, podczas dziesiątej grał dla nich nieznany wówczas nikomu zespół Blue Cafe. Kilka dni później po raz pierwszy wystąpili w telewizji, czym rozpoczęli swoją karierę. Jednak święta to przede wszystkim tradycja.

— Wigilia to święto rodzinne. Spędzamy ją zawsze w domu. Prym wiodą babcia z dziadkiem, oni są mistrzami ceremonii. Mnie przypada w udziale cały świąteczny entourage. Proszony jestem o trzymanie się z dala od kuchni. Mam zadbać o choinkę, prezenty i... Świętego Mikołaja. Zwłaszcza Mikołaj to logistyczne wyzwanie, bo dostarczyć kilka worków prezentów, czasem przez komin, tak żeby nikt nie widział, to wcale nie prosta sprawa — przekonuje Piotr Majchrzak.

Ale karpia nie zabije. W życiu!

— Patrząc na znajomych, odnoszę wrażenie, że tradycja rodzinnych świąt powoli zanika, wszyscy gdzieś wyjeżdżają, starają się spędzać święta poza domem. To smutne, bo wiele osób coraz częściej traktuje je jak kolejne w roku wakacje — zapominają o ich rodzinnym charakterze — zauważa Piotr Majchrzak.

Wszystkiego najlepszego

Wigilia Wieruszewska, szefowa firmy Adler, obchodzi imieniny 19 kwietnia. Jak każda Wigilia. Ale Wigilię spędza tradycyjnie: odbiera życzenia imieninowe — od niektórych kontrahentów. Śmiechu jest, co niemiara...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu