Zapomniane rewiry

Jacek Konikowski
opublikowano: 29-12-2006, 00:00

Czym dla wiedeńczyków słynny bal w operze, tym dla przedwojennej Warszawy bale w Europejskim. Na nich po prostu wypadało być.

Sylwestrowe bale w Europejskim? Nikt na stołach nie tańczył. Prędzej w Bristolu. Bo prawda jest taka, że w przedwojennej Warszawie liczyły się dwa hotele: Bristol i Europejski. Pierwszy tak się miał do drugiego jak knajpa do restauracji. Bo w Bristolu zatrzymywali się zazwyczaj przemysłowcy, kupcy i bogaci rzemieślnicy, a w Europejskim — szlachetnie urodzeni, arystokracja. W obu pracował Stanisław Gawlak. Zaczynał jako pikolak. Trochę przez przypadek.

Zderzenie z rzeczywistością

Wpierw były marzenia, żeby zobaczyć świat. I ponura rzeczywistość — Junackie Hufce Pracy i kopanie fortyfikacji pod Kowlem. Ale też uśmiech losu, bo z pięćsetosobowego batalionu padło właśnie na niego, że może iść do szkoły. I poszedł. Do hotelarsko-okrętowej przy Mokotowskiej 1, prowadzonej przez imć panią Iłowiecką.

— Nauka na stewarda okrętowego trwała rok. Dyrektorka wysyłała absolwentów na praktyki pod brytyjską banderę, a najlepsi mogli marzyć o Batorym. Tyle że ja znowu miałem pecha, bo w roku szkolnym 1937/38 nie było miejsca na żadnym statku, więc musieliśmy czekać. Zamiast na morza trafiłem do hotelu. Wpierw do Bristolu, a potem Europejskiego — wspomina Stanisław Gawlak. I choć ma dzisiaj 88 lat, dobrze pamięta czasy, gdy polski pikolak podawał do stołu niemieckiemu feldmarszałkowi.

Pikolak żyje z akustyki

Pikolak to był najniższy szczebel w hotelowej hierarchii. Praktykant. Dzisiaj by powiedziano asystent kelnera.

— Na kelnera droga była daleka, nie tak jak dzisiaj, że kto chce, to do stołu podaje. Przed wojną kelner to był ktoś, fachowiec we fraku i w białych rękawiczkach. Musiał się znać na wszystkim, żeby w razie potrzeby umieć z gościem rozmawiać. I to nie tylko po polsku, ale też po angielsku, francusku czy niemiecku — mówi Stanisław Gawlak, który jeszcze jako pikolak miał dużo szczęścia, bo obsługiwał znamienitych gości.

— Nie żebym od razu podawał do stołu, gdzie mi tam wtedy na salony, ale pomagałem. Kiedy minister Beck prowadził konsultacje z Ribbentropem w sprawie Gdańska, zaprosił go pewnego dnia do Europejskiego. Na półpiętrze były dwa wielkie gabinety z okrągłymi stołami. Tam pan minister zażyczył sobie, żeby było przyjęcie, w ścisłym gronie 16 osób. Do jego obsługi dyrektor hotelu wybrał dwóch najlepszych kelnerów, a ci najlepszego z pomocników, właśnie mnie. Wszyscy w hotelu mi zazdrościli. Niedługo potem przyjechał hrabia Ciano, zięć Mussoliniego i jego też pomagałem obsługiwać — wspomina Gawlak.

Prawdę mówiąc, zazdrościli przede wszystkim jednego — napiwków, którymi kelnerzy dzielili się z pomocnikami.

— Pensje nie były wysokie. Otrzymywałem miesięcznie 50 złotych, ale szczerze mówiąc, dzięki akustyce wychodziło drugie tyle — mówi Gawlak.

— Akustyce?

— No tak, wtedy tak elegancko nazywało się napiwki.

Konie w pantoflach

Czym dla wiedeńczyków był bal cesarski w Hofburgu czy słynny bal w operze, tym dla przedwojennej Warszawy były bale w Europejskim. Na nich po prostu wypadało być. Ba, kto na nich nie był, ten się nie liczył w towarzyskim życiu stolicy.

Jednym z najważniejszych był bal mody.

— Ale mnie najbardziej podobał się bal karnawałowy ułanów Jazłowieckich. Co roku zamawiali go w Europejskim. Przywozili ze sobą specjalną orkiestrę, czterdziestu muzyków w galowych strojach napoleońskich. Grali, aż grzmiało — opowiada Gawlak.

Nie na darmo mówi sie po dziś dzień o ułańskiej fantazji. Oficerowie zjawiali się na balu z żonami i narzeczonymi. Najwcześniej niżsi stopniem, a na końcu generał — dowódca lwowskiego okręgu i generał — inspektor armii witany przez dowódcę pułku i korpus oficerski, zaś fanfarzyści grali marsza generalskiego. Bal zaczynał się polonezem i kończył białym mazurem, tańczonym po mistrzowsku przez ułanów Jazłowieckich. O północy wznoszono toast za zdrowie prezydenta Mościckiego i rozpoczynał się kotylion, z wieloma układami i figurami.

W trakcie balu na salę wprowadzano dwa wspaniałe konie, obute w pantofle i z przewieszonymi koszami pełnymi bukietów kwiatów, które młodzi oficerowie wręczali wszystkim paniom. Każda z pań, czując się w obowiązku podziękować za kwiaty, głaskała konia. Większość pań występowała w jasnożółtych toaletach, komplementując w ten sposób sympatię dla pułku. Takie to były czasy.

Udział w balu sylwestrowym w Hotelu Europejskim nobilitował, choćby dlatego, że należał do najdroższych w Warszawie.

— Jedno miejsce przy stoliku, a te były zazwyczaj okrągłe, czteroosobowe, kosztowało 25 złotych. Nauczyciel zarabiał średnio 100 złotych. Podawano wyszukane potrawy, dziczyznę, perliczki, bażanty z kasztanami, z przekąsek to raki, turbany i podrawki z raków. Za szampana płaciło się oddzielnie. Wina szampańskie były tylko i wyłącznie francuskie. Nie to co teraz, musujące, udające szampana. Podawano Veuve Clicquot, Cordon Rouge, Pommery, Piper-Heidsieck czy Charles Lafitte. Jedna butelka szampana kosztowała ponad 60 złotych. Na mieście szampan kosztował wtedy 20-25 złotych — tłumaczy Gawlak.

Nieruchomości
Najważniejsze informacje z branży nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych. Wiadomości, komentarze i analizy rynkowe.
ZAPISZ MNIE
×
Nieruchomości
autor: Dominika Masajło, Paweł Berłowski
Wysyłany raz w tygodniu
Najważniejsze informacje z branży nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych. Wiadomości, komentarze i analizy rynkowe.
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Szampan zmrożony na igłę

Bal sylwestrowy zaczynał się o godzinie 22. Nie wypadało być pierwszym, więc goście schodzili sie do 23. Przygrywała sześcioosobowa orkiestra hotelowa.

— Co tam dokładnie działo się na Sali, to ja tak po prawdzie nie do końca wiem, bo zajęty byłem swoja robotą. Głównie mrożeniem szampana. Pamiętam wysokie metalowe kubły, do których wkładałem butelki i obkładałem je lodem. Niektóre szampany musiałem mrozić na igłę, czyli bardzo mocno. No i przygotowywałem palone migdały w soli, które kelnerzy podawali do alkoholi — dodaje Gawlak.

A czego się wtedy słuchało, przy czym tańczyło?

— Przedwojenne szlagiery, to przede wszystkim „W Saskim Ogrodzie koło fontanny”. Na niektórych balach karnawałowych gości rozbawiał do łez duet komików Szczepko i Tońko. Słyszał pan o nich?

— Raczej nie.

— Nie słyszał pan? Naprawdę? — Dziwi się Gawlak, jakby chodziło o Smolenia i Laskowika.

— Tacy polscy Flip i Flap. Boże, jak oni nas rozbawiali. Boki zrywałem, jak słuchałem skecze parodiujące ówczesnych polityków.

A skandale? Wszak ludzie jak popiją, różne rzeczy wyrabiają.

— Ale nie w Europejskim. Tu śmietanka towarzyska, arystokracja się bawiła. Owszem, czasem wpadał generał Wieniawa-Długoszowski, ale nie na koniu.

Niemiecki kociołek

Wrzesień 1939 roku. Gawlak ruszył na wojnę. Po dwóch miesiącach wrócił do Warszawy. W Hotelu Europejskim byli Niemcy.

— Wszedłem na salę restauracyjną i oniemiałem ze zdziwienia. Zobaczyłem kilku niemieckich żołnierzy gotujących zupę w wojskowym kociołku — mówi Stanisław Gawlak.

Hotel nadal pełnił swoją funkcję. Co ciekawe, zarządzali nim ci sami ludzie, Polacy. Gawlak wrócił, więc do pracy. Pikolaka rzecz jasna.

— Pamiętam jak do hotelu przyjechał po zwycięstwie pod Dunkierką feldmarszałek von Kluge z całym swoim sztabem. Zwolniono wszystkich kelnerów. Do stołu podawali oficerom ich ordynansi. Mnie i jeszcze jednego kolegę zostawiono do prac pomocniczych. Na sali zawsze był jeden dyżurny ordynans na wypadek, gdyby któryś z oficerów zechciał cos zjeść. Pewnego razu, Kluge zszedł na śniadanie później niż zwykle. Dyżurny ordynans gdzieś zniknął, zostałem tylko ja. Byłem przerażony. Feldmarszałek usiadł przy stole i czeka. Cóż było robić. Podszedłem do stołu i go obsłużyłem. Potem wpadł dyżurny oficer i gdy się dowiedział, że niemieckiego feldmarszałka obsługiwał polski pikolak, mało nie dostał zawału. Następnego dnia przyniósł mi z magazynu butelkę koniaku Martell i puszkę brzoskwiń. Był taki szczęśliwy. Gdybym źle obsłużył feldmarszałka, pewnie biedak trafiłby na front. Po kilku dniach przyszedłem do pracy, ale hotel był pusty. Von Kluge i cały jego sztab wyjechali w nocy na Wschód. Za dwa dni dowiedzieliśmy się, że Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki — opowiada Gawlak.

A sylwestrowe bale i szaleństwa?

— Za okupacji w hotelu balów karnawałowych nie było, w ogóle żadnych balów. Nie wiem, może u Niemców nie ma takiej tradycji, albo nie do balowania im było — mówi Gawlak.

Rozpędzę reakcyjną bandę

W 1942 roku Gawlak odszedł z Hotelu Europejskiego. Po wojnie trafił do hotelu Bristol. Bo Europejski w powstaniu warszawskim został mocno zniszczony i długo czekał na odbudowę.

Ale już cztery lata później, 31 grudnia 1945 roku, mimo zniszczeń, wśród ruin znowu zabrzmiały skoczne dźwięki. W odgruzowanej i na szybko wyremontowanej restauracji pojawili się goście. Pierwszy bal w zburzonej stolicy.

— Nie było dam w wytwornych toaletach i panów w szykownych frakach, każdy przyszedł w tym, co miał. Wszyscy chcieli pokazać, że do Warszawy powraca życie, że mimo wojny jednak się udało — mówi Ksawery Wąsowski, spadkobierca właścicieli Hotelu Europejskiego.

Stefan Karboński, polityk PSL, wtedy ugrupowania opozycyjnego wobec ówczesnych władz, wspomina: „Przy drzwiach minęliśmy zarządzającego księcia — przepraszam— obywatela Czetwiertyńskiego. Pachniało świeżym tynkiem i dymem papierosowym. uderzyła mnie od razu myśl, że gdyby tak sądzić po wyglądzie sali i atmosferze, to tylko przewaga ciemnych marynarek i brak fraków wskazywałyby, że w kraju coś się zmieniło. Ten ostatni strój nowy system zlikwidował całkowicie, odbierając go nawet kelnerom”.

Pierwszy sylwestrowy bal w powojennej Warszawie zakończył się jednak zgrzytem. Jakiś pijany ubek zaczął strzelać w sufit, wykrzykując: „Rozpędzę tę reakcyjną bandę. Teraz my będziemy się tu bawić!”. I bawili się, ale to już inne bale, inni balowicze i inna historia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane