Protezy nóg, rąk i różne wózki inwalidzkie. mu Leżą, stoją i czekają na właścicieli, którzy po wyjściu z wody ruszą w dalszą drogę. Ktoś pobiegnie bez ręki, ktoś z protezą nogi, jeszcze inny zamiast biec, pójdzie o kulach, bo nie ma ani nogi, ani protezy. Jedni pojadą na rowerach, inni wózkami inwalidzkimi, jeszcze inni dziwnymi pojazdami, które pozwalają im uprawiać sport. Podczas zawodów paratriathlonu, czyli triathlonu dla niepełnosprawnych, widać nie tylko walkę sportową, ale i walkę z przeciwnościami losu. Mimo różnych ułomności zawodnicy emanują ogromną pozytywną energią i chęcią dania z siebie wszystkiego. Wśród niech jest niedowidzący Marcin Suwart.

Triathlon to kombinacja pływania, kolarstwa i biegania. Jest rozgrywany na różnych dystansach. Standard olimpijski to 1,5 km pływania, 40 km jazdy rowerem i 10 km biegu. Marcin Suwart nie uprawia go sam. Jest z nim zawsze Jarosław Skiba — trener, partner startowy i, jak mówi Marcin, „jego oczy”. Gdy biegną, są połączeni liną, którą trzymają w dłoniach. Gdy płyną, łączy ich cuma umocowana nad kolanami. Konkurencję rowerową pokonują tandemem, którym rozwijają prędkość nawet 80 km/godz. Są prekursorami paratriathlonu w Polsce.
Sposób na życie
Marcin miał 15 lat, gdy stwierdzono u niego rzadki przypadek zaniku nerwu wzrokowego. Przestał widzieć na jedno oko, a pole widzenia w drugim zostało ograniczone do minimum. Mimo tej tragedii odnalazł się w sporcie. Startował w zawodach biegowych, uprawiał kolarstwo, w którym zdobył nawet drużynowe wicemistrzostwo Polski z klubem dla niewidomych i niedowidzących Razem Poznań. Ale czuł niedosyt.
Jarosław Skiba uprawia triathlon od 1997 r., a miłość do tego sportu zaszczepił w nim jego pierwszy trener Jerzy Górski. Był 2012 r., kiedy na trening Jarka przyszedł Marcin.
— Mówił, że triathlon i udział w zawodach tej dyscypliny to jego marzenie. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, czy niepełnosprawni mogą brać udział w takich imprezach. Zapytał, czy mógłbym go trenować i razem z nim wystartować — wspomina Jarosław Skiba, któremu spodobała się propozycja.
Dzięki Jerzemu Górskiemu mieli dostęp do materiałów dotyczących paratriathlonu. Ustalili priorytety, plan treningów i występów, zastanawiając się, jak razem uprawiać ten sport. Rozwiązaniem okazała się lina, za pomocą której Jarek może sygnalizować Marcinowi zmiany kierunku i ewentualne przeszkody na trasie.
— Jarek wydaje komendy informujące mnie, czy jest zakręt, czy wzniesienie. Ufam w pełni. Dzięki niemu mogę dać z siebie wszystko — zapewnia Marcin Suwart. Mają swoje słabości, gorsze dni, różną formę. Ale świetnie się uzupełniają i wzajemnie motywują. Najwięcej problemów sprawia im pływanie. Komunikacja za pomocą liny w wodzie jest utrudniona.
— Na basenie tory są oddzielone linami, więc daję radę. W jednym oku mam poczucie światła i 5 proc. pola widzenia. W dużym akwenie musi mną kierować Jarek. Nie potrafię płynąć na azymut. W pierwszym roku współpracy płynąłem za nim, czując wir wody. Teraz obok niego, a połączeni jesteśmy cumą, którą umieściliśmy na wysokości kolan. Gdy Jarek odpływa w lewo — czuję to. Przy skręcie w prawo dotyka mojego ramienia i wtedy się od niego oddalam, abyśmy mogli skręcić. Dla bezpieczeństwa podczas zawodów komercyjnych w Polsce, by inni nie zaczepili o łączącą nas linę, startujemy do wody trzy minuty przed pozostałymi — opowiada Marcin.
Udział tandemu w zawodach spotyka się z dużą przychylnością kibiców i obserwatorów.
Dobre wyniki i praca dla innych
Na świecie to już się przyjęło, ale w historii polskiego triathlonu nie zdarzyło się, by w zawodach startowali niepełnosprawni. Marcin Suwart jest pierwszy. W naszym kraju nie ma jeszcze zawodów paratriathlonu. Dlatego Marcin i Jarek biorą udział w konkursach komercyjnych i nie ograniczają się tylko do lokalnego podwórka. Zapewniają, że pomysł wspólnych startów był najlepszy na świecie. Daje im ogromną satysfakcję i motywuje do ogromnego wysiłku.
— Chcemy propagować paratriathlon, aktywizować niepełnosprawnych, ale i sprawnych. Bariery są po to, by je łamać — mówi Marcin Suwart.
Wspierają akcje charytatywne. Zostali ambasadorami prowadzonej przez Fundację Synapsis akcji „Biegiem na pomoc” i pomagają zbierać pieniądze na rehabilitację osób z autyzmem. W 2014 r. zostali powołani do kadry narodowej paratriathlonu na Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Rio de Janerio. To był ich główny cel, któremu podporządkowali wszystko. Cały poprzedni rok się przygotowywali. Zbierali na zawodach punkty. Niestety, Międzynarodowa Unia Triathlonu zdecydowała niedawno, że niedowidzący mężczyźni nie będą startować w paratriathlonie na paraolimpiadzie w Rio de Janeiro w 2016 r. Przeżyli ogromny zawód, bo nic nie zapowiadało takich zmian. Przed nimi co prawda Mistrzostwa Świata i Mistrzostwa Europy, ale to nie ta sama ranga zawodów. Następną szansę na występ na olimpiadzie będą mieli w 2020 r.
— W marcu odbędzie się Puchar Świata, ale nie wiadomo, czy wyjedziemy. Szukamy sponsorów, którzy pomogą nam sfinansować wyjazd — mówi Marcin Suwart.
Pieniądze to jedyny problem tego duetu. Co prawda obydwaj pracują, ale mają też rodziny, które muszą utrzymać. Marcin Suwart jest z zawodu masażystą. Prowadzi gabinet masażu. Jarosław Skiba jest trenerem personalnym triathlonu, pływania i biegania. Uprawianie sportu kosztuje. Sprzęt, odżywki, wyjazdy na zawody. Marzy im się przynależność do klubu i stypendia. Mają niewielkie doświadczenie w zdobywaniu sponsorów. Poza tym skupiają się na treningach, które zajmują im około 16 godzin tygodniowo. Jarek jest trenerem i osobą do kontaktu. Logistycznie trochę pomaga im Monika, żona Marcina. Menedżera nie mają.
— Ale mają wspaniałych przyjaciół, którzy zrobili o nich przepiękną, prawdziwą prezentację i rozesłali do znajomych, z głębokim przekonaniem, że warto im pomóc, bo to niezwykli ludzie. Ta prezentacja dotarła także do mnie. Zachwyciłam się tym, co na niej zobaczyłam, poruszyło mnie to, co robią. Bez zastanowienia zaprosiłam panów na spotkanie, które potwierdziło, że Marcin jest absolutnie niezwykły, podobnie jak Jarek, który zmienił swoje życie, by być jego przewodnikiem. Ich pojawienie się na zawodach wywołuje wzruszenie i ogromny szacunek. Ta historia, a raczej jej bohaterowie pozytywnie inspirują i mobilizują do pracy nad sobą, udowadniają, jak wiele jest możliwe i że cokolwiek przynosi życie, czymkolwiek zaskakuje, może być dobre, wartościowe — mówi Sylwia Stachowicz, koordynator ds. sponsoringu, prewencji i CSR w PZU. Jej firma postanowiła im pomóc. W 2014 r. sportowcy dostali od niej pieniądze na wyjazdy, obozy, logistykę, sprzęt.
— Podjęliśmy decyzję o kontynuowaniu współpracy z Jarkiem i Marcinem. Jesteśmy właśnie na etapie negocjowania warunków dalszej współpracy. Tym razem na kolejne dwa lata — dodaje Piotr Glen, dyrektor ds. zaangażowań społecznych PZU. W zamian sportowcy wspomagają PZU w masowych imprezach biegowych, które wspiera firma. Nie tylko biegają w organizowanych przez PZU maratonach i półmaratonach. Włączyli się również do akcji charytatywnej „Podziel się kilometrem”.
— To duet, który tworzy coś niepowtarzalnego. Wydaje się, że dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Pokazują, że nie ma żadnych granic, że serce do walki i ciężka praca wystarczą, by spełniać marzenia. W triathlonie zawodnik często zmaga się sam ze sobą. Jaką trzeba mieć siłę, chart ducha, żeby robić takie rzeczy i jeszcze zarażać tym ludzi dookoła? — podsumowuje Piotr Glen. &
Zarażamy aktywnością
Piotr Glen, dyrektor ds. zaangażowań społecznych PZU:
Od 2013 r. wspieramy biegi masowe (maratony i półmaratony). Pod opieką mamy także polskiego lekkoatletę etiopskiego pochodzenia Yareada Shegumo, który w ubiegłym roku został wicemistrzem Europy w maratonie i zdobył dla Polski historyczny medal. Rozpoczynamy współpracę z Tomaszem Hamerlakiem, który na wózku inwalidzkim zajął we wrześniu trzecie miejsce w maratonie w Nowym Jorku. Od kilku lat patronujemy biegom amatorskim. Jesteśmy partnerem tytularnym Maratonu i Półmaratonu Warszawskiego. Wspieramy sportowców, za którymi idą ciekawe historie i pasja. Pieniądze na organizowanie maratonów i na sportowców pochodzą z tzw. funduszu prewencyjnego, który służy m.in. promocji zdrowia. Każda przekazana kontrahentowi złotówka z tego źródła musi być rozliczona. Podczas imprez sportowych nie ograniczamy się do rozstawiania balonów reklamowych naszej firmy i umieszczania logo w materiałach promocyjnych. Organizujemy strefy dla kibiców, a w nich np. porady lekarzy specjalistów, atrakcje dla dzieci czy biegi na bieżni w strefach „Podziel się kilometrem”, które są okazją do odrobiny wysiłku, ale też pomocy innym. Za każdy pokonany na bieżni kilometr przeznaczamy 10 zł na różne NGO’s. Chcemy także rozwijać nordic walking, który może być alternatywą dla tych, którzy z różnych powodów nie mogą lub nie lubią biegać.
Podczas imprez biegowych planujemy organizowanie stref nordic walking, gdzie specjaliści od tej formy rekreacji będą instruowali, jak ją prawidłowo uprawiać. Mam nadzieję, że takimi akcjami możemy zachęcić tych, którzy myślą o aktywności ruchowej, ale trudno im zrobić pierwszy krok. Do aktywności zachęcamy również naszą kadrę. Rozwijamy Stowarzyszenie PZU Sport Team, w którym działa kilkuset pracowników w siedmiu sekcjach sportowych. Mamy też grupę firmowych biegaczy, którzy od kilku lat startują w biegach i maratonach, osiągając bardzo dobre rezultaty. Prowadzą blogi o bieganiu i zarażają nim innych. Ważne, by to, co firma robi na zewnątrz w ramach społecznie odpowiedzialnego biznesu, było spójne z tym, co robi dla pracowników. Wtedy jest to uczciwe i wiarygodne.
Zarażamy aktywnością
Piotr Glen, dyrektor ds. zaangażowań społecznych PZU:
Od 2013 r. wspieramy biegi masowe (maratony i półmaratony). Pod opieką mamy także polskiego lekkoatletę etiopskiego pochodzenia Yareada Shegumo, który w ubiegłym roku został wicemistrzem Europy w maratonie i zdobył dla Polski historyczny medal. Rozpoczynamy współpracę z Tomaszem Hamerlakiem, który na wózku inwalidzkim zajął we wrześniu trzecie miejsce w maratonie w Nowym Jorku. Od kilku lat patronujemy biegom amatorskim. Jesteśmy partnerem tytularnym Maratonu i Półmaratonu Warszawskiego. Wspieramy sportowców, za którymi idą ciekawe historie i pasja. Pieniądze na organizowanie maratonów i na sportowców pochodzą z tzw. funduszu prewencyjnego, który służy m.in. promocji zdrowia. Każda przekazana kontrahentowi złotówka z tego źródła musi być rozliczona. Podczas imprez sportowych nie ograniczamy się do rozstawiania balonów reklamowych naszej firmy i umieszczania logo w materiałach promocyjnych. Organizujemy strefy dla kibiców, a w nich np. porady lekarzy specjalistów, atrakcje dla dzieci czy biegi na bieżni w strefach „Podziel się kilometrem”, które są okazją do odrobiny wysiłku, ale też pomocy innym. Za każdy pokonany na bieżni kilometr przeznaczamy 10 zł na różne NGO’s. Chcemy także rozwijać nordic walking, który może być alternatywą dla tych, którzy z różnych powodów nie mogą lub nie lubią biegać.
Podczas imprez biegowych planujemy organizowanie stref nordic walking, gdzie specjaliści od tej formy rekreacji będą instruowali, jak ją prawidłowo uprawiać. Mam nadzieję, że takimi akcjami możemy zachęcić tych, którzy myślą o aktywności ruchowej, ale trudno im zrobić pierwszy krok. Do aktywności zachęcamy również naszą kadrę. Rozwijamy Stowarzyszenie PZU Sport Team, w którym działa kilkuset pracowników w siedmiu sekcjach sportowych. Mamy też grupę firmowych biegaczy, którzy od kilku lat startują w biegach i maratonach, osiągając bardzo dobre rezultaty. Prowadzą blogi o bieganiu i zarażają nim innych. Ważne, by to, co firma robi na zewnątrz w ramach społecznie odpowiedzialnego biznesu, było spójne z tym, co robi dla pracowników. Wtedy jest to uczciwe i wiarygodne.