Przygotowania premierado sejmowego exposé idą pełną parą. Jeszcze przed 10 listopada Kazimierz Marcinkiewicz spotka się ze wszystkimi sejmowymi klubami. Na zmieszczenie się w jego napiętym grafiku liczy w tym tygodniu również Rada Przedsiębiorczości. Szef rządu pracuje nawet w nocy, spotykając się z elektoratem na antenie Radia Maryja i składając tam uspokajające deklaracje typu: „My chcemy przez tworzenie nowych miejsc pracy naprawić finanse publiczne, rozruszać polską gospodarkę, wprowadzić ją na ścieżkę szybkiego i stabilnego rozwoju”. Święte słowa, problem jedynie w tym, jak ów cel osiągnąć — a tego sam autor na razie nie ujawnia.
W zwycięskiej ekipie euforia stopniowo ustępuje miejsca otrzeźwieniu. Z horyzontu władzy znikają wyborcze miraże, z których największym było oczywiście hasło wybudowania 3 mln tanich mieszkań. Pierwszą zaś branżą, w której populistyczny program Prawa i Sprawiedliwości już się rozsypał po zderzeniu z rzeczywistością, jest służba zdrowia. Sami przywódcy PiS wystraszyli się rozkręconej spirali żądań, jako że zaraz po wyborach do przychodni i szpitali zaczęli zgłaszać się pacjenci, żądający świadczeń bez jakichś tam papierków z Narodowego Funduszu Zdrowia — przecież wszystko ma być znowu darmowe...
Za cenę skuszenia profesora Zbigniewa Religi do mniejszościowego rządu, PiS w jednej chwili zarzuciło koncepcję powrotu służby zdrowia do finansowania przez budżet. Minister chirurg na poczekaniu wymyślił hybrydę — budżetowe byłoby ratownictwo medyczne (to akurat wydaje się oczywiste) oraz drogie procedury specjalistyczne, natomiast NFZ zostałby ewolucyjnie przekształcony, po ustaleniu koszyka świadczeń gwarantowanych. Hasłowo brzmi to nawet logicznie, ale problem jak zwykle tkwi w szczegółach. Profesor Religa wykonał już w życiu tyle niezrozumiałych wolt politycznych, że nie wróży to dobrze stałości jego poglądów również w dziedzinie, na której powinien znać się najlepiej.