Z miesiąca na miesiąc przybywa punktów sprzedających prasę wykradaną ze zwrotów.
Na dworcach kolejowych, targowiskach, a nawet w centrach handlowych działają stoiska i kioski oferujące kilkaset tytułów po cenach kilkakrotnie niższych niż w oficjalnym obiegu. Dla czytelników, zwłaszcza tych mniej zamożnych, to gratka.
W „kioskach” na Dworcu Centralnym w Warszawie „National Geographic” z zeszłego miesiąca, który jeszcze kilka dni wcześniej w oficjalnej sprzedaży kosztował prawie 10 zł, można kupić za jedyne 3 zł. Tygodniki „Wprost”, „Polityka” czy „Newsweek” z poprzedniego tygodnia sprzedawane są po 2 zł, a starsze numery od 1,5 zł do 50 groszy za egzemplarz. Za ułamek ceny detalicznej można też kupić najpoczytniejsze tytuły prasy kobiecej, komputerowej, motoryzacyjnej czy krzyżówki. Wiele z nich jest oryginalnie zafoliowanych, zawiera gadżety i inserty. Zdarza się, że na straganach handlarzy można nabyć nawet aktualne pismo (głównie miesięczniki), ale tańsze o połowę. Oprócz pism, kwitnie też handel dołączanymi do nich płytami CD i DVD — po 4-5 zł za sztukę, mimo widniejącego na nich zastrzeżenia wydawcy, np. że: Płyta jest dostępna jedynie z tygodnikiem „Gala”. Podobne informacje można znaleźć w stopce niemal każdego z czasopism: „Sprzedaż numerów archiwalnych po cenie niższej od ustalonej przez wydawcę jest zabroniona, nielegalna i grozi odpowiedzialnością karną”. Jednak handlarze z Dworca Centralnego, Dworca Głównego w Gdyni, DH Centrum w Łodzi nic sobie z tego nie robią. Według szacunków Izby Wydawców Prasy, handlem pismami wycofanymi ze sprzedaży zajmuje się kilkanaście tysięcy osób w całym kraju.
Interes kwitnie, ku zgryzocie wydawców, którzy straty liczą w setkach tysięcy złotych rocznie. Ile dokładnie, tego żaden jednak nie jest w stanie oszacować. Zdaniem Macieja Hoffmana, dyrektora generalnego Izby Wydawców Prasy, skupiającej 115 wydawnictw, proceder handlu zwrotami dotyczy około 5 procent zwrotów pojedynczego tytułu.
— Nielegalnie sprzedawanych jest około 10 procent nakładów większości pism kolorowych — sądzi Andrzej Wasilewski z pionu wydawniczego tygodnika „Polityka”.
Żadne wydawnictwo nie chce podać wysokości strat. Może dlatego, że są olbrzymie. Z naszych wyliczeń wynika, że na nielegalnej sprzedaży tylko jednego popularnego tygodnika — jak „Polityka” czy „Newsweek” — jego wydawca traci około 800 tys. zł rocznie, zakładając, że 5 procent jego nakładu (kilkanaście tysięcy egzemplarzy) trafia do szarej strefy.
— Czytelnicy coraz częściej wstrzymują się z zakupem pisma w kiosku do momentu, aż trafi ono na stoiska handlarzy, gdzie jego cena spadnie o połowę. Dla nas oznacza to spore straty — twierdzi Wiesław Podkański, prezes wydawnictwa Axel Springer Polska.
Handel makulaturą?
Wydawcy twierdzą, że sprzedaż pism wycofanych ze sprzedaży jest nielegalna, sprzedawcy — wręcz przeciwnie. Pierwsi przekonują, że pisma pochodzą w głównej mierze z kradzieży, ale sprzedawcy bronią się, pokazując faktury zakupu czasopism... ze składów makulatury. Broni ich prokuratura, twierdząc, że „wtórny obrót przedmiotami obarczonymi prawem autorskim nie został spenalizowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych” pod warunkiem, że pisma trafiły na makulaturę legalnie. Wydawcy twierdzą, że nie ma takiej możliwości, bo wśród makulatury znajdują się tylko egzemplarze uszkodzone. Przynajmniej teoretycznie.
Sprzedawcy mają jeszcze jeden argument: pismo, które raz już trafiło do obrotu, może być powtórnie sprzedane, bo tym samym nastąpiło wyczerpanie majątkowego prawa autorskiego. Dlatego sprzedaż makulatury jest zgodna z prawem. Prokuratorzy przyznają im rację, choć, jak twierdzi profesor Zbigniew Świąkalski z UJ: Punkt skupu makulatury nie może swobodnie dysponować skupioną makulaturą.
Tym bardziej że tajemnicą poliszynela jest fakt, że sprzedawcy wcale nie kupują czasopism ze składów makulatury, lecz od wyspecjalizowanych firm, które nielegalnie przejmują wycofane ze sprzedaży pisma i rozprowadzają je po całej Polsce, a faktury pokazywane przez sprzedawców są tylko „podkładkami”. Problem w tym, że i wydawcom, i prokuratorom rzadko kiedy udaje się to udowodnić.
Zaraza ze Wschodu
Początkowo handel zwrotami rozwinął się jedynie w Białymstoku i okolicach. Z czasem objął cały wschód kraju. Wystarczyło kilka lat, aby proceder ogarnął całą Polskę. Dzisiaj punkty z nielegalnie sprzedawaną prasą można spotkać właściwie w każdym większym mieście.
— To potężny i świetnie zorganizowany biznes. Pisma wycofywane z oficjalnej sprzedaży w piątek, już w poniedziałek można kupić w drugim obiegu — twierdzi Arkadiusz Baczyński, pełnomocnik wydawnictwa G&J do walki z tym procederem, swoisty „łowca głów”, współpracujący również z policją.
Jego zdaniem, handel zwrotami kontrolują 1-2 grupy przestępcze, obejmujące swym zasięgiem cały kraj. Są świetnie zorganizowane, mają własną logistykę, sieć zakamuflowanych hurtowni, które zaopatrują punkty sprzedaży w każdym większym mieście. Od policjantów dowiedzieliśmy się o istnieniu takich hurtowni w Warszawie, m.in. na Pradze-Południe i w Ursusie. Działają pod szyldami hurtowni prasy, ale kto powinien, ten wie, co tak naprawdę może w nich kupić. Obcego nie wpuści ochrona. Podobnych hurtowni działa w Polsce kilkaset. Funkcjonują na podobnych zasadach jak firmy „mafii paliwowej”. Faktury są „czyszczone” poprzez łańcuszek firm, nierzadko jednoosobowych zarejestrowanych na pojedyncze osoby „słupy”, przez co dotarcie po fakturze do źródła zakupu staje się praktycznie niemożliwe.
— Za handlem przeterminowaną prasą nie stoi grupa cwaniaczków w dresach lecz ci, co znają prawo i po mistrzowsku wykorzystują w nim luki, dlatego są bardzo pewni siebie, a ich przesłuchania niewiele wnoszą do sprawy — mówi jeden z policjantów.
Policja szacuje, że szara strefa handlu zwrotami obraca kilkoma milionami złotych rocznie.
Wycieki niekontrolowane
Mimo że proceder ten trwa już od kilku lat, ani policji, ani wydawcom nie udało się dotąd wyjaśnić, w jaki sposób nielegalne egzemplarze trafiają na rynek. Każdy oskarża każdego. Bo to, że legalnie trafiają do składów makulatury, jest po prostu niemożliwe.
Prześledziliśmy całą drogę pisma: od drukarni, przez kiosk, po papiernię, i doszliśmy do wniosku, że jest to możliwe tylko w dwóch miejscach. Nie jest to drukarnia, w której pisma są drukowane i foliowane. Wydawcy dokładnie wyliczają bowiem ilość papieru na nakład, więc ewentualne dodruki (tłumaczone np.: awaria maszyny) nie mogłyby być wysokie, raptem 100-200 sztuk. Nie ta skala...
Z drukarni ściśle określona liczba numerów pisma trafia do kolportera, który rozprowadza je po kioskach. Na tym etapie wszystko liczone jest co do egzemplarza. Poza tym, gdyby nielegalnie dodrukowane egzemplarze „wychodziły” z drukarni w drodze do kiosku, to musiałyby się pojawić na rynku równolegle z aktualnymi numerami, co zdarza się sporadycznie.
Sytuacja zmienia się radykalnie z chwilą odbioru niesprzedanych egzemplarzy od kioskarza i przewiezienia ich do tzw. zwrotowni, skąd kolporter wysyła je z powrotem do wydawcy bądź do składnicy makulatury, która następnie zawozi je do papierni. W pierwszym przypadku, zwroty są dokładnie liczone, jest protokół zwrotu i problem zniszczenia spada na wydawcę. W drugim, sztuki zamieniają się w kilogramy i trafiają na makulaturę, a wydawca otrzymuje jedynie protokół. To właśnie na tym etapie musi dochodzić do „wycieków”.
Problem byłby zapewne mniejszy, gdyby sami wydawcy mogli swoje zwroty wysyłać do papierni, bo przynajmniej wiadomo byłoby, skąd się biorą „wycieki”. Ale nie mogą.
— Papiernie nie chcą przyjmować zwrotów od wydawców, twierdząc, że są dla nich zbyt małymi partnerami i polecają firmy, z którymi współpracują, a w całym kraju jest ich raptem kilka — twierdzi Marcin Szpondrowski, zastępca dyrektora wydawnictwa Technopol.
Chodzi o firmy recyclingowe, które same odbierają zwroty od kolporterów i po sortowaniu wysyłają je do papierni, z którymi rozliczają się nie według liczby egzemplarzy, lecz kilogramów dostarczonego papieru. W ten sposób „Tina”, „Gala” czy „Wprost” stają się jedynie „papierem kolorowym”, którego kilogram kosztuje od 30 do 50 groszy. To mniej niż połowa ceny jednego starego numeru tygodnika czy magazynu sprzedawanego na targowiskach czy dworcowych „kioskach”. W kilogramowej paczce jest ich od kilku do kilkunastu. Najprościej byłoby więc dogadać się z taką firmą lub kolporterem. Ale ci ostatni bronią się, twierdząc, że zanim wyślą pismo na makulaturę, częściowo je niszczą tak żeby nie mogło trafić do ponownej sprzedaży. Jedni nakrapiają pisma specjalną farbą, inni je dziurkują, jeszcze inni przecinają kartki. Do tego paczki są każdorazowo ważone.
— Przed wysłaniem pisma na makulaturę wyrywamy stronę tytułową — twierdzi Beata Sadowska z działu logistyki Kolportera.
Wszyscy kolporterzy zapewniają, że przestrzegają umów z wydawnictwami i współpracują tylko z zaufanymi odbiorcami makulatury, którzy wcześniej zobowiązali się — pod groźbą bardzo wysokich kar — że nie wprowadzą ich ponownie do obiegu.
I zapewne tak jest, tyle że być może głowa nie widzi, co robią nogi. Najbardziej prawdopodobną wersją jest, że pracownicy magazynów zwrotów niektórych kolporterów, przed uszkodzeniem pism część z nich lub nawet wszystkie ładują na samochody firm recyclingowych, skąd — za sprawą kierowców — trafiają do hurtowni szarej strefy. Prosty sposób — i może dlatego skuteczny.
— Niewykluczone, że są w to zamieszane niektóre firmy recyclingowe. W jednej z nich na pytanie, czy przyjmowałaby od nas zwroty, usłyszeliśmy pytanie o tytuł pisma, a nie o papier, na jakim jest drukowane. To daje wiele do myślenia. Inna firma postawiła warunek, że odbierze pisma własnymi siłami i transportem, choć oferowaliśmy własny dowóz — twierdzi szef dystrybucji jednego z wydawnictw.
Niektóre wydawnictwa wzięły się na sposób i potajemnie znakowały pisma przekazywane poszczególnym dystrybutorom, aby w ten sposób określić miejsce „wycieków”.
— Dwa lata temu nanosiliśmy znaczek na jednej ze stron jednego z naszych tygodników, ale okazało się, że na straganie znalazły się i te znaczone, i te bez znaczków — mówi Janusz Snarski z działu kolportażu wydawnictwa Axel Springer.
Innym możliwym miejscem „wycieków” są same papiernie, do których mogą trafiać celowo nie zniszczone egzemplarze czasopism. Policja nie wyklucza ich kontroli.
Można bronić się tak jak Technopol z Częstochowy, wydawca krzyżówek.
— Od 4 miesięcy sami odbieramy nasze niesprzedane krzyżówki od kolportera i bez pośredników przekazujemy je do papierni. Czy to zrekompensuje nasze straty, czas pokaże — mówi Marcin Szpondrowski z Technopolu.
To kosztowne przedsięwzięcie, ale efekty już są. Krzyżówki Technopolu zniknęły z dworców i targowisk.
Weźmy się i zróbcie
Choć proceder handlu zwrotami ogarnął cały kraj, to ci, którzy z niego żyją, mogą spać spokojnie. Dotychczas przed sąd trafiło raptem kilku z nich, choć powinno kilkuset. Bo choć policjanci się starają, to prokuratorzy nie bardzo.
— Co z tego, że zatrzymamy jakiegoś handlarza, skoro prokurator zaraz go wypuszcza? — żali się policjant z Warszawy.
Wydawcy, choć nie narzekają na współpracę z policją, również krytycznie odnoszą się do pracy prokuratorów.
— Nie mają świadomości, że pisma ze zwrotów nadal są własnością wydawcy, a ich sprzedaż jest niczym innym jak handlem kradzionym towarem, czyli paserstwem — twierdzi Andrzej Wasilewski.
To fakt, wielu stróży prawa dziwi się wręcz, że przy tak biednym społeczeństwie wydawnictwom przeszkadza, że „emeryci kupują przeterminowane gazety z makulatury”.
Ale największy problem tkwi w tym, że, paradoksalnie, nie wszystkie wydawnictwa decydują się wspierać policję. Dotarliśmy do policjanta z Białegostoku, który specjalizuje się w walce z handlarzami zwrotów. To dzięki niemu udało się dwa lata temu rozwiązać problem handlu zwrotami m.in. w Suwałkach. Mimo to dzisiaj policjant ten zajmuje się zupełnie czym innym. Jego zdaniem, prawo jest skuteczne, brakuje tylko dobrej woli ze strony wydawców, którzy najchętniej chcieliby, żeby ktoś walczył za nich, a do tego — za własne pieniądze.
— W ciągu kilku miesięcy można byłoby rozbić grupy hurtowo handlujące zwrotami w całej Polsce. Wystarczy stworzyć grupę policjantów, którzy działaliby w całym kraju. To jest jednak kosztowne, dlatego konieczna jest współpraca z wydawcami. Tyle że im szkoda pieniędzy...
Dotyczy to również kolporterów, którzy choć mówią o potrzebie walki z procederem handlu zwrotami, nie potrafią podać choćby listy odbiorców makulatury.
Być może wydawcy i kolporterzy pójdą po rozum do głowy, a wtedy tanie czasopisma raz na zawsze znikną ze straganów.