Oficjalne partnerstwo Polski na Targach Innowacyjnych Technologii Przemysłowych w Hanowerze chwilowo przytłumiło nabrzmiewające polsko-niemieckie rozbieżności. Ponieważ z zasady wyindywidualizowuję się z rozentuzjazmowanego towarzystwa, właśnie w tych dniach zwracam uwagę na postępy gazociągu Nord Stream 2 po dnie Bałtyku. Budowa systematycznie idzie do przodu, chociaż rozbieżność w jej postrzeganiu już się zabetonowała — dla rządu niemieckiego to zwyczajny biznes, a według polskiego kolejna bałtycka rura zadaje cios w plecy unijnej solidarności energetycznej.

W ubiegłym roku krótkotrwały triumf odniósł nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Na podstawie przepisów unijnych udało mu się zablokować rejestrację konsorcjum z siedzibą w Szwajcarii. Prawu wspólnotowemu musieli podporządkować się udziałowcy Nord Stream 2: Uniper (Niemcy), OMV (Austria), Engie (Francja), Shell (Holandia — Wielka Brytania) i Wintershall (Niemcy — Holandia). Żadne więzy nie krępują natomiast rąk Gazpromowi, który drugiej nitki nie odpuszcza. Podobnie zresztą jak… wspomniane koncerny.
Właśnie rozeszły się informacje o wykoncypowaniu przez Nord Stream 2 nowego modelu finansowania.
Zachodnioeuropejscy partnerzy mają dofinansować spółkę pożyczkami, na jeden koncern wypadnie po prawie 1 mld EUR. W taki sposób zostałaby pokryta połowa kosztów, szacowanych na 9,5 mld EUR. Formalnie Gazprom pozostaje jedynym udziałowcem konsorcjum i ma zamiar ukończyć drugą nitkę do końca 2019 r., od dawna gromadząc rury. Podkreśla, że jego gaz dostarczany po dnie Bałtyku będzie znacznie tańszy niż dowożony gazowcami do terminali LNG. Teraz pytanie retoryczne, dotyczące gazociągów po morskim dnie. Który jest bliższy zmaterializowania się — Nord Stream 2 czy krzyżujący się z obiema nitkami rosyjsko-niemieckimi korytarz norweski, którym zainteresowane są Polska, Dania i Norwegia.