Alik drukarz

Jacek Konikowski
20-02-2009, 00:00

Trzech kumpli. Każdy poszedł swoją drogą. On został tym, kim zawsze był. Drukarzem. Tadeusz Winkowski to postać równie kolorowa jak czasopisma, które drukuje.

— Nie postawiłbym grosza, że Winkowski zostanie kiedyś biznesmenem. Nie, nie z jego charakterem — mówi Grzegorz Lindenberg, znajomy Winkowskiego z podziemia.

— Szczerze? Grzegorz ma rację. Też bym na siebie nie postawił… — zgadza się Tadeusz Winkowski.

Bibuła pod koszulą

Tamte dni... Nasz bohater, owszem, kontestował. Ale nie biegał ze sztandarem po ulicy, lawirując między sukami i pałkami zomowców.

— Wystarczył mi NZS. Nie miałem parcia na szkło, na polityczne salony — wyznaje Winkowski.

Dlaczego? Dziś odpowie: do polityki trafiają ludzie niepotrafiący zrealizować się gdzie indziej. Wytwory medialne, które można zabić gazetą.

Tyle że wtedy od polityki jednak nie uciekł. Robił gazetę. Drukował "Tygodnik Mazowsze".

— Sześć lat, od 1982 do 88, przysyłani przez niego młodzi ludzie w wynajmowanym wówczas przeze mnie mieszkaniu przy Grottgera mieli coś w rodzaju pracowni chemigraficznej. W łazience! Za pomocą naświetlania przenosili kolumny TM z folii na blachy aluminiowe. Czasem ta operacja dotyczyła także książek, choćby "Pamiętników" Jasienicy. Zdaje się — choć z oczywistych przyczyn nigdy się wtedy o tym nie mówiło — że Winkowski miał inne podobne lokale przy tej samej ulicy, bo często widywałam z okna, jak znika w różnych bramach — wspomina Halina Bińczak, dziennikarka.

Fakt, miał ich sporo. Aby "Tygodnik Mazowsze" rozwinął największą w kraju sieć druku i kolportażu wśród podziemnych pism — czuwał Winkowski.

— Tygodnik wychodził jak w zegarku, co tydzień… Jedyne tak regularnie wydawane pismo konspiracyjne na świecie — w nakładzie od 40 do 80 tys. egzemplarzy — dodaje z precyzją Helena Łuczywo.

A Winkowski jako autor?

— Nawet jeślibym chciał pisać — nie powinienem. Zna pan jakiegoś dziennikarza z dysleksją? No i — choć jestem humanistą, filozofem — zawsze ciągnęło mnie do maszyn, techniki, spraw organizacyjnych. Jestem człowiekiem czynu, nie idei — tłumaczy Winkowski.

W podziemiu miał kilka pseudonimów, w tym "Alik" (pomysł Heleny Łuczywo). Dlaczego taki, nie wie nikt — łącznie z autorką. Alik uchodził za wyjątkowo obrotnego młodzieńca. Potrafił "zorganizować" wszystko. Nie tylko drukarską farbę.

— Gdy urodziło mi się dziecko, Tadek wydostał skądś ogromną ilość wspaniałego, szwajcarskiego mleka w proszku, które w owych czasach było skarbem — wspomina Bińczak.

Biznes w kancik

W końcu nastała ekonomiczna odwilż. Czas zarabiania.

— Biznes zaczynaliśmy od komputerów — każdy z nas po swojemu. Importowaliśmy je i poprzez Zbyszka Sykulskiego — wtedy handlowca z firmy Wola — sprzedawaliśmy firmom — wspomina Winkowski.

Dobrali się jak w "Ziemi Obiecanej" — każdy inny, każdemu w głowie co innego. Larry (Grzegorz Lindenberg), Beamon (Mieczysław Prószyński) i Alik. Jeden pomagał drugiemu.

— Szło nieźle. Gdybyśmy przy tym wytrwali, spokojnie moglibyśmy zostać największą firmą IT w Polsce. Ale nas, intelektualistów, nie pociągały proste rzeczy, typu "kupić-sprzedać" — wspomina Winkowski.

Pewnego wieczoru, przy winie, postanowili założyć wspólną firmę. Za grosze. Dla zgrywy.

— Trzeba było widzieć minę notariusza, który nas rejestrował... Byliśmy światełkiem w jego mrocznym i skacowanym życiu. Im dłużej czytał akt notarialny, tym bardziej jego twarz nabierała rumieńców — wspomina Winkowski.

Bo notariusz filozofem nie był, więc nazwę spółki Kant rozumiał dosłownie. Zwłaszcza, że rejestrowało ją trzech dziwnie wyglądających wspólników z kapitałem zakładowym ledwo starczającym na butelkę nadreńskiego wina. Ale spółka Kant powstała. Po co?

— By zamieścić w noworocznym numerze "Życia Warszawy", największego wtedy dziennika w kraju, ogłoszenie o treści: "Wszystkim naszym wierzycielom życzymy wszystkiego najlepszego. Zarząd spółki Kant" — śmieje się Winkowski.

Ot, taka kpina z biznesmenów w białych skarpetkach… Ale redakcja odmówiła publikacji. Bo choć teoretycznie cenzury już nie było, wolnego miejsca w rubryce ogłoszenia — ponoć też. Tak czy siak, spółka pozostała. Doświadczenie się przydało.

— Dzięki niemu pomogliśmy Agorze zarejestrować spółkę, bo oni nie wiedzieli, jak to się robi — mówi Winkowski.

To, co miało być figlem, z czasem przerodziło się jednak w poważną firmę. Trzej muszkieterowie i d’Artagnan (Sykulski) zaczęli zarabiać pierwsze większe pieniądze. Nietypowo.

— Od przyjaciół z Francji dostaliśmy zlecenie na przeprowadzenie w Polsce badań rynkowych. Mieliśmy sprawdzić, ile Polacy są gotowi wydawać na konsumpcję — mówi Winkowski.

Kant badał rynek. Ten epizod stał się preludium do poważnych interesów. Wkrótce spółka została jednym z pierwszych w Polsce biur maklerskich. Zawdzięcza to… Papciowi Chmielowi i pewnemu komiksowi. A było tak: trzech muszkieterów bardziej od badań rynkowych fascynowało jednak wydawanie gazet. Źródłem tej "cichej" fascynacji był sukces "Gazety Wyborczej". Przypadkowe spotkanie z Papciem Chmielem okazało się brzemienne w skutki. Spółka Kant stała się wydawcą komiksu o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. Radość trwała krótko:

— Umowę z Papciem Chmielem podpisaliśmy, jak na Zachodzie: od wpływów. Tyle że tam nie było popiwku! Gdy przyszło do płacenia, okazało się, że będziemy bankrutami… — mówi Winkowski.

Żeby uciec od popiwku, założyli spółkę: wydawnictwo Prószyński i S-ka. To, co miało być ucieczką od bankructwa, okazało się milowym krokiem Winkowskiego i jego przyjaciół w świat książek, gazet i druku. I wielkich finansów…

Makler z przypadku

Oto astrofizyk, filozof, socjolog i konstruktor silników lotniczych postanowili zostać finansistami.

— Zamierzaliśmy zarobić na tym, na czym o mało nie poszliśmy z torbami. Pomagaliśmy ludziom uciec przed popiwkiem. Sposób był prosty: kto chciał go uniknąć, płacił premie obligacjami SP. W mieszkaniu przy Odyńca 1 otworzyliśmy — bodajże pierwsze w Polsce — biuro maklerskie, w którym obracaliśmy obligacjami. Była tablica, kurs dnia, kupię, sprzedam… Klienci? Mnóstwo! — tłumaczy Winkowski.

Barwne czasy: obligacje trzymali w biurowym sejfie — piwniczce na ziemniaki. Oto korzenie polskiego rynku finansowego. Finansowe naturszczyki poszły jednak krok dalej.

Na parkiet

— To był pomysł Prószyńskiego. Pięć banków szykowało się do stworzenia giełdy w Warszawie. Więc się zgłosiliśmy: my też chcemy. Prawo nie zabraniało… I tak nikomu nieznana spółka została współtwórcą GPW — opowiada Winkowski.

Banialuki? Przecież byli kompletnie "zieloni".

— Nieprawda, przeczytaliśmy mnóstwo książek o giełdzie i finansach. Byliśmy oczytani. Dosłownie. No i mieliśmy biuro maklerskie — wspomina Winkowski.

Które — wraz ze spółką Kant — po kilku latach prosperity sprzedali. Skupili się już wyłącznie na rynku wydawniczym i spółce PiS-ka. Komiks wciąż był lokomotywą.

Dzisiaj Winkowski z rozrzewnieniem wspomina te czasy, jak to robili oscylator, jak brali się za bary z wydawniczą kliką...

— Czeki potwierdzone były wtedy normą. Myśmy nimi płacili, inni płacili nam. To prawda: blokowało się kasę na koncie, przelew szedł kilka tygodni, odsetki rosły. Wada systemu, z której każdy, kto płacił wtedy czekami, wtedy korzystał. Pod warunkiem, że nie kupował obrazów i traktorów — mówi Winkowski.

Jak spowiedź wyjadacza, prawda? Ale on i jego kumple byli amatorami, idealistami z kalkulatorami. Wiele dziwiło, zaskakiwało. Gifty? Koperty? Tego nie znali. W branży wydawniczej, gdzie wszyscy byli "na ty", zdawali się odmieńcami.

— Traktowali nas jak niczego nierozumiejących wariatów. Fakt, myśmy naprawdę nic nie rozumieli. Niedawno spotkałem faceta, który po latach zwierzył mi się: ja wam tak wtedy chciałem pomóc, wystarczyło zostawić kopertę. Mielibyście łatwo… — wspomina Winkowski.

Nie mieli łatwo. W bólach zrodził się ich pierwszy miesięcznik "Nowa Fantastyka", potem "Feniks", w mniejszych już — "Poradnik Domowy", któremu zawdzięczają fortuny, a Winkowski — karierę. I dzięki któremu wszedł pod nogi Jarosławowi Kaczyńskiemu:

— Chcieliśmy kupić drukarnię przy Srebrnej. Przyszliśmy na przetarg, okazało się, że jest już sprzedana Fundacji Prasowej "Solidarność" — wspomina Winkowski.

Zbycie drukarni nakazał ówczesny minister stanu i szef Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy — Jarosław Kaczyński. Kilka miesięcy później drukarnia została zamknięta, a budynek do dzisiaj jest wynajmowany właśnie przez Fundację Prasową "Solidarność".

Początek fortuny

"Poradnik Domowy"… Pierwsze w Polsce pismo dla kobiet znikało w nakładzie sięgającym 3 mln egz. Wkrótce doszło kilkadziesiąt innych czasopism: Prószyński i S-ka stała się największym wydawnictwem w kraju. Agora, do której przeszedł Grzegorz Lindenberg, była wtedy w powijakach.

— Żłobek na Iwickiej (czyli Agora właśnie) miał wtedy 30 mln przychodów rocznie, a my — 100 mln — mówi Winkowski, który pomagał drukować pierwsze numery "Gazety Wyborczej".

Beamont czuł się ojcem czasopism. Alik zajmował się drukiem. Sykulski — rachunkami. Trzy osobowości. Wciąż iskrzyło.

— Tadeusza nic nie obchodziło, prócz jego drukarni. Tylko one się liczyły. Kiedyś oznajmił, że kupił małą drukarnię w Finlandii i potrzebuje kasy, by przenieść wyposażenie do Polski — wspomina jeden ze wspólników.

Jedno na pewno ich łączyło:

— Tym różniliśmy się od wielu ówczesnych biznesmenów, że każdy z nas robił, co lubił. Pieniądze były na drugim planie — mówi Winkowski.

Początkowo "Poradnik" drukowali w Zakładach Graficznych w Pile i pięciu innych najlepszych drukarniach w kraju. Gdy drukarnie zaczęły mieć kłopoty, Winkowski zdecydował:

— W poligrafię nie chcieliśmy się pakować, ale w końcu musieliśmy, gdy Piła zbankrutowała. W przeciwnym razie nie mielibyśmy gdzie "Poradnika" drukować.

Potem przejął Superkolor w Radzyminie. Wszystko z zysków "Poradnika Domowego"! W połowie lat 90. Winkowski nawiązał kontakt z grubą rybą poligrafii — amerykańską firmą Quad Graphics, należącą do Harry'ego Quadracciego, ikony światowej poligrafii. Kilka lat później podpisali umowę o współpracy. Po miesiącu Winkowski założył własną spółkę Winkowski, do której trafiły drukarnie drukujące "Poradnik Domowy". A za kilka tygodni Amerykanie wstrzyknęli w nią 44 mln zł, przejmując 35 proc. udziałów spółki.

Był drukarzem — na swoim.

Kowboj

Kiedy przyszła niemiecka konkurencja, sprzedaż czasopism raptownie spadła. Pojawiły się problemy ze spłatą kredytów. I zgrzyty.

— Każdy z nas z innym temperamentem... Miałem chyba najwięcej sił witalnych — wspomina Winkowski.

Ładnie powiedziane — przez kogoś, kto wyleciał z dziesięciu podstawówek, czterech liceów i czterech uczelni, kto potrafił zrobić rozróbę z powodu jednej drukarki. I kto sam o sobie mówi "nieprzystosowany społecznie". Kto o włos nie wysłał do dentysty Rafała Ziemkiewicza, wówczas redaktora naczelnego pisma "Feniks":

— Że nie dostał w zęby, to wyłącznie zasługa barczystego Beamona, który stanął między nami. O co poszło? O nieuczciwość i matactwo. Oszukał nas, okłamał… I jeszcze za kilka grzechów. Uważam, że ma wredny charakter. Wyjątkowy drań i łobuz. Tyle na ten temat — kwituje Winkowski.

— Faktycznie, podczas spotkania redakcji z wydawcą Winkowski nieoczekiwanie rzucił się na mnie z pięściami... O ile pamiętam, przyczyną awantury był fakt, iż złożony numer "Feniksa" nie trafił do drukarni w terminie — wspomina Rafał Ziemkiewicz.

Cały on! Furiat, nerwus...

— Tadek znany był z temperamentu. Miał zdumiewający zwyczaj krzyczenia na klientów. Potrafił zrobić karczemną awanturę o drobiazg, zwłaszcza kiedy ktoś miał pretensje do działalności jego firmy. A ponieważ dla Tadka "firma to ja", więc każdą krytykę brał do siebie — mówi Piotr Parnowski, kiedyś zwierzchnik drukarni Agory, dziś prezes AMS, a prócz tego: znajomy drukarz z czasów podziemia.

Z jednej strony furiat, z drugiej:

— Paradoksalnie… Tadek jest bardzo nieśmiałym człowiekiem. Potrzebuje dużo czasu, by się otworzyć i dać się poznać z lepszej strony — serdecznej i przyjacielskiej. Wtedy jest dobrym, szlachetnym człowiekiem, niezwykle uczynnym. Nie potrafi powiedzieć: nie. W biznesie pewnie jest inny, ale prywatnie, gdy go o coś poprosić, zawsze się zgodzi. Skutek jest taki, że potrafi umówić się na trzy spotkania o tej samej godzinie. Zawsze tak było... Zawsze mówi "dobra", ale to jest zwodnicze, bo potem, gdy nie może się wywiązać z obietnicy, Tadek znika. Po prostu! Przestaje odbierać telefony, odpowiadać na e-maile. Trzeba przeczekać, aż dopadną go wyrzuty sumienia lub on dopadnie ciebie, bo czegoś będzie potrzebować — dodaje Lindenberg.

— Przyjaźń znaczy dla niego więcej niż pieniądze. Woli je stracić niż przyjaciela — potwierdza Parnowski.

Cóż, osobowość Alika jest skomplikowana niczym maszyna zecerska. Nieśmiały nerwus. Raz roztrzepany filozof, a gdy trzeba: świetny organizator.

— Nigdy nie sądziłem, że Tadek będzie wielkim biznesmenem, bo trudno o równie jak on roztrzepaną osobę. Na spotkanie potrafił przyjść tydzień czy nawet miesiąc później. W czasach podziemia uchodził za kowboja, był lekkomyślny niesłychanie — mówi Parnowski.

— Alik słynął z "relatywizmu form czasowych". Krążył o nim nawet dowcip, że kiedyś przyszedł na spotkanie punktualnie — tyle że tydzień później — potwierdza Lindenberg.

— Ileż on robił zamieszania tym swoim słynnym spóźnialstwem! O dziwo jednak: nigdy nic nie wpadło i wszystko w sumie grało — dodaje Łuczywo, wspominając czasy "Tygodnika Mazowsze".

Uchodził za chłopaka z fantazją. Choć bez wyobraźni. Bo czy ktoś z wyobraźnią wsiadłby za kierownicę tira wypełnionego papierem i pojechał nim do podziemnej drukarni, nigdy wcześniej nie prowadząc ciężarówki?

— Nie ufałem kierowcy, więc został na przydrożnym parkingu bajerowany przez jedną z koleżanek. Nawet nie spostrzegł, kiedy wróciłem — kwituje Winkowski.

— Kariera Tadka jest dla mnie największym zdumieniem. Jeżeli miałbym przed laty wytypować ludzi, którzy na sto procent nie zrobią kariery w biznesie, Tadek byłby "number one". Po angielsku mówił na zasadzie "moja chcieć, twoja zjeść". Kiepski z rachunków, potwornie boi się latać samolotami. Słowem: wszystko tylko nie zarządzanie ludźmi, nie biznes — mówi Lindenberg.

W biznesie dopomogła Winkowskiemu dysleksja. Trochę.

— Dyslektycy prócz tego, że mają problemy z pisaniem i czytaniem, mają też inny sposób myślenia, znacznie bardziej obrazowy i dalekosiężny. Myślą jak szachiści, przewidując kilka ruchów naprzód — objaśnia Karolina Adamiak, psycholog.

Strateg? Nie przewidział jednego: że straci przyjaciół.

Pożegnanie

Trójka wspólników rozeszła się. Nie, nie przez temperament Winkowskiego. Spółka nie wytrzymała ciśnienia zagranicznej konkurencji. Zgrzyty, owszem, były, wciąż iskrzyło, ale przesądziły cyfry. Coraz mniejsze. W 2002 roku PiS-ka sprzedała swe tytuły Agorze. Udziałowcy wybrali własne drogi. Niegdyś przyjaciele, dzisiaj sobie obcy, nie spotykają się i nie wspominają dawnych lat przy kawie czy wódce. Nie chcą. Czasem kartka na święta lub e-mail...

— Nie mamy czasu na towarzyskie spotkania — ucina temat Winkowski.

Każdy z nich robi już co innego. Oprócz Winkowskiego. Ten wciąż drukuje. Z werwą nastolatka snuje śmiałe plany. Cztery lata temu postanowił kupić upadłą fabrykę Daewoo-FSO w Wyszkowie. Dzisiaj offsetowe "mercedesy" już tam szumią. Wszystkie zmontowali na miejscu pracownicy Winkowskiego, a nie — jak z reguły — producenta. Nawyk z dawnych lat, kiedy liczyło się każdy grosz, dzisiaj pomaga, bo każdą maszynę znają na wylot. Serwisant nie zarobi. Drukują czasopisma, katalogi, książki. Tu Winkowski wydrukował swój album przyrodniczy, który rozdaje klientom.

— Nie jestem fanatykiem kupowania firm. Wolę je budować od zera, to dużo ciekawsze — mówi drukarz.

Idzie kryzys, na który branża poligraficzna reaguje jako jedna z pierwszych.

— Siadło, prawda. Ale nie na długo — Winkowski jest optymistą.

A co ma powiedzieć? Jest drukarzem i żaden kryzys tego nie zmieni. I filozofem. Gdy zapytać go, czego w życiu żałuje, co by zmienił, odpowie — nic. Ale po chwili doda — prawie.

— Może tego, że za późno wziąłem się za biznes? Może trzeba było, jak inni, zamiast latać z bibułą myśleć o biznesie? Życie co rusz podtykało mi jakieś szanse: a to komputery, a to telewizja… — wspomina Winkowski.

Telewizja? Mało znany epizod. I krótki:

— Gdy pojawiły się problemy z czasopismami, Mariusz Walter proponował nam, żeby wspólnie zrobić telewizję. Odmówiliśmy, sądząc, że jesteśmy już takimi orłami, że ze wszystkim sobie poradzimy. Byliśmy butni! Zabrakło pokory i wiedzy. Błąd! — sumuje Winkowski.

I kwituje swoje dotychczasowe życie lapidarnie: jakoś się jednak udało. Już bez buty. Z pokorą.

CV

Tadeusz Winkowski

Wykształcenie: filozof

Rodzina: Żona Agata, syn Jaś (22 l.) i córka Małgosia (20 l.)

Dom: mieszkanie na Mokotowie, dom na Pojezierzu Brodnickim

Autorytet: John Davison Rockefeller

Ostatnio przeczytana książka: "Podręcznik radiokomunikacji dla pilotów"

Co mnie wkurza: głupota i wieczne niezadowolenie

Największa zaleta: dobroduszność

Największa wada: nerwowy bywam

Wymarzone miejsce na świecie: bezludna wyspa. Gdzieś w Polinezji?

Męska zabawka: wkrótce helikopter

Czym jeździ: VW transporter (w garażu nic innego nie stoi. Jak chcę pojeździć czymś lepszym, wynajmuję).

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Alik drukarz