ANONIMOWE OGŁOSZENIA ZNIECHĘCAJĄ CZĘŚĆ MENEDŻERÓW

Michał Kobosko
opublikowano: 1999-11-19 00:00

DOMINACJA FIRM Z ZAGRANICY ZAGRAŻA POLSKIEJ GOSPODARCE

JASNA WIZJA: Ciągle nie jest za późno, by myśleć o stworzeniu silnych polskich przedsiębiorstw, mogących konkurować na rynkach Unii Europejskiej. Drogą do tego jest konsolidacja, a także wzmocnienie polskich firm o kapitał i kadrę, jeśli trzeba, wziętą tymczasowo z Zachodu — mówi Maciej Olex-Szczytowski.

Znany bankier inwestycyjny, który m.in. uczestniczył w sprzedaży akcji LOT Swissairowi, wskazuje na zagrożenia, wiążące się z dominacją firm zachodnich w krajowej gospodarce.

„Puls Biznesu”: W piśmie „Unia & Polska” opublikował Pan ostatnio tekst, w którym znalazł się apel o obronę polskiej gospodarki przed nadmiernym wpadnięciem pod kontrolę zagranicznych inwestorów strategicznych. Przyzna Pan, że takie wezwanie ze strony przedstawiciela zachodniego banku inwestycyjnego brzmi dość szokująco.

Maciej Olex-Szczytowski: Banki inwestycyjne mają różne źródła dochodu. A jeśli chodzi o tekst, prezentuję w nim wyłącznie własne opinie. Do jego napisania skłoniło mnie to, iż będąc uczestnikiem wielu dużych prywatyzacji, zauważyłem, że mało kto zastanawia się nad przyszłym kształtem polskiej gospodarki.

Jeśli za miernik dominacji zagranicznej weźmiemy sumę zysku netto stu największych przedsiębiorstw w 1998 r., to okaże się, że 46 proc. tej kwoty już pozostaje pod kontrolą zagranicznych inwestorów strategicznych. Uwzględniając PZU, plany wobec TP SA oraz sektora stalowego i energetycznego, ten udział rośnie do 75 proc.! Taki stopień nie miał precedensu w większych krajach europejskich.

Na razie w Polsce mamy do czynienia z wyprzedażą „na czas”. Sprzedaż zagranicznym inwestorom strategicznym jest często najłatwiejszym rozwiązaniem dla wszystkich: budżetu, urzędników i zarządów samych spółek. Resort skarbu płaci bowiem wynajętym doradcom zbyt mało, by szukali oni alternatywnych rozwiązań w stosunku do z góry ustalonej koncepcji prywatyzacyjnej. Zatem ostrożnie zakładając, że „łatwa” restrukturyzacja mogłaby dać w ciągu ostatnich lat podwojenie wartości sprzedawanych firm, zagraniczni inwestorzy strategiczni dostali w prezencie od 5 do 7,5 mld USD.

— Skąd jednak ta obawa przed zagranicznymi inwestorami strategicznymi. Wie Pan doskonale, że z wielu powodów — przede wszystkim siły kapitałowej i posiadanego know-how — przy większych projektach prywatyzacyjnych nie mają oni polskich konkurentów? W wielu branżach zachodzi globalna konsolidacja.

— To prawda, że zagraniczni inwestorzy strategiczni bardzo szybko potrafią zwiększyć wydajność i wartość polskiej firmy. Ale w dłuższej perspektywie, ich zbyt wielka dominacja stanowi zagrożenie dla kompletnej modernizacji polskiej gospodarki. Trzeba pamiętać, że ogromna większość firm tzw. międzynarodowych ma wyraźną tożsamość narodową. Koncern jest zarządzany przez obywateli kraju macierzystego, który zyskuje m.in. na unowocześnieniu procesów technologicznych i zwiększeniu liczby miejsc pracy. Największą wartość dodaną wytwarza zwykle w kraju macierzystym, natomiast spółki zależne często znajdują się na peryferiach macierzystej korporacji. To dla nich recesja czy wzrost konkurencji rynkowej stanowi największe zagrożenie.

— Nadal uważam, że w wielu sektorach nie ma innego wyjścia niż sprzedaż „zagranicy”.

— Zgadzam się, że niektóre branże nie poradzą sobie bez zachodnich partnerów. LOT, fabryki samochodów, uzbrojenia czy leków są skazane na łączenie sił z wielkimi korporacjami. Ale w wielu sektorach polskie firmy mogłyby się teraz obyć bez takiego wsparcia z zewnątrz. Zaliczam do nich m.in. budownictwo, przemysł spożywczy, hutnictwo stali, energetykę, a także — choć może to być zaskoczeniem — telekomunikację, ubezpieczenia i bankowość.

— Wymienia Pan te branże, które już są w dużym stopniu kontrolowane przez Zachód!

— To właśnie uważam za historyczny błąd. W historycznym kontekście, w tych branżach polskie firmy są często w niewielkim stopniu zapóźnione. Ten dystans można stosunkowo łatwo zniwelować, kupując tanie, powszechnie dostępne na Zachodzie know-how. Jeśli temu pokoleniu polskich menedżerów brakuje odwagi i wiedzy, można tymczasowo zatrudniać menedżerów z zagranicy. Można wreszcie finansować rozwój firmy — długiem czy przez sprzedaż akcji inwestorom portfelowym — bez utraty krajowej tożsamości. Proszę spojrzeć na Telekomunikację Polską. Wszyscy wiemy, że tej firmie bardzo daleko do zachodnich standardów. Ale w latach 1994-97 zwiększyła ona nasycenie kraju liniami telefonicznymi szybciej niż mający inwestorów strategicznych czeski SPT. A w ostatnim czasie TP SA — firma nadal kontrolowana przez państwo — nie miała kłopotów ze zwiększeniem zadłużenia o kredyty i obligacje warte przeszło 2 mld USD.

— Wszyscy żyjemy ze świadomością garbu zadłużenia z czasów PRL, a Pan zachęca przedsiębiorstwa do zaciągania kolejnych długów za granicą!

— Ja tylko chłodno porównuję uwarunkowania Polski i innych krajów o podobnym statusie ekonomicznym. Mowa jest o sektorze rynkowym, a nie o zobowiązaniach państwa. Wychodzi na to, że zanim Polska dojdzie do takiej relacji zadłużenia zagranicznego do PKB, jaką mają Węgry czy Grecja, polskie firmy teoretycznie mogą pożyczyć lub wyemitować obligacje za 38 mld USD (160 mld zł)! Ale dług to nie jedyne rozwiązanie. Można przecież szerzej wykorzystywać giełdy światowe i wprowadzać większościowe lub mniejszościowe, rozproszone pakiety akcji do obrotu publicznego. Żeby zapobiec niepożądanym przejęciom, Skarb może zachować blokujące pakiety akcji, którymi nie będzie jednak aktywnie zarządzać.

Zgadzam się, że warszawska giełda jest mało płynna i — z tego powodu — bardzo rozchwiana. Ale są przecież inne rynki, na których powinny być notowane polskie przedsiębiorstwa. Warto to otwarcie powiedzieć: nie trzeba w ogóle być notowanym w Warszawie. Udowodniła to choćby Netia, która weszła na amerykański rynek NASDAQ.

— Wróćmy do zagranicznych inwestorów strategicznych. Mówi Pan o nich tak, jakby były źródłem wszelkiego zła. A przecież dzięki nim zmniejsza się bezrobocie, do Polski trafia najnowsza technologia, poprawia się wydajność pracy etc.

— Oczywiście, że nie jest to źródło zła! Mniej więcej do końca 1995 r. nie było innego wyjścia jak tylko sprzedawać przedsiębiorstwa inwestorom zagranicznym. Każda taka transakcja sprzyjała modernizacji i wzrostowi gospodarki, choć — przypomnijmy — wpływy prywatyzacyjne rzadko zasilały same przedsiębiorstwa. Ale przez 10 lat reform gospodarka uległa wielkim zmianom. Dziś jest już na tyle dojrzała, że polskie firmy mogą się rozwijać bez automatycznego oddawania kontroli inwestorom zagranicznym.

— Doradzał Pan przy kupnie Pekao SA przez włoski UniCredito Italiano. Teraz wskazuje Pan m.in. na bankowość jako sektor, który mógłby się obyć bez inwestorów zagranicznych.

— Wręcz przeciwnie. Wejście zagranicznych banków było kluczowym osiągnięciem prywatyzacyjnym. Ja chcę po prostu zwrócić uwagę na nadmierną dominację zagranicy w tym sektorze. We wszystkich głównych krajach UE — Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii — żaden z pierwszej dziesiątki banków nie znajduje się pod kontrolą inwestora strategicznego z zagranicy. Weźmy przykład Deutsche Banku. Mimo że inwestorzy portfelowi spoza Niemiec mają 41 proc. jego akcji, bank zachowuje kulturę i sposób działania właściwe instytucji niemieckiej. Jest to sytuacja zupełnie odmienna od nabycia pakietu strategicznego — takiego, jakiego dokonał UniCredito w przypadku Pekao SA.

Proszę spojrzeć na sytuację w Polsce. Według moich obliczeń, łączne aktywa 15 największych polskich banków są już kontrolowane przez kapitał zagraniczny w 57 proc. Pod względem kapitałowym ten udział w piętnastce sięga aż 73 proc. Jeśli dojdzie do przejęcia Banku Handlowego przez Commerzbank, to będzie to już 86 proc.

— Tylko że polska bankowość w odróżnieniu od unijnej jest ciągle mocno zacofana i wymaga przyspieszenia, które mogą zapewnić jedynie obcy właściciele...

— W latach 80. organizowałem finansowanie dla włoskich i hiszpańskich banków — to dopiero było zacofanie! Na południu Europy banki podciągnęły się same, bez właścicieli z zagranicy. Nie ma powodu, by polskie banki nie skorzystały z tych wzorów.

Poza tym, zbyt wielka obecność kapitału zagranicznego w bankowości niesie wiele zagrożeń. Banki międzynarodowe zazwyczaj ustalają politykę kredytową w sposób bardzo scentralizowany, a dla nich Polska jest nadal krajem wysokiego ryzyka. Z ich punktu widzenia dofinansowanie małych i średnich firm, sektora high-tech, agrobiznesu, samorządów lokalnych czy przemysłu ciężkiego jest bardziej ryzykowne i często niechętnie widziane, więc nie ma co liczyć na elastyczne traktowanie polskich kredytobiorców. W przypadku każdego kryzysu zaufania do Polski — niezależnie od jego realnych czy wątpliwych przyczyn — kranik z kredytami może zostać przykręcony.

— Występuje Pan pod sztandarem obrony polskiej gospodarki. Czy jednak nie jest już za późno na taką dyskusję?

— Nie jest za późno, by myśleć o stworzeniu silnych polskich przedsiębiorstw, mogących konkurować na rynkach Unii Europejskiej. Drogą do tego jest konsolidacja (PKN jest tu świetnym przykładem), a także wzmocnienie polskich firm o kapitał i kadrę, jeśli trzeba, wziętą tymczasowo z Zachodu. Uważam, że należy zrezygnować ze sprzedawania kontrolnego pakietu akcji TP SA (tu wyjściem jest sprzedaż kolejnych pakietów akcji przez giełdę). Nie ma również powodu, by oddawać inwestorom branżowym kontrolę nad większością firm sektora energetycznego czy gazownictwa. W bankowości trzy ostatnie znaczące banki pozostające w rękach państwa — PKO BP, BGŻ i BGK — powinny zostać połączone, zrestrukturyzowane i być może tymczasowo zasilone zagranicznymi prezesami oraz członkami zarządów, np. odpowiedzialnymi za kredyty i skarbiec. A potem wprowadzone na giełdy światowe, aby ich akcjami obracali inwestorzy portfelowi.

— Czy naprawdę wierzy Pan w realność tych tez?

— To zależy od polityków i społeczeństwa. Myślę, że nasz czterdziestomilionowy kraj ma zbyt duży potencjał, by przyjąć wyłącznie rolę podwykonawców, tak jak zrobiły Czechy, Węgry, Estonia czy nawet Irlandia i Belgia. Tylko dobrze prosperujące rodzime wielkie firmy dadzą Polakom poczucie wiary we własne siły i zachęcą największe talenty do pozostania w kraju. Ponadto polskie firmy będą wówczas w stanie same inwestować za granicą, co zwiększy ich zyski i wielkość polskiego eksportu. Takim sposobem, mamy szansę dogonić północną Europę, tak jak doganiają ją kraje Półwyspu Iberyjskiego.

“We wszystkich głównych krajach Unii Europejskiej żaden z pierwszej dziesiątki banków nie znajduje się pod kontrolą inwestora strategicznego z zagranicy. Weźmy przykład Deutsche Banku. Mimo że inwestorzy portfelowi spoza Niemiec mają 41 proc. jego akcji, bank zachowuje kulturę i sposób działania właściwe instytucji niemieckiej”.

OD REDAKCJI

Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności tez przedstawionych w wywiadzie, zapraszamy Czytelników do dyskusji o roli zagranicznych inwestorów strategicznych w polskiej gospodarce. Na listy czekamy pod adresem: „Puls Biznesu”, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa, lub mailem: [email protected], z dopiskiem „Inwestorzy”.