Aston Martin znajduje się w trakcie działań naprawczych prowadzonych pod wodzą miliardera Lawrence'a Strolla, który uratował firmę w 2020 r. W zeszłym roku Stroll zatrudnił byłego szefa Bentley Motors, Adriana Hallmarka, aby poprowadził zmiany. Firma oczekuje, że redukcja zatrudnienia pozwoli zaoszczędzić około 25 mln funtów rocznie.
Rozdęte koszty i straty
Plan Hallmarka zakłada przycięcie ogromnych kosztów operacyjnych Aston Martina i sprzedaż większej liczby wariacji istniejących modeli, aby przyciągnąć bardziej stałych klientów. Chce również zwiększyć księgę zamówień, która obecnie wynosi pięć miesięcy, zwiększyć liczbę spersonalizowanych dodatków i uniknąć problemów z jakością w przyszłości, nie spiesząc się z modelami, jak to miało miejsce w przeszłości.
W 2024 r. Aston Martin dostarczył swoim klientom „zalewie” 6030 pojazdów, co oznacza sięgający 9 proc. spadek względem poprzedniego roku. Firma poniosła też stratę przed opodatkowaniem rzędu 289,1 mln GBP. Słabsze rezultaty tłumaczone były m.in. zakłóceniami w łańcuchu dostaw i spadkiem popytu w Chinach.
Choć Stroll zapowiada, że docelowo firma ma produkować rocznie 10 tys. aut, jednak Hallmark woli skupić się na wypracowaniu zysku, a nie osiągnięciu ambitnego wolumenu.
Pozytywna reakcja
Informacja o zwolnieniach dobrze została przyjęta przez inwestorów. Kurs akcji na giełdzie w Londynie wzrósł w środę aż o 5,7 proc. Papiery mają jednak sporo do odrobienia, gdyż strata w okresie ostatniego roku sięga około 35 proc.
