Z analiz sporządzanych przez jego małą firmę korzystają ministerstwa: gospodarki, infrastruktury i finansów. I mnóstwo innych klientów. Handel informacjami — raporty o rynku motoryzacyjnym — zapewnia Samarowi Wojciecha Drzewieckiego niezłe dochody i prestiż w branży handlu informacjami. Sukces. Efekt decyzji, by zamienić ciepłą posadkę u kogoś na niepewną samodzielność.
Nie liczył na własne siły. Jak wielu młodych na początku lat 90. postawił na wchodzące akurat do Polski korporacje. Pracował dla Nissana. Japończycy wielbią liczby. Zażądali danych o rynku samochodowym. Przeżyli szok — prócz GUS-u nikt w Polsce nigdy nie robił takich analiz!
— Pierwszy mój raport o rynku motoryzacyjnym w Polsce wyglądał prymitywnie. Ale był — i to doceniono. Na zebraniu przedstawiłem proste tabelki i wykresy. Zaspokoiłem potrzeby ścisłych japońskich umysłów. Częściowo. Chcieli następnych opracowań, dokładniejszych, ambitniej zakrojonych — mówi Wojciech Drzewiecki, prezes firmy Samar Automotive Market Analysis.
Zdobyć dane było ciężko —strach przed ujawnianiem informacji paraliżował. Firmy chroniły wiadomości niby wielki skarb. Ale kropla drąży skałę... Aż w końcu sami informatorzy zaczęli dostrzegać korzyści z raportów. Dzisiaj, dzięki wysiłkom Drzewieckiego i osób popierających wówczas jego ideę, przy tworzeniu analiz współpracuje ponad 30 firm motoryzacyjnych. Bez mrugnięcia oka podają dane o wynikach.
Absolwent Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych na Politechnice Warszawskiej o statystyce niewiele wiedział. Podstawy z uczelni i tyle, co się sam nauczył. Z książek. O konkretnym zapotrzebowaniu na informacje, poszczególnych wskaźnikach dowiadywał się przeważnie od zleceniodawców.
— Mówili: potrzebujemy takich i takich informacji w raporcie. U nas robi się je tak i tak. I tak robiłem... Po pracy. To było moje hobby — wspomina Drzewiecki.
Chciał go zatrudnić Ford.
— Płacili dwa razy tyle... Propozycja nie do odrzucenia! — tłumaczy prezes Samaru.
Nie zaprzestał jednak sporządzania coraz dokładniejszych raportów. Ciągle dla Nissana, choć — jak się okazało — korzystały z nich wszystkie firmy motoryzacyjne. Szefowie w Fordzie wiedzieli o hobby pracownika. Zgodzili się nawet, by prowadził własną, „raportującą” firmę. Sami wówczas jeszcze nie widzieli korzyści z tworzonych przez niego dokumentów.
— Po pewnym czasie zainteresowanie moją działalnością na tyle wzrosło, że trudno było pogodzić pracę w Fordzie i we własnej firmie. To zaczynało przeszkadzać i koniec końców — w grudniu 1997 r. — byłem już wyłącznie we własnej firmie, zatrudniającej 2 osoby — mnie i moją żonę Monikę — opowiada Wojciech Drzewiecki.
Nowe, przytulne miejsce pracy. W swoim mieszkaniu, w dużym pokoju przed telewizorem postawił wygodny fotel. Tam przez kilka lat codziennie rano zasiadał z laptopem na kolanach. Mawiał, że idzie do pracy. Nie wolno mu było przeszkadzać.
— Na początku brakowało mi korporacyjnego gwaru. Spotkań, współpracy, kolegów, lunchów. Miałem wrażenie, że coś mnie mija. W koncernie czekało na mnie wiele szczebli drabiny. A tu? Byłem sam. Co gorsza: nie mogłem wyjść z pracy o siedemnastej i wrócić do domu!!! Robota była ze mną wszędzie — mówi pan Wojciech.
Z komputerem nie rozstawał się przez 10 lat. Miał go na wakacjach, podczas weekendów. Raport po raporcie. Szukał rozwiązań — jak ująć dane, by przedstawić rynek pod takim kątem, jak chciał klient.
— Długi weekend majowy to pierwsze wolne dni spędzone bez komputera — ku zaskoczeniu żony i znajomych. Po prostu nie miałem takiej potrzeby... Znajduję również trochę czasu na ulubiony teatr. Głównie dzięki córce, która nam to organizuje. Często chodzimy z żoną do Komedii, Kwadratu, czasem do Buffo — mówi szef Samaru.
Zatrudnia 8 osób. Z dużego pokoju firma przeniosła się do willi na warszawskiej Sadybie. Ulubiony fotel sprzed telewizora zawędrował za biurko prezesa.
— Kiedy analityk nie zna branży od podszewki, nie napisze dobrego komentarza do analizy liczbowej. Dlatego nie zamierzam zajmować się też innymi branżami — mówi Drzewiecki.
Wąska specjalizacja, ale —twierdzi właściciel firmy — wystarczająca. Samar sporządza analizy sektora dla banków, inwestorów, firm samochodowych. Ostatnio dołączył producent akumulatorów. Firma przygotowuje również publikacje dla dealerów — broszury, z krótką analizą rynku z ostatniego miesiąca wraz z uwypukleniem sytuacji marki, którą sprzedają.
— Na razie dostają je dealerzy Peugeota, ale zainteresowanie jest większe i mamy nadzieję, że wkrótce grono odbiorców się powiększy. Sprzedawcy coraz bardziej merytorycznie podchodzą do rynku — zauważa Wojciech Drzewiecki.
Boi się konkurencji z Unii. Dlatego inwestuje w nowe technologie. Samar przygotowuje nowoczesną bazę danych o rynku samochodowym. Użytkownik przez Internet dowie się wszystkiego o sprzedaży samochodów w Polsce. Znajdzie tam analizy ekonomiczne, prognozy, ale również informacje o poszczególnych markach, modelach, ich cenach, specyfikacjach, promocjach itp.
Zamówień nie brakuje, choć Samar ma konkurencję: międzynarodową, dużą, z know-how.
— Przy niektórych projektach jesteśmy partnerami, przy innych — rywalami. Nie jestem zwolennikiem ostrej konkurencji — przekonuje szef firmy. Uważa, że w branży motoryzacyjnej jest wystarczająco dużo roboty dla kilku graczy. Myśli o współpracy z innymi, większymi firmami z za- granicy.
— Większość dotychczasowych propozycji świadczyła raczej o chęci przejęcia, a nie wspólnego działania. Ale na to zawsze będzie czas. Nam zależy na dobrym, sprawdzonym know-how i renomie, na którą pracowaliśmy przez wiele lat — podkreśla prezes Samaru.
Po dekadzie doświadczeń wie, że statystyka to bardzo elastyczna dziedzina.
— Zawsze można udowodnić, że jest bardzo dobrze albo bardzo źle. Zależy od woli. Kiedyś, gdy sytuacja Forda nie była za ciekawa i wszystkie wskaźniki szły w dół, a wielkość sprzedaży sytuowała firmę daleko od czołówki, „wynalazłem” dla szefa parametr pod tytułem „sprzedaż na pracownika”. W tym ujęciu wypadaliśmy najlepiej z branży. Był więc argument w dyskusji! — śmieje się Drzewiecki. Teraz nie wymyśla już tego typu wskaźników. Nie musi nikogo przekonywać o zasadności decyzji. Jego firma zajmuje się analizą suchych faktów i właściwym ich komentarzem.
We właściwym momencie postawił na właściwego konia — tak mówią też współpracownicy. Często zazdroszczą mu tego. Własna firma, z dala od korporacyjnych przepychanek, spokojne źródło dochodu. Bez kredytów utrzymuje się z bieżących przychodów.
— Mówią mi często: tobie to dobrze! Ale mało kto zauważył, ile pracy w to włożyłem. Że przez prawie dekadę nie miałem spokojnych wakacji. Zmienia się świadomość, gdy siada się u steru. Nie ma na kogo zwalić winy. Trzeba myśleć samodzielnie. Szybko i odpowiedzialnie — przekonuje Drzewiecki.
Miał znajomego, który powtarzał, jak bardzo mu zazdrości.
— W końcu powiedziałem: OK, możesz być podwykonawcą. Chcę, byś robił dla mnie takie i takie analizy. Będę twoim klientem... Wie pani, że nie chciał! Powiedział, że się boi. Zachował ciepłą posadkę w dużej korporacji — wspomina szef Samaru.
Plany?
Rozwijać firmę. Dostarczać nowych rozwiązań, technologii. Pokazać, że Polak też potrafi.
Zagraniczna ekspansja?
— Były propozycje: Ukraina, Czechy, Słowacja. Trzeba tam siedzieć, pilnować interesu, zdobywać informacje. Albo mieć zaufanych ludzi, a na to trzeba dużych pieniędzy. Wystarczy to, co mam. Na razie — sumuje Wojciech Drzewiecki.