Banki zabijają się o korporacyjne lokaty

Eugeniusz Twaróg
14-05-2009, 00:00

Najpierw banki biły się o depozyty Kowalskiego, teraz wojna idzie o lokaty korporacji. Pierwszą ofiarą padł WIBOR. Jest martwy.

Szef ING BSK mówi o kolejnej bankowej wojnie cenowej

Najpierw banki biły się o depozyty Kowalskiego, teraz wojna idzie o lokaty korporacji. Pierwszą ofiarą padł WIBOR. Jest martwy.

ING Bank Śląski to jeden z tych nielicznych graczy w branży, który w I kwartale więcej zarobił na odsetkach niż przed rokiem. U konkurentów nie jest tak dobrze, gdyż musieli poświęcić dochody odsetkowe na amunicję w wojnie na depozyty. Śląski, choć nie bierze w niej udziału, obrywa rykoszetem. W detalu wartość lokat wzrosła w I kwartale, jednak portfel depozytów korporacyjnych banku w I kwartale skurczył się. I to aż o 10 proc.

— Korporacje są najbardziej klasycznym przykładem wojny cenowej. Kiedyś walka toczyła się o roczne lokaty detaliczne, potem o sześcio-, potem trzymiesięczne. Dzisiaj toczy się o lokaty tygodniowe i miesięczne, ale wśród korporacji. W detalu gwałtownych przesunięć między bankami nie ma — mówi Brunon Bartkiewicz, prezes ING BSK.

Ujemna marża

Batalia cenowa rozgrywa się nie tylko w Polsce. Działania wojenne obejmują całą Europę, jednak nigdzie nie przynoszą tak dotkliwych skutków jak u nas.

— Poziom przepłacania za depozyty jest bardzo duży — twierdzi Brunon Bartkiewicz.

W ogniu walki padł WIBOR. Wskaźnik jest martwy. Owszem, wciąż indeksowane do niego są kredyty. Depozyty już nie. W normalnych warunkach banki płacą za lokaty poniżej WIBOR-a. Różnica między oprocentowaniem depozytu a tym wskaźnikiem to ich marża. Dzisiaj — po cenach, jakie branża płaci za lokaty — nikt nie jest w stanie na nich zarobić. Więcej — do depozytów trzeba dopłacać. Ujemna marża wynosi nawet 300 punktów bazowych.

— Rachunek jest prosty. Jeśli dzisiaj wezmę depozyt i chcę go zainwestować w instrument bez ryzyka, np. notę NBP, skarbową, tracę 300 pkt proc. To jest właśnie definicja wojny cenowej — wyjaśnia Brunon Bartkiewicz.

Szef ING BSK uważa, że w normalnych warunkach koszt depozytu powinien wynosić obecnie 2,7 proc. Średnia rynkowa jest tymczasem znacznie wyższa, a nie brakuje banków, które płacą klientom 6 proc. w skali roku.

Kiedy rozejm

Brunon Bartkiewicz ma nadzieję, że wojna zacznie wreszcie wygasać. Podobne życzenia składali niedawno Luigi Lovaglio, wiceprezes Pekao, oraz Mariusz Grendowicz, prezes BRE Banku. Tyle że zapowiedzi końca wykrwawiającej branżę walki słyszeliśmy już kwartał i dwa kwartały temu.

— Nikt jej nie chce. Czasem jednak banki kalkulują, że podwyższą na chwilę oprocentowanie, żeby uzyskać więcej depozytów, a potem zejść do poziomu rynku. Jeśli tak postąpią dwa-trzy banki, to co robi kolejnych piętnaście? — pyta Brunon Bartkiewicz.

Prezes Śląskiego uważa, że nie byłoby dzisiejszej wojny, gdyby w przeszłości banki nie rozchwiały struktury płynnościowej sektora, udzielając długoterminowych kredytów hipotecznych finansowanych krótkim pieniądzem z rynku międzybankowego.

— Jeśli bank udziela kredytów we frankach szwajcarskich na 20 lat, a finansuje się z krótkoterminowego depozytu, prosi się o kłopoty. Żeby móc udzielać długich kredytów, trzeba zbudować solidną bazę detaliczną — mówi Brunon Bartkiewicz.

Przyznaje, że Śląski też przyłożył rękę do podkręcania akcji kredytowej, gdy po długim okresie wstrzemięźliwości zdecydował się latem ubiegłego roku kredytować kupno nieruchomości we frankach.

— Nie zrobiliśmy tego z chciwości. Groziło nam, że zostaniemy wypchnięci z rynku. Dołączyliśmy do tłumu, który robił źle — mówi Brunon Bartkiewicz.

Nieracjonalne było pożyczanie we frankach. Nieracjonalne jest przepłacanie za depozyty. Prezes ING BSK przewiduje, że wojna na procenty skończy się, gdy wreszcie ożyje rynek między- bankowy. Kiedy to się stanie? Trudno prognozować. Pewne jest to, że na wojnie stra- cą nie tylko same ban- ki. Skutki odczuje też gospodarka.

— Drogie depozyty powodują, że rośnie cena kredytów. To zaś może opóźnić wychodzenie Polski z recesji — ocenia Brunon Bartkiewicz.

Z pierzynką

O ING BSK zwykło się mówić jako banku, który śpi na pieniądzach. Kiedy konkurenci próbowali tworzyć poduszkę finansową, to Śląski przez lata uzbierał na pierzynę. Stosunek kredytów do depozytów w tym banku wynosi 53 proc. ING BSK korzysta z zebranych pieniędzy. Z rozwagą. Portfel kredytowy w detalu urósł o 5 proc. kw/kw (w tym kredyty hipoteczne o 12 proc.) — o 1,3 mld zł. W korporacjach dynamika wyniosła 3 proc. Niewiele? Zawsze coś w czasach, gdy inne banki prawie zupełnie zaprzestają kredytowania. W I kwartale instrumenty pochodne wciąż ważyły na wyniku Śląskiego. Łącznie opcje kosztowały go 113 mln zł. Z tego 68 mln zł obciążyło przychody (opcje nierozliczone), a 45 mln zł poszło na rezerwy. Dochód pomniejszyło też 20 mln zł z tytułu negatywnej wyceny euroobligacji, natomiast odpisy na kredyty wyniosły 56 mln zł. Zysk banku — 80 mln zł — był o 53 proc. niższy niż

Okiem EKSPERTA

Hanna Kędziora

analityk DM PKO BP

Wojna na depozyty fatalnie wpływa na wyniki banków. Najlepszym przykładem jest Millennium, którego wynik odsetkowy dramatycznie spadł (kwartał do kwartału). Banki, które bronią marży i nie biorą udziału w wojnie cenowej, jak BRE Bank czy ING BSK, muszą się liczyć ze spadkiem wolumenów sprzedaży. Wyższa efektywność okupiona jest odpływem depozytów. Jak długo potrwa wojna cenowa?

Myślę, że nawet

same banki nie wiedzą, kiedy wygaśnie. Kiedy już wydaje się, że oprocentowanie nie będzie szło w górę, pojawia się oferta banku, który potrzebuje gotówki i reszta stawki stara się dorównać do niego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Prawo / Banki zabijają się o korporacyjne lokaty