Takie zdanie samo w sobie oczywiście nie jest żadnym odkryciem, wręcz truizmem – byłoby gdyby ukazało się 3 sierpnia… 2023 r., czyli nieco ponad dwa miesiące przed wyznaczonymi na którąś z niedziel października wyborami do Sejmu i Senatu. Tymczasem realnie opisuje ono międzypartyjną konfrontację, rozkręconą na… rok i dwa miesiące przed wyborami! Właściwie jest to sytuacja zgodna z politologicznymi teoriami, że przygotowania do kolejnych wyborów zaczynają się pierwszego dnia po zakończonych. W dziejach III RP aż tak rozciągniętej w czasie gonitwy jednak nie przerabialiśmy.
Coraz większa nerwówka ogarnia władców spod znaku tzw. dobrej zmiany. Dosyć ustabilizowane sondaże, przeprowadzane przez różne pracownie na różne zlecenia, potwierdzają trend. Jeśli przez rok nic nie tąpnie w żadną stronę, lista Prawa i Sprawiedliwości oczywiście trzeci raz z rzędu zdobędzie największą liczbę mandatów do Sejmu, ale tym razem nie ma szans na przekroczenie progu 231. W latach 2015 oraz 2019 wynik PiS był identyczny – 235 mandatów, czyli samodzielna większość bezwzględna, umożliwiająca rządzenie bez konieczności szukania koalicjanta. Oczywiście mowa o jakiejś innej partii, która weszła do Sejmu pod własnym szyldem. Zupełnie inną kwestią jest trwający niemal bez przerwy zgiełk wewnątrz klubu PiS, którego natężenie zależy od liczby wpuszczanych na listy wiodącej partii rozmaitych przystawek i wasali. Taka taktyka sprzyja koncentracji głosów, premiowanej zwiększeniem liczby poselskich mandatów dzięki metodzie D’Hondta, a także wyklucza wszystkie polityczne ogony z podziału budżetowych pieniędzy – subwencje i dotacje przez całą kadencję trafiają wyłącznie do kasy PiS. Z drugiej jednak strony – z definicji wywołuje wewnętrzne konflikty i pęknięcia. Znakomitym przykładem jest postawa Zbigniewa Ziobry, zależna od wwiezionej na garbie PiS reprezentacji Solidarnej Polski. Gdyby miał tylko kilka sejmowych szabel, raczej by karmiącą rękę lizał, a nie kąsał. Obecnie ma jednak aż 20 mandatów, co czyni z niego arytmetyczną potęgę i uprawnia szeregowego ministra np. do publicznego kpienia z premiera Mateusza Morawieckiego, któremu pozostaje jedynie gorzkie milczenie.
Na podstawie obecnych sondaży zwycięski wynik PiS szacowany jest na 205-215 poselskich mandatów. A zatem do rządzenia brakuje ich co najmniej 20-30, dokładna liczba będzie znana dopiero z obwieszczenia Państwowej Komisji Wyborczej po głosowaniu. Od utworzenia na początku XXI wieku PiS zasadnie określane jest jako partia z zerowymi zdolnościami koalicyjnymi. Praktyka rządów od 2015 r. czarno na białym tego dowiodła. Jarosław Kaczyński z definicji wyklucza współpracę z kimkolwiek, zdarzające się czasami ustępstwa lub wycofywanie się z niektórych pomysłów to wyłącznie następstwo niezebrania koniecznej liczby głosów.
Dlatego przez najbliższy rok kampania wyborcza przyniesie jeszcze wiele zaskoczeń. PiS będzie dosłownie za wszelką cenę i każdą metodą walczyło nie tyle o samo nominalne wygranie wyborów, bo to wydaje się niezagrożone, ile o wygranie jak najlepszym wynikiem arytmetycznym. Rezerwuar pomysłów jest niewyczerpany. Czy jeszcze niedawno wydawało się realne np. wykluczenie możliwości nadawania w dotychczasowym rozsiewie naziemnym – jaki dominuje w Polsce małomiasteczkowej i wiejskiej – telewizjom prywatnym, przy jednoczesnym pozostawieniu takiej możliwości aż do końca 2023 r. będącej propagandowym ramieniem władców TVP?

