Big cat de luxe

Karol Jedliński
16-05-2007, 00:00

reportaż Nie łudź się, że golf jest wciąż na topie. Francuzi rzekliby, że to raczej passé. Na fali są lśniące przepychem katamarany z Gdańska.

Gdy za szczyt snobowania i spędzania wolnego czasu uważasz opływanie wybrzeży Korsyki luksusowym jachtem — to jesteś prawie na czasie. Jeśli zaś przekonujesz, że wszelkie przyzwoite zabawki dla zblazowanych i utytłanych w luksusie możnych tego świata pochodzą bynajmniej nie z Polski, znów oglądasz peleton z tyłu. W stoczni w Gdańsku kilkusetosobowy zespół, co za dyrygenta ma pewnego spolszczonego Francuza, buduje głównie łodzie na dwóch nogach — katamarany. Skoro nie możesz mieć czegoś rozmiarów Queen Mary 2, to przyzwoite gabaryty połącz z elegancją — oto recepta ich powodzenia. I wcale nie trzeba się kryć, że cacka z logo Sunreef Yachts są z pochodzenia Polonaise. Bo to, niczym rodowód Szopena, wada, a nie zaleta.

— Główną naszą siłą jest znikoma konkurencja, bo robimy produkt, gdzie jakość łączy się z prestiżem. Kiedy pięć lat temu rozpoczynaliśmy budowę pierwszego katamarana, zdecydowałem, że będzie on superluksusowy, bo łodzie w takiej klasie buduje jedynie kilka stoczni w Europie — zaznacza Francis Lapp, właściciel i szef Sunreefa.

Kawa w baraku

Właściwie Sunreef to tylko marka, a za wszystkim stoi pierwsza, przynajmniej w Polsce, firma Lappa, czyli HTEP Polska.

— Przez lata zarabiała na to, bym mógł wystartować ze stocznią — przekonuje całkiem niezłą polszczyzną Francis Lapp, choć wyraźny francuski akcent wychwyci nawet tępe ucho.

HTEP zarabia głównie na projektowaniu i wykonawstwie instalacji elektrycznych w sklepach wielkopowierzchniowych w całej Polsce. Jeden z oddziałów mieści się w Gdańsku, pozostałe dwa w Warszawie i w Krakowie. Szef urzęduje na Wybrzeżu, na teren Stoczni Gdańskiej, gdzie mieszczą są hale wypchane po dachy katamaranami w budowie, przyjeżdża zawsze pierwszy. Otwiera przybytek punktualnie o 6.15, schodzący się po kolei pracownicy popijają z nim kawę w baraku, gdzie mieści się jego ciasne biuro.

Francja elegancja

Pucują od świtu „sześćdziesiątki”, czyli jednostki o długości 62 stóp, jakieś 18 metrów, a szerokości pewnie z 10 metrów.

Na Zachodzie nikt nie nazywa takich łodzi inaczej jak „big cat”, a skoro duże i wielkie, to i cena taka, że trudno jej nie zauważyć. Wersja w miarę podstawowa — 1 mln euro. Może coś dłuższego o dziesięć stóp? Nie ma sprawy, poprosimy tylko 1,5 mln euro więcej.

— Jesteśmy bliscy podpisania zamówienia na katamaran długości 92 i 102 stóp — podkreśla Francis Lapp.

Na spotkania z oficjelem z prasy wyjątkowo założył koszulę z kołnierzykiem. Bo na co dzień do późnego wieczora biega w podkoszulku, wciąż na hali przy produkcji, podpatruje, sugeruje.

— Musimy robić sprzęt najlepszy z najlepszych, pracujemy cały czas na markę — zaznacza.

Zaraz dodaje, że choć zamordystą nie jest, to jednak to nie fabryka kutrów rybackich. Bo ciągle są na dorobku, gdzieś gonią, pokazują się w nowych częściach świata. Za rok atakują Dubaj, Francis Lapp pokaże skąpanym w petrodolarach szejkom, na czym mogą sobie zwiedzać nie tylko okoliczne akweny. Na katamaranie motorowym rzecz jasna, dwudziestometrowej jednostce o profilu maserati, tyle że z miejscami nawet dla dwunastu osób i z silnikami o łącznej mocy 1600 koni. Na razie pozostaje podziwianie trzech stojących w dokach „sześćdziesiątek” z żaglami, które lada chwila mają trafić do Hiszpanii lub gdzieś na południowe morza.

— Uważam, że granicą dla tego typu łodzi będzie jakieś 200 stóp, bo po prostu dłuższej nie da się zmieścić w większości marin — uważa Francis Lapp.

Wejście na pokład trzykrotnie krótszej jednostki powoduje lekkie migotanie serca. Trzeba zapomnieć o ograniczeniach w przestrzeni, jakie dają nam jednokadłubowce.

Domek z mostkiem

Tu między oboma częściami mamy kilkadziesiąt metrów kwadratowych do zagospodarowania, nad częścią sypialną jest po prostu przytulny, obszerny salon z kuchnią. Dominują czereśnia amerykańska, skóra, plusze i chrom. W standardzie klimatyzacja, zestawy DVD i na przykład pełnowymiarowa zmywarka. Poniżej cztery łazienki wyłożone marmurem i kilka wygodnych sypialni. Ot, mały, biały domek, tyle że z flybridgem, czyli mostkiem na dachu, skąd można także sterować łodzią i na materacach łapać karaibskie słońce.

— Ten patent zastosowaliśmy pierwsi na świecie. Dzięki niemu powstała nowa powierzchnia użytkowa. Teraz wszyscy je mają — podkreśla Francis Lapp.

Hartowany na pustyni

Do Polski trafił piętnaście lat temu z Alzacji, przyjechał tu na rajdy swoim dżipem. Spodobało mu się, bo nad Wisłą klimat podobny jest do tego w jego rodzinnych stronach, za to miejsce do robienia biznesu lepsze, z dala od frankońskiej biurokracji. W rajdzie zajął miejsce na „pudle” i postanowił pójść za ciosem. Otworzył w Warszawie niewielką firmę zajmującą się instalacjami elektrycznymi. Niedługo potem kupił z kolegą pierwszy, malutki katamaran, na którym zajęli 6. miejsce w mistrzostwach Polski. Firma rosła, wraz z synem zainwestowali w kupno luksusowych jachtów pod wynajem, czyli Sunreef Charter. Dziś do ich floty kilkunastu większych i mniejszych jednostek dołączyło kilka skonstruowanych już w Gdańsku.

Stocznia buduje mniej, niż ma zamówień.

— Jeden katamaran robimy 5 miesięcy, rocznie wychodzi 13 — wylicza szef Sunreef.

Ale nie zawsze było tak różowo. Pierwszą łódź o długości 74 stóp, ochrzczoną później Che, budowali 11 miesięcy. Upłynęło półtora roku, zanim Che opłynął najważniejsze targi, zdobył uznanie klientów i otrzymali zamówienie na kolejną jednostkę. Ci, co znają Francisa Lappa, twierdzą, że nawet nie myślał wtedy o złożeniu broni. Przecież miał w ręku świetny produkt zaprojektowany przez designerskie sławy, dobrą cenę i charakter do walki. Ten ostatni lubi udowadniać za kierownicą. Jeszcze niedawno przykuwał uwagę gdańszczan czarnym hummerem H1 kupionym od Arnolda Schwarzeneggera.

— Trochę go przerobiłem i pojechałem nim m.in. w Rajdzie Tunezji — zaznacza.

Ostatnio sprzedał dwukołowy KTM, bo na motorowe szaleństwa też nie ma czasu. Pamięta jednak 2002 r. i Rajd Dakar, gdzie dojechał aż do Mauretanii, bite 6 tys. kilometrów. Dopiero tam, we własnoręcznie przerabianym volkswagenie new beetle, padła elektronika silnika.

— Kosztowna zabawa — stwierdza Lapp.

Ale za to jaka efektowna. Trochę mniej jednak od katamaranów, które nie tułają się w piaskach pustyni i błotach buszu. Wolą szmer ulatujących bąbelków szampana. I w porównaniu z jednokadłubowcami są ponoć niczym telefony nowej generacji: wszystkomające, mniej bujające, wygodniejsze, bezpieczniejsze, przestronniejsze. Oko też potrafią zabielić. n

Piachem w oczy

Francis Lapp uczestniczył w kilkunastu dużych rajdach zarówno jako pilot, jak i kierowca. Najtrudniejsze były te, które pokonywał na motocyklu KTM. W samochodzie pustynne bezdroża też dawały się we znaki. Pomimo to w Rajdzie Tunezji wraz z Jackym Lechleiterem zajęli kilka razy miejsce w czołówce, w 2002 r. byli na 11. miejscu. Zwyciężyli wtedy ich rodacy, czyli Peterhansel z Corretem. Występ pary Lapp/Lechleiter na Dakarze w przerobionym volkswagenie new beetle wzbudził niemałą sensację.

— Jak widać można być eleganckim także na środku pustyni — komentował jeden z francuskich dzienników. Teraz Francisowi Lappowi marzą się wyścigi dżipami, tzw. przeprawowe. Jak tylko wygrzebie się z katamaranów.

Do wyboru, do koloru

Sunreef ma w ofercie 17 gotowych projektów łodzi — 10 katamaranów żaglowych (60-122 stóp), 4 jachty motorowe (60-82 stopy), 2 jednokadłubowce o długości 60 stóp i jeden Day Charter o długości 130 stóp, w sam raz na całodniowe wycieczki. Na dłuższe najlepszy jest motorowy Sunreef Power 67. Ma zasięg do 5,5 tys. km.

Cena pływającej przestrzeni

53

mkw. Tyle wynosi powierzchnia salonu w jachcie Sunreef 122.

10

mln euro Tyle, jak nie więcej, może kosztować takie cacko.

20

tys. euro Tyle tygodniowo kosztuje wynajęcie 20-metrowego katamarana z załogą.

Kup pan łódkę

Dotychczas zwodowano 14 katamaranów Sunreef Yachts. W tym roku ma do nich dołączyć kolejnych 11. Jak dotychczas największy pozostaje 22,5-metrowy Sunreef 74 ochrzczony jako Che, zbudowany jeszcze w 2003 r. Jego główny żagiel ma 185 mkw. A w środku telewizor plazmowy i łazienka z prysznicem w każdej z kabin dla 6 gości, o klimatyzacji nie wspominając. Wykończenie oczywiście z drewna i skóry. Taka wersja kosztuje około 3-3,5 mln euro. W wersji 122-stopowej (37 m długości) zaplanowano m.in. jacuzzi i silniki o mocy 900 koni i powierzchni głównego żagla prawie 400 mkw. Ta aluminiowa konstrukcja zabierze na pokład 16 osób, a na mostku czeka 95 mkw. przestrzeni do opalania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Big cat de luxe