Mody się zmieniają i to, co rok temu nie uchodziło, dziś jest traktowane jako norma. Nowy zeitgeist obejmuje wiele dziedzin życia, w tym m.in. energetykę, w której zanika moda na wszystko co zielone. Obserwujemy falę redukcji nakładów na odnawialne źródła energii przez duże koncerny energetyczne. Wiele osób powie: to było szaleństwo, a teraz przychodzi otrzeźwienie. Inni krzykną: wielkie korporacje nas oszukują, nie powinniśmy im ufać w zakresie dekarbonizacji. My w Polsce, gdzie wszelkie trendy rozpoczynają się zawsze kilka lat później niż w krajach rozwiniętych, możemy obserwować to trochę z boku i się uczyć. Nasze zacofanie działa tu jako zaleta, wchodzimy w różne technologie później i możemy je adaptować lepiej. Nie sądzę, byśmy z inwestycji w zielone musieli się wycofywać.
W środę koncern BP poinformował, że prawie o 80 proc. obniża planowane inwestycje na transformację energetyczną, a jednocześnie prawie o 20 proc. podnosi nakłady na ropę i gaz. To tam zarabia najlepiej i chce zadowolić akcjonariuszy. Ruch wydaje się radykalny, ale niektórzy inwestorzy wręcz uznali, że jest za mało odważny. Znany fundusz Elliott, który słynie z aktywnego naciskania na zarządy spółek, których akcje posiada, zakomunikował, że uważa ruch BP za zbyt ostrożny. Ale jednocześnie ruch BP wywołał protesty wielu ekspertów, którym na sercu leży dekarbonizacja planety. Znany ekonomista Mark Blyth napisał: w końcu muszę porzucić wszelkie pobożne życzenia, że kapitalizm może rozwiązać kryzys klimatyczny.
BP nie jest sam. Na początku lutego o podobnej, choć nieco mniej radykalnej redukcji nakładów na odnawialne źródła energii poinformował norweski Equinor. Wcześniej takie decyzje podejmowały m.in. Shell, RWE i inne koncerny. Zielona energia jest w odwrocie. Indeks S&P Clean Energy, grupujący spółki zajmujące się technologiami nieemisyjnych źródeł energii, spadł w ciągu roku o 15 proc., a w ciągu dwóch lat o 40 proc.
Polskie koncerny tymczasem podążają w odwrotnym kierunku, prezentując ambitne plany inwestycji w odnawialne źródła energii. Czwartkowa konferencja o wynikach Orlenu rozpoczęła się od prezentacji filmu o morskiej farmie wiatrowej, sygnalizując, co jest dziś oczkiem w głowie grupy. Opublikowana niedawno strategia firmy zakłada, że do 2030 r. zwiększy ona moce produkcyjne odnawialnych źródeł niemal dziesięciokrotnie — z około 1 GW obecnie do 9 GW. Łącznie jako grupa Orlen zamierza w nadchodzących latach inwestować ponad 40 mld zł rocznie (we wszystkie aktywa, nie tylko źródła odnawialne), co oznacza, że tylko inwestycje w Polsce będą sięgały prawie 1 proc. polskiego PKB. Orlen jest dziś w istocie polskim ministerstwem transformacji energetycznej.
Czy my przypadkiem nie podążamy w odwrotnym kierunku niż świat? Wiele osób zadaje sobie pytanie, co stanie się z transformacją energetyczną po zmianach politycznych w Stanach Zjednoczonych i Europie? Czy zostanie ona wstrzymana? W skrócie: nie.
Istnieje jedna fundamentalna różnica między tym, co robią koncerny zachodnie, a tym, co robią nasi rodzimi producenci. Tam następuje wycofanie z niektórych przeskalowanych inwestycji, nadmiernych ambicji, które trafiły na bariery wysokich stóp procentowych, drogich materiałów, źle obliczonych zysków, co dotyczy szczególnie morskich farm wiatrowych. U nas natomiast ścieżka fundamentalnej transformacji energetycznej jest wciąż w początkowej fazie, toczą się pierwsze inwestycje w farmy morskie. Udział odnawialnych źródeł w konsumpcji energii jest wciąż dużo niższy niż średnia europejska.
Weźmy np. BP. Do niedawna firma planowała, że do 2030 r. będzie miała aż 50 GW mocy produkcyjnych w źródłach odnawialnych. Pod względem przychodów jest trzy razy większa niż Orlen, a jej moc odnawialnych źródeł miała być pięć razy wyższa. To, co zrobiło BP, to po prostu racjonalizacja inwestycji w dużo trudniejszych niż w przeszłości warunkach rynkowych. Inwestycje w odnawialne źródła energii są znacznie bardziej kapitałochłonne w przeliczeniu na ilość produkowanej energii niż inwestycje w tradycyjne elektrownie. To sprawia, że w warunkach dużo wyższych niż w przeszłości stóp procentowych część zakładanych projektów traci sens. Tym bardziej że droższe są też materiały.
Polskie firmy zaczynają wielkie inwestycje w okresie, kiedy największe turbulencje powoli mijają. Stopy procentowe stopniowo są obniżane, dostępność materiałów rośnie, ich ceny spadają, wielu dostawców ma nadwyżki mocy wytwórczych, co pozwoli na łatwiejszą realizację projektów. Orlen zakłada, że zdecydowana większość jego inwestycji ma charakter elastyczny, czyli będzie weryfikowana na bieżąco. Firma wciąż ogromną część inwestycji kieruje na wydobycie gazu, który prawdopodobnie będzie pełnił większą rolę w energetyce.
Transformacja energetyczna będzie kontynuowana, ponieważ istnieje dla niej duże poparcie polityczne w większości krajów, a wiele technologii osiąga stopniowo korzyści skali pozwalające na produkcję energii tańszej niż ze źródeł tradycyjnych. Tempo transformacji będzie jednak przez parę lat niższe. Polska może teraz korzystać na byciu na pozycji tzw. second-movera: obserwować i elastycznie się dostosowywać.
Jest tu ukryta też szersza lekcja na temat rozwoju. W wielu dziedzinach wchodzenie w jakieś technologie później niesie koszty, ale też korzyści. Adaptacja tych technologii jest mniej lukratywna biznesowo w długim okresie, ale bezpieczeniejsza. Na razie jesteśmy jeszcze na takim poziomie rozwoju, który pozwala nam czerpać korzyści z bycia second-moverem. Ale nadejdzie moment, kiedy będziemy potrzebowali sami podejmować większe ryzyka. Będziemy bliżej granicy technologicznej świata i sama imitacja nie będzie już niosła istotnych korzyści. Może nawet ten moment nie jest wcale tak daleko za horyzontem.
