Zamiast poczucia sukcesu europejskiej integracji kraj zmaga się z największym od dekad kryzysem politycznym i społecznym. Masowe protesty przeciwko utrwalonym układom korupcyjnym, wpływom oligarchów i chronicznej słabości kolejnych rządów doprowadziły niedawno do dymisji premiera Rosena Żelazkowa, którego gabinet utrzymał się u władzy niespełna rok.
Decyzję premiera poprzedziły tygodnie demonstracji, które ogarnęły Sofię oraz największe miasta kraju i zgromadziły dziesiątki tysięcy ludzi. Były to największe protesty od 30 lat, a ich skala i determinacja zaskoczyły nawet tych, którzy od dawna przewidywali wybuch społecznego niezadowolenia. Początkowo gniew wzbudził projekt budżetu na 2026 r., przewidujący wyższe składki, atrakcyjne premie dla urzędników oraz znaczące podwyżki dla służb bezpieczeństwa. Wielu Bułgarów uznało, że nowe obciążenia nakładane na sektor prywatny miałyby finansować rozrost wpływów politycznych nad aparatem państwa. Gniew związany z budżetem szybko ustąpił miejsca znacznie szerszemu sprzeciwowi wobec sposobu sprawowania władzy.
Młodzi Bułgarzy domagają się realnych perspektyw, nie tylko europejskich symboli
Młode pokolenie odegrało kluczową rolę w mobilizacji społecznej. Urodzeni pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku Bułgarzy - wolni od pamięci o komunizmie i traum transformacji - wyszli na ulice, domagając się państwa, które zapewni im realne perspektywy, a nie tylko europejskie symbole. Organizowali demonstracje na TikToku i Instagramie, a memy stały się jednym z głównych nośników protestu. Ich hasła, takie jak „Pokolenie Z was dopadnie” czy „Dajcie nam powód, by zostać”, podkreślały nie tylko frustrację wobec elit, lecz także rosnącą obawę przed emigracją jako jedyną drogą ucieczki od stagnacji.
Gniew demonstrantów skupił się przede wszystkim na politykach, którzy od lat nadają ton bułgarskiej scenie publicznej. Trzykrotny premier Bojko Borisow, lider partii GERB, oraz oligarcha Delan Peevski, od dawna kojarzony z rozległymi wpływami politycznymi i biznesowymi, wykraczającymi daleko poza oficjalne funkcje, stali się dla wielu symbolem patologii systemu. Protestujący zarzucają Delanowi Peevskiemu faktyczne przejęcie kontroli nad najważniejszymi instytucjami państwa. On sam, choć objęty sankcjami USA i Wielkiej Brytanii, pozostawał kluczowym gwarantem poparcia dla kruchej koalicji Rosena Żelazkowa.
Scena polityczna wchodzi w kolejną fazę niepewności
Dymisja premiera Rosena Żelazkowa sprawiła, że uwaga opinii publicznej skupiła się na prezydencie Rumenie Radewie, który zgodnie z konstytucją rozpoczął konsultacje w sprawie powołania nowego rządu. Choć formalnie to Bojko Borisow ma prawo jako pierwszy spróbować utworzyć gabinet, sam sygnalizuje, że nie zamierza ponownie ubiegać się o stanowisko premiera. Jeśli parlament nie zdoła stworzyć stabilnej większości, Bułgarię czekają kolejne przedterminowe wybory - ósme od 2021 r.
Niepewność rośnie również dlatego, że Rumen Radew, najpopularniejszy polityk w kraju, coraz śmielej sugeruje własne ambicje parlamentarno-partyjne. Łączy antyestablishmentową retorykę z poglądami zbliżonymi do stanowiska Kremla: sprzeciwia się sankcjom wobec Rosji, krytykuje wysyłanie broni do Ukrainy i domagał się referendum w sprawie przyjęcia euro. Gdy wzywał rząd do rezygnacji, chwalił protestujących za sprzeciw wobec „zawłaszczonego państwa”. Jego ewentualne wejście do otwartej politycznej rywalizacji mogłoby całkowicie przeorientować układ sił.
Połowa społeczeństwa przeciw euro. Obawy o wzrost cen podsycane dezinformacją
Kryzys wstrząsa Bułgarią w momencie, gdy kraj wreszcie przekracza najważniejsze progi integracji europejskiej. Po latach oczekiwania wszedł do strefy Schengen, a dziś przyjmuje euro. Zamiast entuzjazmu pojawia się jednak rosnąca ostrożność. Mniej więcej połowa społeczeństwa sprzeciwia się wprowadzeniu euro, obawiając się inflacji i powtarzając tezy rozpowszechniane przez rosyjską dezinformację. Eksperci ostrzegają, że wizerunkowe skutki takiego zamieszania mogą wykraczać poza granice Bułgarii i uderzać w wiarygodność całej Unii Europejskiej.
Sytuacja jest kłopotliwa także z perspektywy Brukseli. Bułgaria, najbiedniejsze państwo Unii Europejskiej, od lat postrzegana jest jako ważny element strategii stabilizowania wschodniej flanki Europy. Obecny chaos wokół wejścia Bułgarii do strefy euro daje przeciwnikom rozszerzenia UE wygodny argument - także tym, którzy sprzeciwiają się przyszłemu członkostwu Ukrainy.
Problem pogłębia fakt, że lata politycznej niestabilności i krótkotrwałych rządów osłabiły bułgarską dyscyplinę fiskalną. Kolejne gabinety zwiększały wydatki, licząc na poparcie wyborców.
Bułgaria między europeizacją a politycznym chaosem
Upadek gabinetu Rosena Żelazkowa mógłby sugerować, że system polityczny Bułgarii znów utracił równowagę — jednak część analityków dostrzega w obecnych protestach nie kryzys, lecz przebudzenie.
Zdaniem Dimityra Beczeva, eksperta z europejskiego ośrodka analitycznego Carnegie Europe, Unia Europejska powinna traktować obecną sytuację jako dowód, że to bułgarskie społeczeństwo samo domaga się zasad rządów prawa, a nie działa pod presją instytucji zewnętrznych. W tym sensie bunt przeciwko korupcji i państwu oligarchicznemu może stać się początkiem bardziej przejrzystego modelu politycznego.
Na razie jednak Bułgaria stoi na skrzyżowaniu dwóch dróg. Jedna prowadzi ku głębszej europeizacji, symbolicznie podkreślonej wejściem do strefy euro. Druga - ku dalszej niestabilności politycznej i umacnianiu wpływów osób, które od lat dominują w życiu publicznym. Nastroje społeczne, skala protestów oraz możliwość, że prezydent Rumen Radew zdecyduje się wejść do czynnej polityki i założyć własne ugrupowanie, sprawiają, że najbliższe miesiące mogą okazać się dla kraju jednym z najbardziej przełomowych okresów od przystąpienia do Unii Europejskiej.
