Czy Trump zagra w zielone? Niebezpieczny rok w ramach cyklu prezydenckiego

Krzysztof Kolany
opublikowano: 2026-01-14 07:00

Przed nami drugi rok drugiej kadencji Donalda Trumpa. Za pierwszym razem taki rok przyniósł spadki na Wall Street. Podobnie jak drugi rok urzędowania Joe Bidena. I nie był to przypadek.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Podczas swej pierwszej kadencji prezydent Donald Trump wielokrotnie chwalił się wzrostem cen akcji na Wall Street, nieskromnie przypisując sobie trwającą wówczas hossę. I robił to niebezpodstawnie, gdyż to wprowadzona przez jego administrację obniżka stawki podatku od zysków przedsiębiorstw (CIT) przyłożyła się do wzrostu wycen amerykańskich akcji.

W 2017 r. S&P 500 zyskał prawie 20 proc., notując przy tym monotonną i rekordowo długą serię bicia rekordów wszech czasów. Był to wymarzony rok dla posiadaczy akcji, których portfele puchły szybko i wręcz bez śladu zmienności. Później było jednak gorzej. W 2018 r. S&P 500 zaliczył spadek o 6,2 proc., do czego doprowadziły m.in. podwyżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. I choć lata następne były na Wall Street więcej niż udane, to republikanin nie uzyskał reelekcji i stracił posadę na rzecz demokraty Joe Bidena.

Ten gładko wszedł w buty swojego poprzednika i w 2021 r. potężnym pakietem fiskalnym pomógł indeksowi S&P 500 wykręcić niemal 27-procentową stopę zwrotu. Jednakże w drugim roku kadencji historia się powtórzyła i S&P 500 stracił prawie 20 proc. za sprawą wojny w Ukrainie, inflacyjnego szoku i zaostrzenia polityki pieniężnej przez Fed. Ostatnie dwa lata prezydentury Joe'ego Bidena także były rewelacyjne dla Wall Street, a mimo to demokrata nie uzyskał reelekcji. Dokładnie tak samo jak jego poprzednik, który powrócił do Białego Domu po czterech latach przerwy.

I znów pod rządami Donalda Trumpa nowojorskie giełdy kwitły, choć nie aż tak spektakularnie jak podczas pierwszej kadencji republikanina. W 2025 r. S&P 500 urósł o 16,4 proc., a Nasdaq dołożył 20,4 proc. Stało się to mimo kwietniowego krachu wywołanego groźbą wprowadzenia drakońskich ceł wzajemnych na import towarów do Stanów Zjednoczonych. Tym razem amerykański przywódca nie patyczkował się z inwestorami.

"Moja polityka nigdy się nie zmieni (…) To wspaniały czas, by się bogacić, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej!" - napisał Donald Trump 4 kwietnia. Polityka celna radykalnie zmieniła się jednak już pięć dni później, gdy cła wzajemne zostały zawieszone, a ostatecznie znacznie zredukowane. Stało się tak za sprawą presji inwestorów, którzy zaczęli wyprzedawać amerykańskie aktywa. Nie tylko akcje, ale też obligacje skarbowe. W jednym Donald Trump miał rację: kto wtedy kupił akcje, ten się sporo wzbogacił.

Klątwa prezydencka, czyli kiepski drugi rok kadencji

Marne osiągi nowojorskich giełd w drugim roku prezydentury nie są jednak dziełem przypadku lub też domniemanej złośliwości przywódców USA. Wszystko to idealnie wpisuje się w zjawisko tzw. cyklu prezydenckiego. W jego ramach występuje prawidłowość do pojawiania się ponadprzeciętnie wysokich stóp zwrotu w trzecim roku kadencji prezydenta USA. Natomiast wyraźnie słabszy na rynku akcji jest drugi rok. Dla uzyskania pełnego obrazu dodajmy, że średnia (geometryczna) roczna stopa zwrotu z lat 1945-2025 wyniosła 8 proc. Widać zatem, że nadzwyczajnie dobry jest zwłaszcza trzeci rok w ramach cyklu prezydenckiego. Natomiast w ostatnich 20 latach nadspodziewanie dobrze wypadał także inauguracyjny rok prezydentury.

Fenomen ten zwykle tłumaczony jest mechaniką sprawowania władzy przez gospodarzy Białego Domu w konfrontacji z krótką pamięcią amerykańskiego wyborcy. Pierwsze dwa lata kadencji nierzadko stoją pod znakiem niezbyt popularnych reform oraz ograniczania nadmiernych wydatków federalnych (co jednak nie stało się ani w przypadku Donalda Trumpa, ani Joe Bidena i Baracka Obamy). Za to w trzecim roku urzędujący prezydent USA zwiększa deficyty budżetowe, aby „kupić” lepszą koniunkturę gospodarczą tuż przed wyborami i tym samym zwiększyć szansę na reelekcję własną lub partyjnego kolegi. Rynek akcji dyskontuje konsekwencje takiej polityki i najmocniej rośnie właśnie w trzecim roku kadencji. A jednocześnie radzi sobie nadzwyczajnie słabo w drugim roku.

Bazując na analogii cyklu prezydenckiego, w tym roku nie ma podstaw, aby oczekiwać wysokich stóp zwrotu z amerykańskiego rynku akcji. Co więcej, będzie dobrze, jeśli tegoroczny wynik indeksu S&P 500 w ogóle będzie dodatni. A to dlatego, że od zakończenia II wojny światowej drugi rok kadencji prezydenta USA w aż 45 proc. przypadków przynosił spadki. Dla porównania, ogólny odsetek lat spadkowych w tym okresie wynosi tylko 26 proc.

Donald Trump nie lubi mocnego dolara

Nam w Polsce w oczy rzuca się jeszcze jedna (a może nawet dwie) analogia z pierwszą kadencją Donalda Trumpa. Ta druga jest niezbyt przyjazna, gdyż po hossie z 2017 r. WIG i WIG20 osiągnęły wieloletnie maksimum w styczniu 2018 r., którego odpowiednikiem jest styczeń… 2026 r. Później na GPW rozpoczęła się długotrwała bessa, zakończona dopiero covidowym krachem w marcu 2020 r. Tej analogii zapewne wolelibyśmy nie przerabiać.

Na uwagę zasługuje jednak ta pierwsza. Rzecz w tym, że obecna trajektoria kursu USD/PLN do złudzenia przypomina tę sprzed ośmiu lat. Dokładnie chodzi o podobieństwo przebiegu kursu dolara od października 2024 r. względem tego, co widzieliśmy po październiku 2016 r. Tak samo wtedy, jak i teraz pierwszą reakcją rynku było umocnienie dolara względem polskiego złotego.

Lecz w obu przypadkach rynek szybko doszedł do wniosku, że polityce America First bardziej przysłuży się dolar słaby aniżeli mocny. W końcu im słabsza krajowa waluta, tym bardziej konkurencyjny cenowo jest krajowy eksport. A o to przecież chodzi w gospodarczej agendzie Trumpa: odbudować przemysł, zwiększyć eksport i ograniczyć import - i przez to doprowadzić do redukcji deficytu handlowego i zwiększenia nominalnych dochodów Amerykanów.

Jeśli owa analogia miałaby być kontynuowana, to w perspektywie kolejnego miesiąca powinniśmy zobaczyć znaczące osłabienie dolara i spadek kursu USD/PLN potencjalnie nawet w rejon 3,30 zł. Było to wieloletnie minimum notowań zielonego na polskim rynku i jak dotąd dolar ani razu nie był tańszy niż na początku lutego 2018 r. Co więcej, tamta data wyznacza moment przełomu, od którego złoty już tylko słabł, by w szczycie ukraińskiej paniki (we wrześniu 2022 r.) kosztować przeszło 5 zł. Jednakże w nieco krótszym terminie sytuacja nie wyglądałaby tak źle i powtórzenie tej analogii implikowałoby dolara na koniec 2026 r. po 3,75 zł.

Reasumując, opierając się na cyklu prezydenckim i zaskakującej zbieżności notowań dolara do tych z czasów pierwszej kadencji Donalda Trumpa, w tym roku możemy się spodziewać słabych wyników nowojorskich giełd oraz zakończenia trendu aprecjacji złotego. Pamiętajmy jednak, że to tylko historyczna analogia - potraktujmy ją zatem jako swego rodzaju ciekawostkę, w której jednak coś może być na rzeczy.

Możesz zainteresować się również: