Dane o handlu podnoszą ciśnienie

Świat już nie chłonie jak gąbka polskich towarów, ale to nie nasza wina. To mogą być objawy globalnej choroby zwanej gospodarczym spowolnieniem

Tegoroczne dane o eksporcie towarów z Polski, a konkretniej ich rocznej dynamice, mogą budzić niepokój. Trzymiesięczna średnia krocząca po marcu zeszła do poziomu ok. 5 proc., najniższego od końca 2016 r. (dane bilansu płatniczego NBP). Kulą u nogi były statystyki z marca, czyli 2-procentowy spadek. Ostatni minus oglądaliśmy w październiku 2016 r.

Krajowe statystyki mają jednak coś na swoje usprawiedliwienie — negatywne tendencje obserwowane u nas są częścią większej, globalnej układanki.

— Wyraźne wyhamowanie dynamiki eksportu w tym roku jest trendem ogólnoświatowym, pod który podpinają się Europa i kraje naszego regionu, takie jak Niemcy, Węgry, Słowacja i Czechy. W przypadku Niemiec negatywne tendencje obserwujemy w szczególności w danych o zamówieniach eksportowych na dobra inwestycyjne. To może być konsekwencja oczekiwanego spowolnienia wzrostu gospodarczego na świecie w najbliższych latach, które rzutuje na długoterminowe plany inwestycyjne. Jeżeli spadł popyt na niemieckie towary inwestycyjne, spadło też zapotrzebowanie na eksportowane przez nas do Niemiec części do nich — mówi Marcin Czaplicki, ekonomista PKO BP.

Pytanie za milion

Statystyki związane z handlem wyróżnia spora zmienność, więc z reguły ekonomiści nie są skorzy do wnioskowania o trendach na podstawie jednej czy kilku obserwacji. Tym razem jest inaczej — nie tylko z powodu szerokiego geograficznego zasięgu zjawiska, ale także dlatego, że towarzyszą mu słabsze wyniki z innych obszarów gospodarki. Czy zachowanie eksportu oznacza tylko przejściowe turbulencje, czy też jest objawem głębszej słabości światowej gospodarki? Jednej poprawnej odpowiedzi na razie nie ma.

— To pytanie za milion dolarów. Tak naprawdę nikt tego nie wie. Ja jednak coraz bardziej przychylam się do stwierdzenia, że wymiana handlowa na świecie wyraźnie spowolni, co pociągnie w dół najpierw inwestycje, a potem konsumpcję. Nie mamy jednego szoku, który uderzyłby w gospodarkę tak, że upadnie, ale łączny efekt różnych niekorzystnych tendencji, które obecnie obserwujemy, może być na tyle silny, że spowolnienie eksportu, a w konsekwencji wzrostu gospodarczego, będzie wyraźne — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Szok naftowy…

Optymizmem nie napawa eksperta coraz większa liczba sygnałów zwiastujących spowolnienie wzrostu gospodarczego na świecie, w szczególności w strefie euro. Jego zdaniem, można to wiązać z rosnącym prawdopodobieństwem spowolnienia cyklicznego w obrębie inwestycji, które rosną już kilka lat. O sile spowolnienia w dużej mierze zdecydować ma zaś siła szoków. Obecnie na horyzoncie mamy dwa. Pierwszy to rosnące ceny ropy. Efekty prawdopodobnie już widzimy w danych.

— Jednym z powodów osłabienia wzrostu gospodarczego w strefie euro w pierwszym kwartale tego roku [PKB wzrósł wówczas o 2,5 proc. r/r, wobec 2,8 proc. w IV kw. 2017 r. — red.] mógł być wyraźny wzrost cen ropy na przełomie roku. To osłabiło popyt konsumpcyjny, zarówno w USA, jak i strefie euro, a tym samym kondycję globalnego sektora przemysłowego. Ten zaś generuje popyt na niemieckie towary eksportowe, a pośrednio, przez włączenie Polski w niemiecki łańcuch dostaw, także nasze — tłumaczy Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

W przyszłość ekspert patrzy z nadzieją.

— Naszym zdaniem, osłabienie wzrostu gospodarczego w strefie euro, a w konsekwencji polskiego eksportu, ma charakter przejściowy. W danych za pierwszy kwartał nie upatrujemy początku trwałego pogorszenia koniunktury. Słabość produkcji przedłuży się na drugi kwartał, ale to przejściowy fenomen. Wciąż uważamy, że rynki finansowe zbyt mocno zareagowały na problemy Włoch — sytuacja w tym kraju nie powinna spowodować dużego pogorszenia tempa wzrostu PKB w strefie euro w tym roku — mówi Rafał Benecki.

…i handlowy

Drugi „szok”, który spędza sen z powiek Jakubowi Borowskiemu, to ryzyko wzrostu protekcjonizmu. Obowiązujące w USA od 1 czerwca 25-procentowe cło na stal i 10-procentowe na aluminium z UE, Kanady i Meksyku to flagowy przykład materializującego się ryzyka. Meksykański i unijny odwet nie uspokaja.

Co będzie dalej? Zdaniem eksperta z Credit Agricole, problem nazywany umownie „działaniami protekcjonistycznymi”może eskalować. W takim przekonaniu utwierdza go skuteczność i szybkość działania amerykańskiej administracji.

— Dobrą ilustracją jest werdykt WTO [Światowej Organizacji Handlu — red.] w sprawie europejskich subsydiów dla Airbusa, który przyznaje rację USA. Proces trwał 14 lat, czyli ponad trzy kadencje prezydenckie. To oznacza, że gdyby Donald Trump postępował tak, jak jego poprzednicy, nic by nie ugrał. On chce „uczynić Amerykę znów wielką” i to szybko — mówi Jakub Borowski.

Poza tym mamy jeszcze takie smaczki, jak realizowany przez Chiny program Made in China 2025.

— To program, który ma doprowadzić do zmniejszenia importu przetworzonych dóbr, czyli ograniczenia dostępu zagranicznych koncernów do chińskiego rynku. Donald Trump i jego administracja uważają, że to duże zagrożenie dla USA — dodaje ekonomista Credit Agricole.

Amerykański początek

Z danych bilansu płatniczego NBP wynika, że w 2017 r. nasz eksport towarów wzrósł o 12 proc. r/r, a więc najmocniej od 2011 r. Był to prawdopodobnie szczyt jego możliwości w tym cyklu.

— Póki nie mamy globalnej recesji, nasz eksport powinien rosnąć, ale zapewne nie w ubiegłorocznym tempie. W 2018 r. bardziej realna jest dynamika w okolicach 7 proc. To jednak nadal dość solidny wzrost — mówi Marcin Czaplicki.

Takie tempo przewidują także najnowsze prognozy Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Zwiastunów globalnej recesji, zdaniem ekonomisty PKO BP, najlepiej wypatrywać na amerykańskich giełdach.

— Obserwując lukę popytową [różnica między rzeczywistym a potencjalnym PKB, w relacji do tego drugiego — red.] w USA na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, można wychwycić ciekawą tendencję. Od lat 70., a więc upadku systemu z Bretton Woods [międzynarodowy system walutowy — red.], kryzysy w amerykańskiej gospodarce zaczynały się wtedy, gdy nie było dużej dodatniej luki popytowej. To oznacza, że gospodarka tak naprawdę nie zdążyła się przegrzać, a o jej załamaniu decydowały inne czynniki, związane głównie z rynkiem finansowym. Naszym zdaniem, w tym cyklu będzie podobnie. To amerykański rynek finansowy zapoczątkuje pogorszenie koniunktury — najpierw za oceanem, a w konsekwencji także innych gospodarkach — mówi Marcin Czaplicki. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Dane o handlu podnoszą ciśnienie