Magnat otoczony klientami na jego garnuszku. To schemat znany ze szlacheckiej Polski. Grzegorz Wieczerzak prawie dokładnie go odwzorował.
Prawie — bo przecież był hojny nie ze swojej, lecz cudzej kieszeni. Co się dziś dzieje ze spółkami i ludźmi, którzy korzystali z milionów, wypływających z PZU Życie za czasów jego rządów?
Sprawdziliśmy. Odcięci od kurka z pieniędzmi, w konkurencyjnych warunkach — nie poradzili sobie. Bankructwa, upadłości, komornicy, policja i prokuratura na głowie. Proste: Odszedł „mecenas”, skończyły się kokosowe interesy...
Raz jeszcze!
Do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie powróciło właśnie 365 tomów akt tzw. sprawy Grzegorza Wieczerzaka. To efekt majowej decyzji stołecznego sądu rejonowego, który — po roku procesu — zdecydował, że dalsze jego prowadzenie nie ma sensu. Powód? Olbrzymie nieprawidłowości w pracy powołanych przez prokuraturę biegłych (Jadwigę Młynarczyk czeka nawet śledztwo w sprawie sporządzania i przedkładania sądowi fałszywych ekspertyz, grozi jej też skreślenie z listy biegłych).
Powrót akt do prokuratury to niewątpliwie kompromitacja tego urzędu w konfrontacji z jedną z największych afer gospodarczych III RP. Ale Grzegorz Wieczerzak nadal podejrzany jest o doprowadzenie w PZU Życie do ponad 173 mln zł strat. Większość tej kwoty stanowią wielomilionowe pożyczki, udzielane małym, kompletnie nieznanym na rynku spółkom. Prokuratura zarzuca byłemu szefowi PZU Życie, że pieniądze wypływały do firm w bardzo słabej kondycji finansowej. Tezę tę zdają się potwierdzać fakty, jakie udało nam się ustalić. Firmy beneficjenci pieniędzy PZU Życie albo są już bankrutami, albo na granicy bankructwa niebezpiecznie balansują.
Bankrut mimo wszystko
Najbardziej znaną z nich (także dzięki licznym publikacjom w naszej gazecie) jest chyba krakowskie Biuro Inwestycyjne Code, zajmujące się — głównie — handlem nieruchomościami. W 1999 r. PZU Życie udzieliło mu pożyczki 15 mln USD, choć nieruchomość, stanowiąca jej zabezpieczenie — zdaniem prokuratury — nie była aż tyle warta.
Rok później podobną sumę w Code wpompował inny gigant — Totalizator Sportowy (TS) — objął obligacje krakowskiej spółki, warte 60 mln zł. Zdecydował o tym drugi z kontrowersyjnych lekarzy menedżerów — Władysław Jamroży, ówczesny szef TS. I jemu postawiono zarzuty dotyczące wspomagania finansowego Code (nieruchomości — zabezpieczenie obligacji były praktycznie bezwartościowe).
W marcu 2003 r. sąd ogłosił upadłość Code. Majątek spółki syndyk oszacował na 120 mln zł. Tymczasem jej niespłacone długi to prawie 260 mln zł. Jak to możliwe, że Code, mimo takiego zastrzyku gotówki od TS i PZU Życie, zbankrutowało?
Odpowiedzi szukać można w zawiadomieniu, jakie kilkanaście dni temu w krakowskiej prokuraturze złożył syndyk Code. Dotyczy ono przestępstw popełnionych przez byłego prezesa i właściciela firmy, Marka G. (konsekwentnie odmawiającego rozmowy z „PB”).
— Od marca 2003 r. z trudem docierałem do kolejnych dokumentów, świadczących o ogromnych nieprawidłowościach w zarządzaniu spółką przez jej prezesa. Sprawę tę analizowała rada wierzycieli. Zgodnie z jej uchwałą i poleceniem, przygotowałem zawiadomienie do prokuratury. Szkody wyrządzone przez Marka G. szacujemy wstępnie na 147,3 mln zł — mówi Mariusz Niziołek, syndyk Code.
Podejrzenie o defraudację tak astronomicznej kwoty to nie wszystkie kłopoty Marka G. Były szef Code pozostaje jednym z podejrzanych w sprawie Wieczerzaka (prokuratura zarzuca mu działanie na szkodę swej firmy). W innym postępowaniu ma status oskarżonego — razem z Władysławem Jamrożym, szefem TS (w tym wypadku prokuratura podejrzewa go o wyprowadzanie majątku ze spółki na szkodę wierzycieli). Jeszcze we wrześniu powinien też zasiąść na ławie oskarżonych z innym zarzutem: sfałszowania weksla na niebotyczną kwotę ponad 60 mln zł...
Starzy znajomi
Pożyczonymi od PZU Życie 15 mln USD Code zapłaciło za położony w centrum Warszawy biurowiec niegdysiejszego rekina giełdy: Universalu. Jeszcze w dniu zakupu małopolska firma sprzedała ów gmach za 84 mln zł (zysk: 24 mln zł!) firmie Metro-Projekt. Ta sfinansowała zakup pieniędzmi, pożyczonymi od PZU Życie (24 mln USD). Grzegorz Wieczerzak zasilił taką kwotą spółkę, której kapitał jeszcze kilka dni wcześniej wynosił... 5 tys. zł, a w jej przedmiocie działalności próżno było szukać punktu o zajmowaniu się nieruchomościami! Co prawda, tuż przed uzyskaniem pożyczki i zakupem biurowca, odpowiedni zapis w statucie firmy się pojawił, a kapitał wzrósł do 900 tys. zł, ale — wykazał rewident — nie został on w całości opłacony (to naruszenie art. 258 kodeksu spółek handlowych).
W marcu 1999 r. jedynym właścicielem i prezesem Metro-Projektu był Andrzej G. Zarówno jego, jak i Katarzynę Ł., wtedy prokurenta spółki, prokuratura podejrzewa o działanie na szkodę firmy i spowodowanie około 1,5 mln zł strat.
Trzy miesiące po uzyskaniu pożyczki z PZU Życie Andrzej G. sprzedał wszystkie udziały w Metro-Projekcie warszawskiej firmie Abaco. Kwota transakcji: zaledwie 300 tys. zł (nawet nominalnie udziały były warte trzy razy więcej). Ze strony stołecznej spółki umowę podpisywał jej prezes Piotr J., także podejrzany w sprawie Wieczerzaka (organy ścigania zarzucają mu działanie na szkodę Abaco i obwiniają o prawie 1,4 mln zł strat). Piotr J. to znajomy Grzegorza Wieczerzaka jeszcze z czasów jego pracy w Banku Handlowym. Wedle naszych informacji obaj w latach 1992-95 uczestniczyli w tworzeniu od podstaw struktur Centrum Operacji Kapitałowych tego banku.
Trefny faks
Po przejęciu Metro-Projektu przez spółkę Piotra J. sytuacja firmy znacząco się nie zmieniła. Zatrudniała dwóch pracowników, a jej siedziba mieściła się na 13 mkw. Tylko w latach 1999-2001 Metro-Projekt wykazał ponad 32 mln zł straty netto. Nic więc dziwnego, że — jak w Code — rządy w spółce sprawuje syndyk. I to już od listopada 2002 r. (wtedy, na wniosek nowych władz PZU Życie, sąd ogłosił jej upadłość).
Właściwie jedynym majątkiem firmy pozostaje biurowiec Universalu. Przed ponad miesiącem w ogólnopolskim dzienniku ukazało się ogłoszenie o jego sprzedaży. Z wartości wadium (8 mln zł) wynika, że syndyk chciał uzyskać z transakcji około 80 mln zł. Bez skutku.
— Wstępne zainteresowanie wyrażało kilku kandydatów, ale ostatecznej oferty nie złożył nikt. Teraz sędzia komisarz nadzorujący upadłość najprawdopodobniej zadecyduje o zmniejszeniu wadium... — słyszymy w biurze syndyka Andrzeja Wrzesińskiego.
Abaco ma związek z jeszcze jedną kontrowersyjną pożyczką, udzieloną przez PZU Życie. Abaco i Piotr J. są właścicielami w sumie 52,5 proc. udziałów w spółce CL Park. Dzięki decyzji Grzegorza Wieczerzaka 4 mln dol. trafiły właśnie do tej firmy (nazywającej się ówcześnie Ares-Bis) — mimo że jej kapitał wynosił zaledwie... 4 tys. zł. CL Park, m.in. za pożyczone pieniądze, kupił w stolicy działki o powierzchni ponad 37,5 tys. mkw wraz z 3 postawionymi na nich budynkami.
Zakupione i zmodernizowane (m.in. dzięki kredytowi zaciągniętemu w Raiffeisen Bank Polska) biurowce CL Park wynajął... PZU Życie i jego spółce zależnej, PZU-CL Agent Transferowy (obecnie: Centrum Informatyki Grupy PZU). Wszystkie te działania ze strony ubezpieczyciela firmował Grzegorz Wieczerzak, który — według prokuratury — może być powiązany z CL Parkiem (podczas przeszukania jego mieszkania w 2001 r. znaleziono faks, w którym przyznawał, że jest właścicielem 33 proc. udziałów spółki; on sam twierdzi, że dokument ktoś sfałszował).
Nie, nie jest źle!
Dzięki pokaźnym zyskom z wynajmu powierzchni CL Parkowi udało się utrzymać przy życiu do dzisiaj. A perspektywy jego udziałowców — znajomych Grzegorza Wieczerzaka — dodatkowo się poprawiły przed wakacjami, kiedy PZU Życie podjęło decyzję o nabyciu od CL Parku wynajmowanej dotychczas nieruchomości (wedle nieoficjalnych informacji kwota ewentualnej transakcji to około 12,5 mln USD).
Udało nam się dotrzeć do dokumentów, zgodnie z którymi CL Park ma dziś co najmniej 13,5 mln dol. długów. Zyski ze sprzedaży nieruchomości nie pokryją zatem ich wszystkich (różnica, jak nietrudno policzyć, to okrągły 1 mln USD). Tym bardziej że sama sprzedaż staje się coraz bardziej wątpliwa.
— Przedłużające się w nieskończoność rozmowy, dotyczące tej transakcji sprawiły, że największy wierzyciel CL Parku — bank Raiffeisen — stracił cierpliwość. Nie tylko jakiś czas temu zajął nawet wynagrodzenia zarządu, ale poważnie rozważa teraz wypowiedzenie umowy kredytowej oraz ewentualne dalsze kroki (skorzystanie z zabezpieczeń czy złożenie w sądzie wniosku o ogłoszenie upadłości spółki) — mówi osoba zbliżona do sprawy.
CL Park to nie jedyna spółka, powiązana z Piotrem J. i Abaco, do której płynęły pieniądze z PZU Życie za rządów Grzegorza Wieczerzaka.
Rzućmy okiem na Studio Kreacji, Reklamy i Marketingu Grupa 21. Według danych rejestrowych, połowę udziałów posiada w niej Abaco, a właścicielką drugich 50 proc. pozostaje Ewa Sławińska-Gackowska, także oficjalny większościowy udziałowiec samej Abaco. Grupa 21 (podobnie jak Abaco) powstała już po objęciu przez Grzegorza Wieczerzaka stanowiska szefa PZU Życie — bo w styczniu 1999 r. Niemal od początku jej „strategicznym partnerem” został największy polski ubezpieczyciel na życie. Jak doliczyli się audytorzy, lukratywne zlecenia reklamowe i poligraficzne dla Grupy 21 wyniosły prawie 11 mln zł.
Co się dzieje ze spółką dziś? Trudno dociec. Ostatni wpis w aktach rejestrowych datowany jest na maj 2003 r. i mówi o zmianie na stanowisku prezesa: został nim wtedy Jerzy Wierzbicki, pojawiający się także we władzach innych spółek powiązanych z Abaco. Niestety, nie udało się nam z nim skontaktować (nie odbiera telefonu). Wiemy jednak, że spółka praktycznie nie prowadzi działalności. O ile wtedy, gdy realizowała zlecenia dla PZU Życie (w latach 1999-2000), osiągała roczne przychody wysokości 4-5 mln zł, o tyle już w 2002 r. (kiedy zlecenia się skończyły) wyniosły one... 8,6 tys. zł!
Dotarliśmy do Piotra J. Jedyną spółką z grupy Abaco, o której chciał w ogóle rozmawiać, był CL Park.
— Jestem jej prezesem i mogę powiedzieć, że sytuacja firmy jest dobra. O innych spółkach mogą się wypowiadać członkowie ich zarządów — tyle tylko udało się nam usłyszeć.
Spróbowaliśmy skontaktować się z Marcinem F., od niedawna oficjalnym prezesem Abaco (to były wiceprezes Wólczanki, oskarżony o wyrządzenie łódzkiemu producentowi koszul szkody na ponad 37 mln zł). Nie chciał z nami rozmawiać.
Droga reklama i PR
Kontrakt z Grupą 21 to jedna z kilkudziesięciu umów, które bada Prokuratura Apelacyjna w Warszawie w tzw. wątku reklamowym afery PZU Życie. Ów fragment sprawy wyłączono z głównego śledztwa w czerwcu 2002 roku — idzie o wyjaśnienie, czy nie doszło do wyrządzenia szkody w majątku PZU Życie, a także innych spółek z grupy PZU przy wydatkowaniu pieniędzy na usługi reklamowe i public relations w latach 1998-2001. Zdaniem prokuratury, ceny tych usług niejednokrotnie znacznie zawyżano. Tylko w 2000 r. PZU Życie przekroczyło budżet na reklamę o blisko 150 proc., wydając aż 47,5 mln zł. Zarzuty przedstawiono już 16 osobom, w tym dwóm z PZU Życie: Grzegorzowi Wieczerzakowi i byłemu dyrektorowi biura marketingu.
W tym śledztwie pojawiają się też wątki polityczne. Jednym z podejrzanych jest Paweł C. (były rzecznik wicepremiera Janusza Tomaszewskiego). Był on prezesem PressNetu: spółki, z którą Grzegorz Wieczerzak zawarł umowę na usługi reklamowe, poligraficzne i public relations na kwotę około 13 mln zł.
PressNet powstał na początku 2000 r. (z kapitałem 4 tys. zł). Według nieoficjalnych informacji, stanowisko szefa spółki Paweł C. zawdzięczał innemu współpracownikowi Janusza Tomaszewskiego, Piotrowi Minkiewiczowi (był asystentem wicepremiera). Właśnie Minkiewicza Paweł C. obciąża w zeznaniach. To on miał pośredniczyć w zawieraniu umów z PZU Życie i wskazywać, z kim podpisywać umowy podwykonawcze na realizację konkretnych usług. Teraz prokuratura prześwietla cały łańcuszek tych umów. Smaczku sprawie dodaje fakt, że Piotr Minkiewicz, będąc już formalnie podejrzanym o zorganizowanie grupy osób, fałszującej dokumenty w celu m.in. uniknięcia płacenia podatków, zdołał (pisała o tym „Rzeczpospolita”) wyjechać z kraju... Rozesłano za nim list gończy.
PressNet po zakończeniu współpracy z PZU Życie popadł w poważne tarapaty. Firma nie ma już siedziby, a jej konta i cały pozostały majątek (w tym warszawska nieruchomość) posłużyły do zaspokojenia zaległości podatkowych.
Znikająca firma
Inną spółką, współpracującą z PZU Życie Grzegorza Wieczerzaka, była A.S.A.P. Promotion Consultants, która w sierpniu 2000 r. zawarła z ubezpieczycielem umowę: miała otrzymywać 80 tys. zł miesięcznie za „stworzenie i utrwalenie pozytywnego obrazu PZU Życie”. W sumie z kasy ubezpieczeniowego giganta do A.S.A.P. wypłynęło około 1 mln zł.
W maju 2000 r. jedynym właścicielem i prezesem A.S.A.P. został Marek Budzisz, doradca ministra finansów Jarosława Bauca oraz Wiesława Walendziaka, kiedy ten był szefem Kancelarii Premiera. Kapitał spółki wynosił ówcześnie... 45 zł. Dopiero w lipcu 2000 r., tuż przed podpisaniem umowy z PZU Życie, wzrósł do 9 tys. zł.
— Wiązanie mnie z panem Wieczerzakiem to nieporozumienie. Wielomiesięczna kontrola skarbowa nie wykazała żadnych nieprawidłowości w realizacji umowy z PZU Życie. Poza tym stanowiła ona nie więcej niż 15 proc. ogółu przychodów A.S.A.P., a poza ubezpieczycielem współpracowaliśmy m.in. z Bankiem Handlowym, Elektrimem czy Deutsche Bankiem — przekonuje Marek Budzisz.
Dziś trudno ustalić, czy A.S.A.P. w ogóle istnieje. Zadzwoniliśmy pod jej ostatni warszawski adres.
— Wyprowadzili się jakieś 2 lata temu. Od tego czasu sporo ludzi z różnych firm dzwoni i ich szuka, próbując egzekwować długi. Bez skutku — mówi przedstawiciel firmy wynajmującej powierzchnie biurowe.
Jak się dowiedzieliśmy, kłopoty z wierzycielami ma nie tylko firma A.S.A.P., ale i jej prezes i właściciel — Marek Budzisz. W kwietniu 2004 r. komornik z Elbląga zajął jego udziały w spółce na poczet około 500 tys. zł długu, jaki były asystent ministra finansów ma w stosunku do firmy z Brodnicy, handlującej sprzętem rolniczym (Marek Budzisz jest posiadaczem dwóch kilkuhektarowych gospodarstw rolnych).
Tymczasem sam Marek Budzisz zapewnia, że A.S.A.P. normalnie działa i nadal wykonuje usługi doradcze dla podmiotów zagranicznych.
Paraliż prokuratury
Wszystkie wątpliwości dotyczące usług reklamowych i PR, zlecanych przez PZU Życie za czasów Grzegorza Wieczerzaka, powinno wyjaśnić śledztwo. Ale czy tak się stanie?
— Postępowanie bardzo się rozrasta. W firmach wykonujących zlecenia dla PZU Życie wykryto wiele nieprawidłowości, głównie skarbowych. Dotyczą one także umów z zupełnie innymi spółkami (chodzi m.in. o podejrzenie prania brudnych pieniędzy za pomocą tzw. faktur kosztowych). Mimo że niektóre materiały nie mają żadnego związku z PZU Życie, nie są wyłączane do odrębnych śledztw. To może sparaliżować pracę prokuratury — obawia się ktoś zbliżony do śledztwa.
Zbigniew Jaskólski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, zapewnia, że są plany wyłączania z postępowania wątków pobocznych. Kiedy? Raczej nieprędko. Na razie śledztwo przedłużono do końca roku.
— Zarzuty przedstawiane poszczególnym osobom będą zmieniane, najprawdopodobniej pojawią się też nowi podejrzani. Ze względu na zakres śledztwa, nie jest jeszcze możliwe określenie terminu jego zakończenia — przyznaje Zbigniew Jaskólski.
Wygląda więc na to, że prokuratura, której autorytet mocno nadszarpnęło zwrócenie przez sąd głównego wątku sprawy Wieczerzaka, w przypadku wątku reklamowego chce być pewna sukcesu przed sądem. Tym chyba jedynie można tłumaczyć przewlekłość sprawy. Ale czy na pewno można? Śledztwo trwa już ponad trzy lata...
