SSilne spadki amerykańskiej waluty w ostatnich tygodniach są coraz większym problemem dla uczestników rynku. Mimo że wiele o tym nie mówią, bo prawideł rynku nie da się zmienić. Dolar traci, bo inwestorzy przestają go traktować jako wiarygodną walutę, dającą wysoką stopę zwrotu.
Coś o tym wiedzą Chińczycy, posiadający ogromne rezerwy w dolarze. Toteż nie dziwią coraz mocniejsze słowa tamtejszej administracji. Zachowują się jednak jak słoń w składzie porcelany — każdy sygnał o rzeczywistym zmniejszeniu zakupów dolarów kosztem innych walut doprowadziłby po prostu do krachu „zielonego”.
Jest jednak druga strona medalu. Chiny znacznie zyskują w sensie politycznym, gdyż za chwilę będą mogli dyktować warunki Amerykanom. To nawet nie śniło się najstarszym członkom tamtejszej partii komunistycznej. Za to pozostała, uprzemysłowiona część świata nie ma powodów do radości. Przez spekulacyjne wzrosty cen surowców, będące echem słabego dolara, odżyły demony inflacji. To zwiąże na kilka kwartałów ręce członkom banków centralnych, którzy nie będą mogli zareagować w przypadku negatywnego wpływu spowolnienia w USA na ich gospodarki.
Pyrrusowe będzie także zwycięstwo euro, które zostało najmocniejszą walutą świata. Wspólna gospodarka może nie być przygotowana do konkurencji w nowych warunkach, chociażby ze względu na mało elastyczny rynek pracy. Czy zmierzamy zatem do globalnego kryzysu? Jeżeli tak, to dotknie on także rynków akcji. Wyśrubowane wyceny odzwierciedlające oczekiwania inwestorów co do przyszłych zysków spółek rozminą się po prostu z brutalną rzeczywistością. Warto o tym pamiętać i po cichu kibicować dolarowi.
Marek Rogalski