Dwie kadencje prosperity
Billa Clintona, który wprowadził się do Białego Domu w 1993 r., można nazwać prezydentem szczęścia. Okres jego pierwszej kadencji zbiegł się bowiem z końcem niekorzystnych trendów w cyklu gospodarczym. Natomiast to, że wybrano go na kolejne 4 lata, dowodzi, że potrafił on w pełni wykorzystać sprzyjającą mu koniunkturę oraz nie uległ zakusom poluźnienia polityki fiskalnej.
Za kadencji Billa Clintona, Stany Zjednoczone miały najniższą inflację od trzydziestu lat oraz bardzo niskie bezrobocie. Był on też pierwszym prezydentem demokratą po Roosevelcie, który został wybrany na drugą kadencję.
— Bezpośredni wpływ prezydentów na cykl koniunktury gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest niewielki i ta niska korelacja została dowiedziona. Natomiast nie można Billowi Clintonowi odmówić zasług w kreowaniu polityki zagranicznej i legislacyjnej. Clinton ze swoją kadencją wszedł w sam koniec recesji, podczas jego pierwszego pobytu w Gabinecie Owalnym sprzyjał mu cykl koniunkturalny — krótko mówiąc nie musiał obawiać się recesji. Natomiast wypada docenić jego wysiłki, aby tych sprzyjających mu czynników nie popsuć. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie zrobił zaraz na początku pierwszej kadencji, był dobór współpracowników. W zasadzie nie mógł trafić lepiej. Jako sekretarza skarbu zatrudnił Jacka Rubina, pozwolił również kontynuować pracę na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej Alanowi Greenspanowi. Sprawy prowadzenia polityki gospodarczej kraju zostawił więc w rękach pragmatyków, których można określić bardziej jako liberałów niż lewicowców. Clinton jak na demokratę okazał się więc gospodarczym pragmatykiem — twierdzi Krzysztof Błędowski, ekonomista.
Bill Clinton wniósł też wiele do rzeczywistego procesu globalizacji i znoszenia granic, bowiem to za jego kadencji powstała w Ameryce Północnej strefa wolnego handlu, która obejmuje trzy największe państwa tego kontynentu.
— Dalsza działalność pokazała jego liberalne oblicze nie tylko w poglądach na wolny handel. Mimo silnego oporu związków zawodowych, powstanie strefy wolnego handlu NAFTA to zasługa właśnie Billa Clintona. Nawet porażka, jakiej doznał w debacie nad reformą finansowania opieki zdrowotnej, w kontekście jego profesjonalnego przygotowania okazała się jego politycznym sukcesem. Jak na demokratę okazał się on pragmatykiem w stosunku do związków zawodowych. Mimo ich nacisków, nie rozluźnił polityki fiskalnej i nie zmienił ustawy socjalnej — dodaje Krzysztof Błędowski.
Nauka negocjacji
Mimo obaw, zarówno jego współpracowników jak i opozycji, 42 prezydent Stanów Zjednoczonych nie działał jak ignorant w dziedzinie polityki zagranicznej. Ten zakres działalności związany z byciem prezydentem największego mocarstwa świata był bowiem jego najsłabszym punktem w pierwszej kampanii wyborczej. Eksperci twierdzą nawet, że niewiele brakowało, aby jego brak biegłości w sprawach polityki zagranicznej kosztował go przegraną podczas pierwszych wyborów — na rzecz Busha.
— Trzeba to zaznaczyć, że Clinton doszedł do władzy jako zupełny dyletant w sprawach polityki międzynarodowej. Natomiast gdy kończył swoje urzędowanie w Białym Domu, opuszczał go już jako stary wyjadacz i ekspert w tym zakresie. Prowadził przecież otwarte negocjacje i na Bałkanach, i na Bliskim Wschodzie, w zasadzie był twardy tylko w stosunku do Iraku. Okazał się również wyważonym adwersarzem wobec Kuby, Libii i Iranu. Prezentował także otwarte stanowisko w stosunku do Korei Północnej — zaznacza Krzysztof Błędowski.
Indeksy w górę
Okres jego prezydentury będzie się kojarzył również z pojęciem nowa ekonomia. Za jego kadencji główne indeksy giełd amerykańskich zanotowały spektakularne wzrosty. Indeksy Dow Jonesa, S&P oraz wartość rynku Nasdaq zgodnie pobiły swoje rekordy. Stało się tak za sprawą spółek działających w branżach związanych z telekomunikacją, Internetem oraz informatyką. W krótkim czasie firmy z tych branż, jak Microsoft czy Cisco, stały się największymi spółkami na świecie o wartości rynkowej przekraczającej budżet niejednego z państw europejskich.
— Za jego urzędowania, ale pod okiem Greenspana, Ameryka w warunkach dezinflacji przeżyła silny wzrost gospodarczy. Dobra ręka Clintona w doborze współpracowników dała o sobie znać po raz kolejny, podczas wyboru następcy wieloletniego sekretarza skarbu Jacka Rubina. Został on zastąpiony przez dość kontrowersyjnego, znanego z keynesowskich poglądów monetarnych, Summersa. Mimo to okazał się to bardzo dobry wybór, a sam Summers w praktyce był podobnie jak większość współpracowników Clintona gospodarczym pragmatykiem —uważa Krzysztof Błędowski.
Miejsce w plejadzie
Clinton okazał się prezydentem środka, pragmatykiem i liberałem. Można zaryzykować stwierdzenie, że był on prezydentem intelektualistą i prawdopodobnie dlatego tak dobrze potrafił porozumieć się z Europą.
— Niewątpliwie i my dużo mu zawdzięczamy, mimo mocnej opozycji wobec naszego wstąpienia do NATO, Clinton razem z Albright, użyli wszystkich swoich wpływów, aby przekonać do tego Senat i Izbę Reprezentantów. Z całą pewnością zasługuje on na miejsce obok Wilsona czy też Washingtona. Z kolei jeżeli chodzi o samą gospodarkę, wielu prezydentów zaczynało swoje rządy w warunkach sprzyjających czynników makroekonomicznych. Żadnemu, oprócz Clintona, nie udało się utrzymać pozytywnych trendów gospodarczych przez pełne dwie kadencje pobytu w Białym Domu — twierdzi Krzysztof Błędowski.
Michał Śliwiński
[email protected] tel. (22) 611-62-68