Exchange traded fund znaczy tyle co fundusz, którym handluje się na giełdzie. Jego główną cechą jest jednak co innego: jest on najczęściej wprost oparty na określonym indeksie giełdowym. W przeciwieństwie zatem do tradycyjnych funduszy inwestycyjnych nie musi być więc aktywnie zarządzany - czyli zarządzający nie stara się dociec, które spółki będą od indeksu lepsze i warto na nie postawić, a które gorsze, więc w portfelu lepiej ich nie mieć lub mieć mniej, niż wynika to z wagi w tzw. benchmarku (czyli portfelu wzorcowym). ETF-y co do zasady powinny odzwierciedlać stopę zwrotu danego indeksu. To pozwala z jednej strony na niskie opłaty, a z drugiej daje ekspozycję na cały rynek.
Inwestowanie w ciemno kontra zarządzający
Podwaliny pod pasywne inwestowanie stworzyła dyskusja o tym, czy eksperci od inwestowania rzeczywiście są w stanie wypracowywać wyższe stopy zwrotu przez dłuższy czas. W latach 70. XX wieku Eugene Fama sformułował teorię efektywnego rynku, zgodnie z którą szeroki dostęp do informacji powoduje, że mają one swoje odzwierciedlenie w cenach aktywów. Efektem tego jest to, że inwestorzy nie mają dużych możliwości uzyskiwania ponadprzeciętnych stóp zwrotu, a w długim terminie nawet najlepsi nie są w staniu uzyskać lepszych wyników niż średnia rynkowa.
Swoją cegiełkę dołożył także Burton Malkiel, ekonomista znany z wykorzystania losowości w inwestowaniu – w swojej książce pt. „Spacer po Wall Street” wydanej w 1973 r. napisał znamienne zdanie: „Ślepa małpa rzucająca rzutkami w strony finansowej gazety mogłaby wybrać portfel, który radziłby sobie tak samo dobrze jak ten z pietyzmem wybrany przez ekspertów”. W rezultacie „Wall Street Journal” próbował testować tę teorię i dziennikarze losowali akcje spółek, próbując wygrać ze znawcami rynku. Co prawda doświadczeni inwestorzy byli górą, ale im horyzont inwestycyjny się wydłużał, tym przewaga robiła się mniejsza.
W połowie lat 70. John Bogle, założyciel Vanguarda, stworzył pierwszy fundusz indeksowy, który był oparty na indeksie S&P 500. Wyszedł on z założenia, że nie warto szukać igły w stogu siana, tylko lepiej kupić cały stóg.
„Intuicja podpowiada nam, że selekcja spółek to przepis na sukces w inwestowaniu: kupuj spółki dobre, a słabych nie. Jednak praktyka pokazuje, że to wcale nie jest takie proste. Kupując portfel spółek z całego rynku, mamy pewność, że najlepsze spółki również tam będą. Dane pokazują, że taka metoda przeważnie sprawdza się lepiej niż selekcja spółek” – tak jego podejście ujął Eric Balchunas w książce „The Bogle Effect”.
Obsesją Johna Bogle’a była jednak kwestia opłat za zarządzanie. Wskazywał, że kwestia kosztów staje się tym bardziej istotna, im dłuższy jest horyzont inwestycyjny. Procent składany działa bowiem na korzyść inwestora, tworząc tzw. efekt kuli śniegowej, natomiast koszty działają odwrotnie i dlatego powinny być maksymalnie niskie. Dlatego starał się maksymalnie obniżać opłaty za funkcjonowanie funduszy indeksowych – z czasem nowe technologie, a także wykorzystanie przychodów z takich mechanizmów jak pożyczanie akcji inwestorom, którzy chcą grać na spadek, sprawiły, że fundusze indeksowe stały się znacznie tańsze niż ich aktywnie zarządzane odpowiedniki. To doprowadziło do spadku cen na całym rynku, co niektórzy nazywali efektem Bogle’a.
Rozwój ETF-ów przyczynił się także do spadku opłat za zarządzanie w polskich funduszach inwestycyjnych (choć formalnie uczyniły to zmiany ustawowe). Jeszcze dekadę temu standardem było 4 proc. opłaty za zarządzanie, a obecnie w większości funduszy jest to ok. 2 proc. Tymczasem ETF WIG20TR kosztuje 0,4 proc. w skali roku, a jeśli ktoś chce zainwestować w niego na miesiąc, to płaci jedną dwunastą tej kwoty.
- Mamy ETF-y na DAX-a czy S&P 500, gdzie opłaty wynoszą 0,15 proc. w skali roku, podczas gdy w aktywnie zarządzanych funduszach jest to 1,5-2 proc. – mówi mi Bogdan Kornacki z Działu Rozwoju Rynku w GPW.
ETF-y się rozrosły
Obecnie na całym świecie aktywa ETF-ów przekraczają 15 bln USD, a w tym roku inwestorzy wpłacili do niech 1,8 bln USD, co, oprócz wzrostu wartości wielu indeksów, sprawiło, że aktywa urosły o 30 proc. względem 2023 r. – wynika z danych firmy badawczej ETFGI. Z tego aż 1 bln USD napłynęło do amerykańskich ETF-ów. Po pasywnej rewolucji z lat 90. na popularności zyskują także tzw. aktywnie zarządzane ETF-y oraz te skupione na obligacjach rządowych oraz korporacyjnych. Są w stanie podbierać klientów tradycyjnych funduszy inwestycyjnych dzięki niskim opłatom, dostarczając także szereg sektorowych strategii.
Tymczasem polskie fundusze inwestujące pasywnie to wciąż niewielki segment rynku, którego aktywa w październiku wynosiły ok. 3 mld zł, choć zapewne Polacy zainwestowali w ETF-y znacznie więcej, ale są to przeważnie fundusze zagraniczne. Od początku roku aktywa w polskich ETF-ach zmalały o 1 mld zł ze względu na zmianę strategii inwestycyjnej w Goldman Sachs Indeks Odpowiedzialnego Inwestowania dokonaną w trakcie roku. Patrząc na dane miesięczne, widać, że aktywa są jednak w trendzie rosnącym, gdyż rosły przez 10 z ostatnich 12 miesięcy. Co więcej, październik był bardzo udany, gdyż po raz pierwszy sprzedaż przekroczyła 100 mln zł, a prym w tym okresie wiodły fundusze inPZU. To jednak różnej maści fundusze inwestujące pasywnie, a typowych ETF-ów znajdziemy na GPW 13 (w portfelu mam dwa - na mWIG40 i S&P 500), a do tego jest jeszcze jeden instrument tego typu – ETC, czyli Exchange Trade Commodity, który pozwala na inwestowanie w złoto.
- W Unii Europejskiej fundusze zasadniczo nie mogą inwestować w inne aktywa, takie jak nieruchomości, kruszce, surowce, kryptowaluty i inne. Dlatego też ETF-y tego nie robią. Ponieważ jednak inwestorzy chcieli mieć ekspozycję na inne klasy aktywów, powstały m.in. instrumenty typu ETC i ETN (Exchange Traded Notes). Działają one podobnie do ETF-ów, ale pod względem prawnym nie są to fundusze inwestycyjne, tylko długoterminowe obligacje zabezpieczone określonym aktywem. Notowany na GPW ETC na złoto jest zabezpieczony fizycznymi sztabkami przechowywanymi w brytyjskiej mennicy państwowej. Co ważne, w przypadku bankructwa emitenta sztabki kupione za pieniądze inwestorów nie wchodzą do masy upadłościowej – tłumaczy Marcin Opoka z GPW.
ETC i ETN (Exchange Traded Commodities i Exchange Traded Notes) trochę się jednak różnią poziomem bezpieczeństwa od ETF-ów, które podlegają rygorystycznym warunkom dyrektywy UCITS, która wymaga m.in. udziału depozytariusza pilnującego, aby aktywa inwestorów były oddzielone od środków emitenta. Sama dyrektywa dzięki zharmonizowaniu tych przepisów w UE mocno przyczyniła się do rozwoju tego rynku, dając pewność co do stosowanych zasad w całej UE. Tymczasem konstrukcja ETC i ETN-ów w innych państwach członkowskich może być różna od tego, jak rozumiemy ten instrument w Polsce, gdyż nie podlega on pod tę dyrektywę. Wykształciły się jednak standardy rynkowe, na jakich te instrumenty funkcjonują, które mają na celu zapewnienie wysokiego bezpieczeństwa inwestycji.
Najbardziej popularnym ETF-em w Polsce jest ten oparty na mWIG40TR – zgromadził on aktywa o wartości ponad 250 mln zł, a dopiero na drugim miejscu jest ETF bazujący na indeksie największych spółek WIG20TR, w którym jest ok. 100 mln zł. To może być efekt tego, że w dłuższym horyzoncie średnie spółki zachowują się lepiej, a inwestorzy ten fakt zauważyli.
Nowe ETF-y w drodze
Oferta ETF-ów na GPW w kolejnym roku z pewnością wzrośnie, informują mnie przedstawiciele giełdy. Sama GPW deklaruje, że widzi dużą wartość w tym, aby były notowane na niej zagraniczne instrumenty tego typu.
- Chcemy, aby były one dostępne dla lokalnych inwestorów w polskich złotych, niezależnie czy są zabezpieczone walutowo, czy nie. Planujemy wprowadzanie zagranicznych ETF-ów także na platformie GlobalConnect, na której obecnie notowane są tylko akcje spółek zagranicznych. Pracujemy nad zmianami regulaminu, które to umożliwią, i myślę, że w ciągu kilku miesięcy będzie to możliwe – mówi Marcin Opoka.
Prace nad rozszerzeniem oferty prowadzi także Beta TFI, która odpowiada za większości ETF-ów notowanych na GPW. Najbardziej zaawansowane są prace nad ETF-em spółek dywidendowych, który miałby co kwartał wypłacać inwestorom dywidendę.
- Myślę, że mógłby pojawić się na rynku w połowie roku lub w III kwartale, ale wiele zależy od sprawności KNF, sądu, GPW i KDPW – mówi Mateusz Mucha, zarządzający aktywami w Beta ETF.
Od dywidendowych wypłat byłby pobierany standardowy podatek od dywidend, chyba że inwestycja byłaby prowadzona z konta IKE lub IKZE. Punktem odniesienia byłby istniejący indeks WIGDIV, który jednak ulegnie modyfikacji.
- Najprawdopodobniej w jego skład będą wchodzić spółki z WIG20, mWIG40 oraz sWIG80. Rozważamy kilka wariantów kryterium wypłacania dywidendy w ostatnich latach – może będzie konieczna wypłata w ostatnich pięciu latach, a może w czterech z ostatnich pięciu lat. Nie będzie to indeks ważony wyłącznie kapitalizacją, ale także stopą dywidendy – chcemy, aby mniejsze spółki, które płacą wysokie stopy dywidendy, miały dodatkowe atuty, aby nie promował on niemal wyłącznie spółek z WIG20. Rozważamy także minimalną stopę dywidendy na poziomie 2-3 proc. Gospodarzem indeksu jest giełda, ale my konsultujemy te zmiany i czekamy na ostateczne warianty – mówi Mateusz Mucha.
W planach są też ETF-y na mWIG40 z lewarem zarówno long, jak i short. To ETF-y dla aktywnych graczy, którzy lubią obstawiać wzrost lub spadek indeksów. Skonstruowane mają być analogicznie do ETF-ów tradingowych na WIG20. Powinny one zostać wprowadzone na rynek w przyszłym roku.
- W KNF leży także projekt ETF-a na bitcoina oparty na kontraktach futures notowanych w Chicago. Tutaj trwa bój prawny i ciągle odpowiadamy na kolejne pytania KNF w tej sprawie. Trudno sobie wyrobić opinię, kiedy taki ETF mógłby zadebiutować na GPW – mówi Mateusz Mucha.
Partnerem materiału jest Giełda Papierów Wartościowych.
