Koncepcja tzw. sharing economy (ekonomii dzielenia) rozwija się na świecie. Od pewnego czasu słychać o taksówkarzach niezadowolonych z dzielących się swoim samochodem kierowców wspieranych technologią przez firmę Uber. Wielu wybierających się na wakacje korzysta z AirBnB jako alternatywy dla hotelu. W USA usług dzielenia się jest więcej — można choćby wynająć samochód od osoby prywatnej. Jednym z powodów korzystania z dóbr innych osób jest przekonanie, że taniej jest używać, niż posiadać (w zeszłorocznym badaniu firmy PwC przeprowadzonym w USA stwierdziło tak 81 proc. respondentów).

Mentalne wyzwanie
W Polsce od czasu PRL-owskich talonów, gdy nie wystarczało mieć pieniądze, aby stać się właścicielem, samochód ma status dobra potwierdzającego rangę społeczną. Niekiedy zakorzeniony tak bardzo, że niektórzy kupują nowszy samochód tylko dlatego, że właśnie zrobił to sąsiad. Trudno więc wyobrazić sobie, by w naszym kraju ktoś, kogo stać na auto, dobrowolnie rezygnował z jego posiadania. Tym trudniejsze wyzwanie stoi przed inwestorami (nie chcą na razie się ujawniać), którzy stoją za przedsięwzięciem o nazwie SharCar, które zrodziło się w Poznaniu. Podejmują próbę zmierzenia się z polską odmianą kultu samochodu.
Chcą przekonać rodaków, że jeżdżenie autem jest w wielu przypadkach tańsze niż jego posiadanie. Wskazują, że przejechanie małym miejskim samochodem około tysiąca kilometrów miesięcznie kosztuje 1,2-1,5 tys. zł, czyli 1,2-1,5 zł za kilometr.
— Jeżdżąc codziennie 20 minut do pracy i 20 minut z pracy cudzym samochodem można oszczędzić miesięcznie co najmniej kilkaset złotych — twierdzi Jakub Tabędzki, odpowiedzialny za SharCar. Przekonuje, że zainteresowanie wypożyczaniem samochodów elektrycznych jest bardzo duże. — Już w 24 godziny po uruchomieniu strony przedsięwzięcia bez żadnych działań promocyjnych zarejestrowało się niemal 1000 osób, które poprosiły o informację o uruchomieniu testów — mówi Jakub Tabędzki.
Siedem miast
Twórcy SharCar chcą w dwa lata w siedmiu miastach (Warszawa, Poznań, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Łódź, Katowice) udostępnić za pomocą aplikacji mobilnej około tysiąca elektrycznych samochodów. Na ogół w każdym sieć na początek ma się składać ze 100 pojazdów i około 30 stacji ładowania.
— Wyjątkami będą Warszawa i okręg śląski, gdzie pojazdów będzie dwukrotnie więcej — zapowiada Jakub Tabędzki. System ma działać podobnie jak publiczne wypożyczalnie rowerów. Najpierw trzeba będzie się zarejestrować, do czego będzie potrzebny skan prawa jazdy. Później wystarczy ściągnąć aplikację, która wskaże, gdzie znajdują się auta i pomoże uruchomić pojazd. Samochody będą parkowały w całym mieście, a odstawiać je będzie się na normalnym miejscu parkingowym w wyznaczonej w centrum strefie.
Odstawienie auta po jeździe na stację ładowania ma być premiowane niższymi opłatami. Wypożyczenie auta ma kosztować złotówkę za minutę, za godzinę — 39 zł, a za cały dzień — 139 złotych. — W pierwszym mieście, Warszawie lub Poznaniu, chcemy wystartować na początku 2017 r. i co trzy miesiące uruchamiać wypożyczalnie w kolejnych miejscach — zapowiada Jakub Tabędzki, choć dodaje, że wiele będzie zależało od współpracy z samorządami.
Sami sobie
Przedsięwzięcie nie skorzysta ze wsparcia publicznego, bo takiego w Polsce wciąż nie ma. — Nie ma u nas żadnego wsparcia dla kupujących samochody elektryczne. A na przykład w Norwegii przez kilka lat dzięki dopłatom i ulgom podatkowym sprzedano ponad 100 tys. „elektryków”, zaś Niemcy zapowiedziały dopłaty 4 tys. euro do każdego samochodu elektrycznego. Nie ma też u nas żadnego wsparcia budowy infrastruktury do ładowania takich samochodów, nic więc dziwnego, że samochodów elektrycznych w Polsce niemal nikt nie kupuje — mówi Jakub Tabędzki. Problemem jest też niewielka wiedza o potrzebach właścicieli takich aut. Ich sytuację można porównać do osób niepełnosprawnych na początku lat 90.
— wszyscy wiedzieli, że są, ale długiej edukacji wymagało wskazanie, jak dostosować dla nich infrastrukturę. — Projekt SharCar jest realizowany od kilku miesięcy, a jego budżet wynosi kilkadziesiąt milionów złotych. To dosyć złożone przedsięwzięcie, wymagające przygotowania wielu elementów. Trwają rozmowy z dostawcami samochodów i właścicielami miejsc, w których mogą stanąć punkty ładowania. Ciągle budujemy też system — opowiada Jakub Tabędzki. Domyka także kolejną rundę finansowania.