Andrzej Sopoćko: ECB nie może skutecznie wpływać na kurs euro
BANK BEZRADNY: Europejski Bank Centralny nie ma swobody manewru w kształtowaniu kursu euro — ocenia Andrzej Sopoćko. fot. Tomasz Zieliński
Euro jest wielkim światowym eksperymentem. Obecnie intryguje jego słabość, ale także w przypadku znacznej jego siły fakt ten byłby przedmiotem fascynacji. Nowa waluta jest jak nowy człowiek w starym towarzystwie — wszyscy mu się lubią przyglądać. Jedynie gdyby było ono stabilne, fala zainteresowania opadłaby szybko. Prawdopodobnie większość uczestników światowego rynku finansowego potraktowałaby euro jako zmianę etykiety dawnego ecu.
PROBLEMEM WYSUWAJĄCYM się na czoło jest polityczny kompromis między krajami eurosfery. Dla znających formalne warunki działania Europejskiego Banku Centralnego kwestia ta wyda się dziwna, ponieważ na pierwszy rzut oka nie powinna się pojawić. ECB jako emitent euro jest organizacyjnie niezależny od rządów w krajach unii monetarnej. Powinien więc prowadzić własną, niezależną politykę, nakierowaną na stabilizację europejskiej waluty (art. 105 Traktatu z Maastricht). I chyba tak byłoby, gdyby nie pojawił się w traktacie także cel dodatkowy — wspieranie wspólnej polityki gospodarczej. Co prawda dano tu warunek „jeżeli jego realizacja nie narusza celu podstawowego”, ale ograniczenie to nie znaczy zbyt wiele.
POZORNIE wydawałoby się, że ECB ma pełną swobodę manewru, przede wszystkim ze względu na enigmatyczną treść pojęcia „wspólna polityka gospodarcza Unii”. Jeśli nie bardzo wiadomo, co ma być przedmiotem wsparcia, to trudno stawiać zarzut braku jego wspierania. Znacznie łatwiejszy do sprecyzowania wydawał się cel podstawowy, tj. stabilizacja cen. Pozycja ECB wydawała się silna i nie zagrożona.
JAK SIĘ OKAZUJE, rzeczywistość nie zawsze odpowiada teorii. Przede wszystkim powstał problem, czym jest stabilizacja cen. Wobec zagrożenia trwałym procesem deflacyjnym, tworzącym nieobliczalne w skutkach zjawiska typu „ujemna stopa procentowa” (czyli „jeśli oszczędzasz, toś frajer”), kojarzenie stabilizacji cen ze zmniejszeniem inflacji straciło sens. Ale wobec tego, przy jakiej inflacji osiąga się stabilność — 1, 2, a może 3 proc.? Tym samym trudno zdefiniować cel podstawowy.
Z DRUGIEJ natomiast strony, ów cel drugorzędny zaczął nabierać wyrazistości. Choć całościowej synchronizacji polityki gospodarczej w Unii nie sposób się doszukać, to jednak pewne istotne uzgodnienia mają miejsce, jak np. Europejski Pakt Zwiększenia Miejsc Pracy. Konkretnych liczb, co prawda, w samym dokumencie nie ma, ale są one niejako na zewnątrz. Według najnowszych danych we Wspólnocie bez pracy pozostaje 16,3 mln osób. Zwiększenie miejsc pracy staje się siłą rzeczy celem skwantyfikowanym, stabilizacja cen zaś — rozmytym. Wiadomo więc, że ECB powinien przyłożyć się do spadku bezrobocia, być może przez dalszą obniżkę stopy interwencyjnej czy utrzymywanie słabego euro.
CO MA więc robić ECB? Zwalczać inflację — właściwie po co? Pobudzać gospodarkę, stwarzać warunki dla nowych miejsc pracy? Czemu nie, jeśli działania te nie zagrażają realizacji celu podstawowego. Problemy zaczynają się jednak w kwestii, jak to robić. Jednym krajom jeszcze niższe stopy procentowe mogą pomóc, innym raczej nie. Dla jednych słabe euro może być bodźcem proeksportowym, dla innych — przede wszystkim małych — wręcz zagrożeniem.
W KOŃCOWYM efekcie wszystko przestaje być jednoznaczne. Jaką więc linię postępowania ma wybrać ECB? Nie wiadomo. Nie wiedzą tego też macherzy światowego rynku finansowego, a ich niepewność przecież euro nie wzmacnia. Czy i kiedy polityka ECB zostanie wyklarowana — to chyba jedno z najważniejszych pytań niezbędnych do określenia, gdzie ostatecznie znajduje się linia wsparcia dla trendu kursowego tej waluty.
Andrzej Sopoćko jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, doradcą prezesa PBK