PB Po Godzinach
Partnerem cyklu EKO jest logo Provident

Elektryzująca wyprawa

opublikowano: 06-08-2021, 12:23

Dziś nie będzie o aucie. Znaczy, nie tylko. Będzie o wycieczce. Wycieczce, którą każdy fan motoryzacji powinien odbyć. Przynajmniej raz.

Lubisz wyprawy, których celem nie jest cel, tylko… sama droga do niego? Jeśli kiwasz głową na potwierdzenie, to zapraszam. Musisz zarezerwować trzy dni, dwa bilety lotnicze i auto. Jeśli nie mierzi cię monotonna jazda autostradą, możesz na start dojechać na kołach. Ważne, żebyś znalazł się w Zurychu. Szykuj się na tysiąc kilometrów po najpiękniejszych drogach Europy, ponad 2000 m przewyższenia na trasie. Na tysiące zakrętów i adrenalinę związaną z tym, że drogi, po których będziesz jechał, prowadzą nad urwiskami, a barierki są solidne jak… ministerialne skrzynki mejlowe. Szykuj się wreszcie na obłędne widoki. Również te motoryzacyjne. Jechać możesz czym chcesz. Ja chciałem autem na prąd. A nawet dwoma.

Kliknij mapę, aby ją powiększyć

James Bond street

Start. Lotnisko w Zurychu (bilet z Warszawy kosztuje około 500 zł). Na miejscu czekają na nas dwa auta. Audi e-tron GT i Porsche Taycan. Naładowane. Możemy liczyć, że za darmo, bo ładowanie w cenie parkowania na przylotniskowym parkingu. Oba mają taką samą moc (476 KM) i taką samą baterię (pojemność użyteczna 83,7 kWh). Audi ma jednak napęd na obie osie i 640 Nm momentu obrotowego, Porsche pcha tylna oś. Moment obrotowy to 357 Nm. Komputery aut deklarują gotowość do pokonania około 400 km. Plan na dziś – dojechanie nad włoskie jezioro Como, czyli 330 km. Jestem umiarkowanie spokojny. Umiarkowanie, bo między mną a Como są trzy przełęcze: Grimsel (2165 m n.p.m.), Furka (2436 m n.p.m.) i St Gothard (2108 m. n.p.m.). W drogę.

Muszę się wyleczyć z jednego objawu. Objaw występuje wyłącznie wtedy, gdy zasiadam za kierownicą auta elektrycznego. Panika z każdym ubywającym z zasięgu kilometrem. Panika ta nie ma uzasadnienia. Jestem w Szwajcarii, a ładowarek (również tych szybkich) tu nie brakuje. Z każdego miejsca z naszej zaplanowanej na trzy dni wyprawy do jednej z szybkich ładowarek (od 150 kW w górę) mamy nie dalej niż 50 km. Mimo to panikuję. Po niespełna 100 km od lotniska w Zurychu zjeżdżam na stację. Podpinam auto do ładowarki (gdyby ktoś z was też spanikował, podaję namiary – Ionity Gotthard Süd). Idę na kawę i śniadanie. Ładowarki o mocy 350 kW ultraszybko „tankują” auto. Oczywiście zarówno Porsche, jak i Audi przyjmą najwyżej 230 kW. Ale i tak od 5 do 80 proc. naładują się w 22,5 min. To mniej więcej tyle, ile potrzebujesz na kawę i toaletę na stacji. Ja przejechałem zaledwie 100 km od startu. W 20 min do baterii trafiło około 21 kWh, zapłaciłem niecałe 30 zł. I tu dygresja. A w zasadzie dwie.

Bez obaw
Bez obaw
Szwajcaria, Austria, Niemcy, a nawet Włochy to kraje, w których nie musisz się martwić o ładowanie. Z żadnego punktu naszej alpejskie trasy do najbliższej (najczęściej szybkiej) ładowarki nie mieliśmy dalej niż 50 km.
Mariusz Barwinski

Pierwsza o ładowaniu: jeśli masz auto elektryczne, którego pokładowa ładowarka pozwala na ładowanie mocą 230 kW, nie oznacza to, że naładujesz auto szybciej niż kolega, u którego w aucie maksymalna moc to 170 kW. Powody? Liczy się krzywa przebiegu ładowania. Maksymalna moc nie jest utrzymywana przez cały czas. Różne auta, różny przebieg. Bywa, że maksymalna moc występuje przez ledwie chwilę. Jak to wygląda u różnych producentów? Polecam stronę Fastned. To serwis holenderskiej sieci szybkich ładowarek. Zawiera m.in. dane z przebiegu ładowań różnych aut. Przykłady? Audi e-tron 55 utrzymuje swoją maksymalną moc 175 kW do mniej więcej 80 proc. naładowania baterii, potem krzywa leci na łeb, by w okolicy 95 proc. ładować już tylko z mocą 50 kW. Jaguar I-Pace? Teoretycznie również 175 kW. Ale tylko do około 30 proc. W okolicy 60 proc. przyjmuje już tylko 75 kW, a pod koniec poniżej 25 kW. Przykładów jest znacznie więcej (warto sprawdzić przed wyborem auta).

Druga dygresja dotyczy cen ładowania. A konkretnie jednej ceny. W Europie działa kilkuset operatorów – różne systemy, różne ceny. Nie jesteśmy w stanie zarejestrować się do wszystkich, wozić ze sobą wszystkich kart czy zainstalować dziesiątek aplikacji. Odpowiedzią są programy markowe. W moim wypadku Audi. Daje dostęp do 250 tys. ładowarek i ceny wynegocjowane dla mnie przez Audi. W Szwajcarii w ładowarce przy autostradzie minuta (nie kWh) „tankowania” kosztuje mnie 0,31 CHF – czyli około 1,4 zł. O cenach za chwilę. Na teraz koniec matematyki. W drogę.

Bez pośpiechu
Bez pośpiechu
Wyprawie alpejskimi przełęczami musi przeświecać idea slow travel. Z jednej strony wymuszają to kręte drogi, z drugiej widoki. Dla tych, którzy się spieszą, są tunele pod górami.
Mariusz Barwinski

Przełęcz Grimsel. Droga wspina się szerokimi zakrętami. Wznosi się przez wąwozy o dzikim pięknie, które stają się coraz węższe i węższe. Elektrownie wodne, linie wysokiego napięcia i wysokogórskie jeziora z potężnymi zaporami dominują w krajobrazie. Swoją drogą to z tego miejsca pochodzi ponad 10 proc. energii elektrycznej wykorzystywanej przez Szwajcarię. Z ciekawostek: to tu kursuje najbardziej stroma kolejka linowo-terenowa na świecie (nachylenie 106 stopni). Kursuje z Handeck do malowniczego jeziora Gelmer. Nie korzystam z okazji. Wolę, żeby pod górę wyciągnął mnie samochód. Jadę obok stromych skał i przez tunele do zapory na sztucznym jeziorze Räterichbodensee, a nieco później do zapory na jeziorze Grimsel. W pobliżu, w hotelu Grimsel Hospiz na szczycie skały Nollen wcinam pyszną pomidorową z parmezanem (20 CHF).

Posilony ruszam na Furkę. Do przejechania zaledwie 14 km. To z jednej strony przełęcz kultowa dla wielbicieli Jamesa Bonda (to tu kręcono sceny do „Goldfingera”), z drugiej – dowód. Na postępujące ocieplenie klimatu.

Punkt obowiązkowy
Punkt obowiązkowy
Z pewnością każdy fan sagi o najsłynniejszym agencie świata poświęci kilka minut na fotkę w miejscu, gdzie kręcono sceny do „Goldfingera”. Wówczas (pierwsza połowa lat 60. ubiegłego stulecia) droga do Przełęczy Świętego Gotarda nie była jeszcze asfaltowa.
archiwum prywatne

Przy hotelu Bélvèdere, około 3 km za najwyższym punktem przełęczy Furka, pojawia się widok na Lodowiec Rodanu, a w zasadzie powinien się pojawić. Warto zatrzymać się tutaj. I pomyśleć o tym, co się dzieje. Bélvèdere to jeden z najpiękniej położonych hoteli na świecie. Od z górą dwóch dekad nieczynny. Powody? Lodowiec Rodanu. Jeszcze w latach 70. XX w. był o kilkadziesiąt metrów od hotelu. Dziś, żeby dotknąć zimnego lodu, trzeba podejść… około 1,5 km. Wielbiciele zimnego piękna przestali przyjeżdżać, hotel zbankrutował. Pora kierować się do mojego hotelu. Do Como mamy ponad 150 km. Ale nie autostradą. Krętą drogą przez Przełęcz Świętego Gotarda. Swoją sławę droga zawdzięcza położeniu – łączy południowy kanton Tessin z centralną Szwajcarią. Potem w dół. Przerażającym i niebezpiecznym brukowanym odcinkiem starej trasy, który ze względu na swój przebieg nazwano Tremola, czyli rozedrgana.

La Tremola to najdłuższy pomnik inżynierii drogowej w Szwajcarii. Drogę zbudowano w latach 1827–32. Niezwykłość Tremoli bierze się z ogromnej ilości serpentyn ściśniętych na stosunkowo niewielkiej odległości. W efekcie zastosowania tak karkołomnego rozwiązania na odcinku kilkunastu kilometrów droga opada aż o 300 metrów. Zjeżdżając, odzyskaliśmy nieco prądu. Tak na oko 50 kW. W efekcie w hotelu ląduję z zasięgiem na ponad 160 km Koniec na dziś. Nocleg w Hiltonie nad jeziorem Como (250 EUR), w cenie śniadanie dla mnie i dla auta (ładowanie).

Królowa Alp

Wstaję bez kwękania. Dziś w planie 290 km. Ale jakie! Jedziemy przełęczą Stelvio! Kto auta kocha, musi – z tej miłości – je tam zabierać. Bateria na 100 proc. Start. Pierwsza część trasy wiedzie do St. Moritz. To niby tylko 130 km, ale wąskimi, lokalnymi drogami wiodącymi lekko pod górę. Na miejsce docieramy po blisko trzech godzinach i z ponad 30-procentowym ubytkiem. Uzupełniamy go w 15 minut (czyli za około 21 zł). W międzyczasie krótki spacer po miejscowości uchodzącej za miejsce narodzin wypoczynku zimowego (w 1864 r.). Gotowi na Stelvio?

Królowa dróg
Królowa dróg
Passo dello Stelvio jest najwyżej położoną przełęczą, którą można pokonać samochodem we włoskich Alpach Wschodnich. Droga na wysokości 2757 m n.p.m. uważana jest za jedną z najtrudniejszych na świecie. Może właśnie dlatego dziennikarze „Top Gear” uznali Stelvio za najlepszą na świecie drogę samochodową.
Mariusz Barwinski

Do kultowej już knajpki Tibet na szczycie mamy 85 km. Ostro pod górę po ostrych zakrętach. Jest ich więcej niż aviomarinu w aptekach. Passo dello Stelvio jest najwyżej położoną przełęczą, którą można pokonać samochodem we włoskich Alpach Wschodnich. Droga na wysokości 2757 m n.p.m. zachwyca wspaniałymi widokami na skaliste szczyty i zielone doliny. Przejeżdżając całą trasę, pokonamy przewyższenie wynoszące prawie 2000 m. Taki wynik jest niezwykle rzadko spotykany nie tylko na europejskich, ale także na światowych drogach. Dzięki temu trasa stanowi dziś ogromną atrakcję. Przyciąga kolarzy, ale i motoryzacyjnych fanów. Wystarczy usiąść w Tibecie na kawce i podziwiać. Porsche 911 z 1974 r. goni to z 1976. Dwie hipiski na Vespach z lat 70? Proszę bardzo. Volkswagen T1? Kilka sztuk. Nawet leciwy Citroën 2CV wdrapywał się na szczyt. Morgany, Wilisy, Alfy Romeo, McLareny i setki motocyklistów. To dosłownie mekka kochających motoryzację. I to w każdym wydaniu. Od starej po najnowszą. Nasze elektryki budzą podobne zainteresowanie co klasyki.

Dwa światy
Dwa światy
Alpejskie przełęcze, a szczególnie Furka i Stelvio, to miejsca, gdzie właściciele wyprowadzają na spacery swoje garażowe skarby. O spotkanie Taycana ze “spacerującym” 911 z 1974 r. nie trudno.
Marcin Bołtryk

Cały przejazd ma w sumie 50 km i łączy miejscowość Prad w regionie Trydent-Górna Adyga z Bormio w Lombardii. Najtrudniejszy fragment ma 25 km i to właśnie na nim znajduje się aż 48 zabójczych zakrętów. Nie bez powodu trasa uważana jest za jedną z najtrudniejszych. Może właśnie dlatego dziennikarze brytyjskiego programu motoryzacyjnego „Top Gear” uznali Stelvio za najlepszą na świecie drogę samochodową. Włosi zwykli o niej mawiać: Królowa Alp. Z ciekawostek: W Parku Narodowym Stelvio znajduje się najwyżej położona w Europie filia banku (Banca di Sondrio).

Spod Tibetu do hotelu w Meran mieliśmy około 100 km. Droga kręta – więc powoli, no i z górki – więc auto samo się „zatankowało”. Pod hotelem (200 EUR) zapewniało, że ma energii na co najmniej 170 km. My spać, auta do „wodopoju” (w cenie).

100 zł za paliwo

Ostatni dzień elektrycznej alpejskiej wyprawy to w zasadzie droga na lotnisko (300 km). Auta, a w zasadzie ich komputery, po całonocnym ładowania deklarują, że dowiozą nas bez konieczności doładowania po drodze. Na lotnisko, ale przez przełęcz. Ostatnią. Tym razem to Timmelsjoch, zwana też Passo del Rombo, znajduje się na wysokości 2474 m n.p.m. i stanowi połączenie między dolinami Passeier we Włoszech i Ötztal w Austrii. Przez przełęcz prowadzi płatna (14 EUR w jedną stronę) wysokogórska droga alpejska. Najwyższy punkt drogi leży na wysokości 2509 m n.p.m., a cała droga pełna jest zakrętów i widoków zapierających dech. To co ją odróżnia od pozostałych przełęczy, to fakt, iż jest świetnie utrzymana. Po stronie włoskiej droga biegnie trawersem po surowych skałach i wpada kolejno do trzech niezbyt długich, ale ciemnych i surowych tuneli. Za ostatnim zaczynają się szerokie, ale ciasne serpentyny, z których roztacza się malownicza panorama. Momentami widok urwiska tuż za krawędzią jezdni może powodować mocne bicie serca. Po stronie austriackiej to prawdziwa wysokogórska autostrada. Jest szeroko i przestrzennie, mimo że ponad chmurami.

Na dole krótki postój na ładowanie (a w zasadzie na obiad, ładowanie przy okazji) i dalej w stronę Niemiec. Niemiecka autostrada. Kilkadziesiąt kilometrów z prędkością powyżej 200 km/h i cel – lotnisko w Monachium (lot do warszawy via Amsterdam ok. 800 zł). Cała trasa liczyła 960 km. Średnie zużycie prądu wyniosło: w Audi GT z napędem na obie osie 21,4 kWh na 100 km, w Taycanie z napędem na tył o 2 kWh mniej. Da się?

Przyszłościowy pean

Oczywiście, że się da. W regionie, w którym podróżowałem, nawet bez specjalnego planowania (wystarczy pamiętać, żeby wybierać hotele z ładowarkami). W Polsce – przynajmniej na razie – pewnie byłbym bardziej zestresowany. W Europie dostępnych jest obecnie 250 tys. ładowarek. Co więcej, 75 proc. wszystkich punktów ładowania jest w czterech krajach. To się zmienia. Pakiet Fit for 55 oprócz drastycznego ograniczenia emisji zakłada także rozwój infrastruktury w całej Unii Europejskiej. Do 2025 r. sieć ładowarek ma liczyć ponad 1 mln, a do 2030 – 1,6 mln. To dobrze. Bo choć z nostalgią oglądałem się za Tryumfami i 911 na alpejskich serpentynach, to opuszczony hotel obok cofającego się lodowca dał mi do myślenia. A jeśli przesiadką do elektryką możemy te zmiany choćby spowolnić, warto ową przesiadkę przemyśleć.

Na koniec podsumowanie trasy: 960 km, cztery kraje, 2000 m przewyższeń i niemiecka autostrada. Ładowane (łącznie) trwało nieco ponad godzinę (nie liczę ładowania w hotelach) i około 100 zł (jak wcześniej).

Na chwilę musimy wrócić do cen. Fakt, że podróż kosztowała mnie tylko 100 zł to splot kilku okoliczności. Pierwszą jest ta, że fakt posiadania przeze mnie abonamentu (w moim przypadku Audi e-tron Charging Service). Warto dodać, że podobne programy markowe występują u niemal każdego producenta aut elektrycznych.

W przypadku Audi przez pierwszy rok abonament nie kosztuje (dostaje go każdy właściciel dowolnego e-trona) - potem około 74 zł miesięcznie. Przynależność do tego programu daje dostęp do sieci 250 tys. ładowarek w Europie i preferencyjne ceny. O szwajcarskich pisałem wyżej. W Niemczech “klubowicz” zapłaci (ładowarki IONITY o mocy od 150 kW) 0,79 EUR za 1 kWh w mieście i 0,31 za 1 kWh przy trasie. W Austrii ceny to odpowiednio: 0,79 i 0,47 EUR, a np. w Czechach 21 i 8,2 CZK. Ceny oraz sposób jej naliczania różnią się tak w zależności od kraju jak i operatora ładowarek. Oczywiście ładować mogą się również niezrzeszeni, ale wówczas trzeba się zarejestrować (i dostać kartę lub pobrać aplikację), a cena za kWh lub minutę ładowana jest kilkukrotnie wyższa. Dlatego jeden kierowca przejedzie opisaną trasę za mniej więcej 100 zł - czyli taniej niż autem spalinowym, inny za kilka razy więcej - czyli drożej niż korzystając z tradycyjnego napędu. Wszystko zależy od tego czym jedziesz, gdzie śpisz i do jakiego “klubu” należysz.

A trasę pięciu przełęczy polecam każdemu, każdym samochodem i tylko nie o każdej porze roku. Część szlaków jest zimą zamknięta.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane