Gwarna, ciasna uliczka na starym mieście Hawany. Pod jedną z odrapanych kamienic stoi nowiutki błękitny hyundai, z którego pootwieranych okien roznosi się głośna, nowoczesna muzyka. O maskę samochodu opiera się mężczyzna. Z uśmiechem wybija rytm i żywo dyskutuje z kolegami. W bramie stoi grupka kobiet, a wokół auta ganiają się dzieci. Cała kamienica świętuje nowy nabytek sąsiada — samochód! I to jaki: nowy!

Ta scena powinna zmobilizować każdego, kto chciałby zobaczyć prawdziwą Kubę, tę znaną z filmu „Buena Vista Social Club”, by jak najszybciej kupował bilety na samolot. Pod wodzą Raula i z Fidelem zamkniętym w szpitalu, kraj zmienia się w szalonym tempie. Za kilka lat ta enklawa socjalizmu i starych amerykańskich samochodów, w której czas zatrzymał się pół wieku temu, może się niczym nie różnić od podobnych wysp.
Robić na swoim
Odkąd cztery lata temu Raul Castro objął władzę na Kubie, do komunistycznej republiki wpuszczany jest coraz szerszy strumień kapitalizmu. Najważniejsza zmiana dotyczy podejścia rządu do prywatnej działalności obywateli. Nie podoba ci się praca na państwowej posadzie? Idź na swoje — ogłosił Raul i uwolnił, a przynajmniej zliberalizował 181 zawodów w usługach.
Nagle po Hawanie i turystycznych miejscowościach zaczęły jeździć nie tylko państwowe, ale też prywatne, tańsze taksówki. Kubańczyk może już otworzyć salon fryzjerski czy wynająć swoje mieszkanie turystom. Początkujący przedsiębiorca ma nawet szansę na kredyt z państwowego banku na rozkręcenie biznesu. Póki płaci podatki, rząd jest zadowolony. Zgniłym kapitalistą i tak nie zostanie, bo choć w teorii może rozwijać swój biznes i zatrudniać ludzi, w praktyce i tak — dzięki domiarowi podatkowemu (skojarzenia z PRL nieprzypadkowe) — nigdy mu się to nie opłaci.
— Jak idzie biznes? Aj tam, z tymi cenami benzyny… Ale ważne, że na swoim. Wreszcie chce się pracować — przekonuje Yoan, taksówkarz z Hawany. To nie wszystko. Prawdziwą rewolucją gospodarczą jest też wprowadzona pół roku temu reforma majątkowa. Z grubsza polega na tym, że Kubańczyk wreszcie może mieć, a nie tylko używać.
Ta scena powinna zmobilizować każdego, kto chciałby zobaczyć prawdziwą Kubę, tę znaną z filmu „Buena Vista Social Club”, by jak najszybciej kupował bilety na samolot. Pod wodzą Raula i z Fidelem zamkniętym w szpitalu, kraj zmienia się w szalonym tempie. Za kilka lat ta enklawa socjalizmu i starych amerykańskich samochodów, w której czas zatrzymał się pół wieku temu, może się niczym nie różnić od podobnych wysp.
Robić na swoim
Odkąd cztery lata temu Raul Castro objął władzę na Kubie, do komunistycznej republiki wpuszczany jest coraz szerszy strumień kapitalizmu. Najważniejsza zmiana dotyczy podejścia rządu do prywatnej działalności obywateli. Nie podoba ci się praca na państwowej posadzie? Idź na swoje — ogłosił Raul i uwolnił, a przynajmniej zliberalizował 181 zawodów w usługach.
Nagle po Hawanie i turystycznych miejscowościach zaczęły jeździć nie tylko państwowe, ale też prywatne, tańsze taksówki. Kubańczyk może już otworzyć salon fryzjerski czy wynająć swoje mieszkanie turystom. Początkujący przedsiębiorca ma nawet szansę na kredyt z państwowego banku na rozkręcenie biznesu. Póki płaci podatki, rząd jest zadowolony. Zgniłym kapitalistą i tak nie zostanie, bo choć w teorii może rozwijać swój biznes i zatrudniać ludzi, w praktyce i tak — dzięki domiarowi podatkowemu (skojarzenia z PRL nieprzypadkowe) — nigdy mu się to nie opłaci.
— Jak idzie biznes? Aj tam, z tymi cenami benzyny… Ale ważne, że na swoim. Wreszcie chce się pracować — przekonuje Yoan, taksówkarz z Hawany. To nie wszystko. Prawdziwą rewolucją gospodarczą jest też wprowadzona pół roku temu reforma majątkowa. Z grubsza polega na tym, że Kubańczyk wreszcie może mieć, a nie tylko używać.
