Noc 6/7 stycznia zdalnie spędziłem w Kongresie USA, gdzie w napięciu zatwierdzano – po usunięciu stamtąd watahy Donalda Trumpa – wybranie przez kolegium elektorskie Josepha Bidena na prezydenta. 18 maja zaś sfinalizowało się, po wielodniowym starciu proceduralnym, głosowanie podzielonej fińskiej Eduskunty nad ratyfikacją unijnego systemu zasobów własnych. 200-osobowy jednoizbowy parlament musiał przyjąć ustawę większością 2/3 głosów, co do ostatniej chwili było bardzo wątpliwe. Dlatego gdy na tablicy wyświetlony został wynik 134:57, przy 2 posłach wstrzymujących się i 6 niegłosujących (1 mandat jest nieobsadzony), to wszystkim zainteresowanym spójnością Unii Europejskiej ciężki kamień spadł z serca. Przy rondzie Roberta Schumana w Brukseli mogły strzelać korki od szampanów, albowiem Komisja Europejska nie miała i nie ma żadnego planu B na wypadek odrzucenia systemu zasobów własnych przez którekolwiek z 27 państw. W praktyce jedynym wyjściem byłoby naciskanie na powtarzanie przez opornych głosowań aż do skutku. Po triumfie centrolewicowego rządu Finlandii ratyfikacja ma już w całej UE z górki, brakujące decyzje piątki państw – w tym dokończenie procesu w Polsce – to kwestia wyłącznie kalendarzowa, a nie polityczno-merytoryczna.

Przyczyną ogromnego unijnego problemu była interpretacja fińskiej konstytucji. Specjalna komisja Eduskunty ustaliła, że ze względu na „znaczące przesunięcie uprawnień państwa na szczebel UE” konieczna jest dla tej ustawy konstytucyjna większość kwalifikowana. Prawdziwi Finowie (PerusSuomalaiset), czyli partyjny odpowiednik naszej Konfederacji oraz Solidarnej Polski, walczyli do ostatniej chwili, ale poza własnymi 38 mandatami zgromadzili jeszcze tylko 19 przeciwników ratyfikacji. Rozstrzygnęła postawa opozycyjnej konserwatywno-liberalnej Koalicji Narodowej (Kansallinen Kokoomus), która swoim 38 posłom dała wolną rękę i większość z nich zgodnie z sumieniem poparła ratyfikację. Dla takiej odpowiedzialnej postawy istotne znaczenie miała okoliczność, że owa partia powstała w roku… 1918, tuż po odzyskaniu przez Finlandię niepodległości.
Wypada przypomnieć, że Konstytucja RP posiada zapis bardzo podobny do fińskiej. Na podstawie umowy międzynarodowej Polska może przekazywać na zewnątrz państwowe kompetencje „w niektórych sprawach”, pod warunkiem uzyskania przez ustawę ratyfikacyjną w Sejmie i Senacie co najmniej 2/3 głosów. Kategoria „niektóre” pozostaje ulotna, interpretacja zależy wyłącznie od partyjnego punktu siedzenia. Marszałek Elżbieta Witek na podstawie widzimisię (nigdy nie opublikowała ekspertyz, którymi ponoć dysponowała) nawet nie dopuściła do debaty nad progiem wymaganym dla przystąpienia Polski do zasobów własnych UE. Sejm uchwalił ratyfikację stosunkiem 290:33, przy 133 posłach wstrzymujących się oraz 4 niegłosujących – a zatem 2/3 głosów (w tym przypadku byłoby ich 304) nie zostałoby osiągnięte. I właśnie dlatego tak szczęśliwy dla całej UE wynik trudnej ratyfikacji z Finlandii zasługuje na określenie „uczciwy”.