Gdy tanieją akcje, gospodarka zwalnia

Marcin Dybek
opublikowano: 2007-08-22 00:00

Analitycy twierdzą zgodnym chórem, że to, co się w tej chwili dzieje na giełdzie, to nie bessa, tylko korekta w hossie. Argumentują, że gospodarka ma się dobrze, spółki prezentują dobre wyniki finansowe, więc nie ma powodu do niepokoju. Czy na pewno? Warto zwrócić uwagę na pewien mechanizm ekonomiczny występujący na rynkach kapitałowych. Ważny, bo determinujący sposób oceny spółek z rynku pierwotnego podczas bessy. Jeżeli nawet analitycy mają rację i obecnie mamy do czynienia jedynie z korektą hossy, to bessa i tak wcześniej czy później nastąpi. Takie są bowiem reguły gry w inwestowanie na giełdzie. Warto zatem wiedzieć, co wówczas będzie istotne w gąszczu informacji.

Teoria ekonomii wykładana na studiach mówi, że giełda odzwierciedla stan gospodarki, reaguje na to, co się w niej dzieje. Reaguje z wyprzedzeniem mniej więcej o pół roku. Tak, jakby inwestorzy mieli zdolność jasnowidzenia i sprzedawali akcje, przewidując spadek koniunktury. Nikomu do głowy nie przychodzi, że może wcale tak nie jest. Może to nie giełda reaguje na zmiany w gospodarce, ale gospodarka reaguje na zmiany na giełdzie?

Człowiekiem, który na to wpadł był George Soros, inwestor wielkiego formatu. Napisał świetną książkę, „Alchemia finansów” (polecam, jest również po polsku). Soros przedstawia siebie jako ignoranta wobec uniwersyteckiej ekonomii. Drwi z jej modeli, twierdząc, że nawet nie bardzo je zna. Skoro jednak odniósł sukces jako inwestor, to znaczy, że te modele i tak nie zawierają praktycznej wiedzy. Uważam, że to tylko poza. Czytając „Alchemię finansów”, widać wyraźnie, że Soros ma bardzo dobrą, wręcz ekspercką znajomość modeli ekonomicznych. Na tyle dobrą, że potrafi odnieść się do nich krytycznie, a tylko ekspert ma takie możliwości.

Soros wyjaśnia wpływ giełdy na stan gospodarki poprzez koszt kapitału. Jeżeli na giełdzie jest hossa, to akcje są drogie i spółki emitując nowe akcje (zwłaszcza bez prawa poboru), mają duży dostęp do taniego kapitału. To tak, jakby dostały bardzo tani kredyt, którego nie muszą zwracać. To powoduje, że ich rozwój nabiera tempa dzięki solidnemu zastrzykowi gotówki. Jak ceny akcji zaczynają spadać, to koszt kapitału akcyjnego rośnie. Chcąc ściągnąć potrzebną porcję kapitału, trzeba emitować coraz więcej akcji, a dotychczasowi akcjonariusze tracą w ten sposób kontrolę nad spółką. Wysoki koszt kapitału powoduje zatem, że gospodarka zwalnia. Czyli to nie recesja w gospodarce powoduje bessę na giełdzie, ale bessa powoduje recesję. Tak jest w USA, tak może być i u nas w odniesieniu do spółek giełdowych.

Teraz coraz większe znaczenie będzie miało studiowanie celów emisji. Z projektami inwestycyjnymi jest tak, że jeżeli coś wymaga na początku włożenia 20 mln zł, to nie znaczy, że za 10 mln można go zrealizować połowicznie. Wszystko albo nic. Jeżeli nie zbierze się wymaganej kwoty, to najczęściej projekt w ogóle będzie nie do zrealizowania. Jeżeli zatem spółka ogłosi, że zamierza wyemitować daną liczbę akcji po danej cenie maksymalnej, to należy uważnie czytać w prospekcie emisyjnym, jak to się ma do realizacji celów emisyjnych. Jeśli okaże się, że warunki rynkowe zmuszą spółkę do obniżenia ceny, to warto sprawdzać, czy przy niższej będzie możliwa realizacja celów emisji. Gdyby okazało się, że nie, to spółka będzie musiała zdobyć kapitał innymi kanałami, np. pożyczając pieniądze w banku i ponosząc dodatkowe koszty obsługi długu. W tej sytuacji, paradoksalnie, może się okazać, że kupowanie akcji po niższej cenie przestaje się opłacać.

Marcin

Dybek

www.rsg.pl