Na początku roku, podczas którejś z konferencji prasowych, zapytałem premiera Marka Belkę, czy jest psychicznie przygotowany do skonstruowania projektu budżetu na rok 2006. Dla profesora taka perspektywa była wówczas akademicką abstrakcją — wszak SLD dałby się pokrajać za skrócenie kadencji — więc machnął ręką i odpowiedział: „A, to niech się Gronicki martwi...”
Po wczorajszym posiedzeniu rządu nie wyglądało na to, że minister finansów martwi się samotnie — premier zadeklarował pełną odpowiedzialność za budżet. Dobrze zapamiętał kilkuletnie ciąganie przed trybunały jego samego oraz Włodzimierza Cimoszewicza (czyli ministra finansów i premiera) za błąd z jesieni 1997 r. Obaj panowie wpadli wówczas na pomysł, aby gotowego budżetu nie wnosić do laski marszałkowskiej, lecz zaczekać na powołanie premiera Jerzego Buzka i projekt przekazać bezpośrednio jemu...
Tym razem profesor Belka wszystkiego dopilnuje i w piątek 30 września koło południa kompletny projekt ustawy budżetowej na rok 2006 przekaże za pokwitowaniem... Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Marszałek nada mu numer druku sejmowego powyżej 4400 (kadencja wciąż trwa) i nie zarządzi już jego powielania. Wiadomo przecież, że nowy rząd wniesie może w listopadzie, a może w grudniu własny projekt, formalnie nazywający się autopoprawką.
Tytuł komentarza nie odnosi się do „cyklu produkcji żywca”, lecz jest definicją — współautorstwa Belki i Gronickiego — przyjętego na przyszły rok deficytu budżetowego. 32,575 mld zł to mniej niż 35 mld zł wpisane do ustawy tegorocznej, ale więcej niż jej wykonanie, szacowane obecnie na 31 mld zł. Rozmiary deficytu budżetu państwa wydają się najtrwalszą pozycją projektu. Jakie są rzeczywiste rozmiary deficytu sektora finansów publicznych, ile znowu zostało kreatywną księgowością podmiecione pod dywan — to temat na odrębne rozważania.