Sukcesy brytyjskich i amerykańskich programów pomocowych sugerowały, że każdego bankruta można odratować. Tymczasem pomimo pierwszych pozytywnych sygnałów grecki pacjent nie reaguje na kuracje. Czy szykuje się bankructwo pierwszego kraju strefy euro?
Niemcy od początku kryzysu były niechętne interwencjom rządowym. Dlaczego Niemcy miałyby płacić za cudze problemy, skoro rząd był ostrożny, jeśli chodzi o pompowanie pieniędzy we własną gospodarkę? Odpowiedzi należy szukać w zaangażowaniu niemieckich banków w obligacje, nie tylko greckie, ale także hiszpańskie czy włoskie. Gdyby nie to, Grecja już prawdopodobnie byłaby bankrutem lub korzystała z pomocy MFW. Nawet jednak pomimo tej "zachęty" udzielanie pomocy Grecji idzie tak niemrawo, iż rynek przestał wierzyć w jej skuteczność.
Najlepszą pomocą byłaby taka, z której Grecy w ogóle nie musieliby korzystać. Udzielając pomocy, była szansa na zachęcenie inwestorów do kupna nowych obligacji i tym samym obniżenia ich rentowności. Jednak niechęć niemieckiego rządu do wyasygnowania pieniędzy sprawiła, że rynek przestał wierzyć w powodzenie tego mechanizmu. Obrazuje to reakcja na szczegóły pakietu ogłoszone w pierwszych dniach kwietnia. Początkowo rentowność greckiego długu obniżyła się, a euro umocniło, jednak już pod koniec minionego tygodnia różnica pomiędzy rentownością obligacji greckich a niemieckich wzrosła do nowego maksimum. Kraje strefy pozbyły się amunicji, a problem pozostał.
Co dalej? Wydaje się, że inwestorzy nie powrócą
na rynek greckiego długu tak długo, póki nie zobaczą realnej poprawy w finansach publicznych. Do sukcesu Grekom potrzebna będzie determinacja rządu w połączeniu z ożywieniem w strefie euro. Bliższym testem będzie maj, kiedy grecki rząd musi uzyskać kilkanaście miliardów euro. Jeśli nie uda mu się ściągnąć pokaźnej części tej kwoty z rynku i będzie zmuszony korzystać z pomocy zewnętrznej, inwestorom mogą ostatecznie puścić nerwy.