Przez ostatnie 12 miesięcy WIG, wyrażony w złotych, niemal nie zmienił wartości. Jeżeli jednak jego wykres przedstawi się w dolarze, głównej walucie globalnych inwestorów, to okaże się, że na parkiecie przy Książęcej ostatnio znacznie łatwiej było stracić pieniądze niż je zarobić. Ktoś, kto kupiłby rok temu dolary, zarobiłby ponad 13 proc., o 16 punktów procentowych więcej niż wyniosła stopa zwrotu z indeksu WIG. Dlatego postanowiliśmy rzucić okiem na obraz koniunktury w Warszawie z szerszej, dolarowej perspektywy. Wnioski są obiecujące.
Obecna przecena, która przy wyrażeniu WIGu w dolarze trwa już dwa lata, doprowadziła do spadku indeksu do dolnego ograniczenia długoterminowego kanału. Z tego pułapu powinna w średnim terminie rozpocząć się hossa, która wyniesie indeks tuż pod szczyt z 2007 r. (w ujęciu dolarowym brakuje do niego aż 84,5-procentowej zwyżki, w porównaniu z zaledwie 31,8-procentowym dystansem w ujęciu złotowym). Jeżeli założyć, że rynek byka, na którym korzystałyby zarówno indeksy giełdowe, jak i złoty, potrwałby np. dwa lata, to do szczytu jesienią 2017 r. wyrażony w dolarze WIG mógłby zyskać nawet 84 proc.
Trzeba pamiętać jednak, że na taki potencjał zwyżek mogliby liczyć jedynie inwestorzy kupujący polskie akcje za dolary (zagraniczny lub polski posługujący się dolarową dźwignią). Pozostali zarobiliby o tyle mniej, o ile złoty umocniłby się wobec amerykańskiej waluty. To mimo wszystko nadal obiecująca perspektywa. Jest jednak pewno „ale”.
W historii warszawskiej giełdy zdarzył się kilkuletni okres dekoniunktury, w czasie którego wyrażony w dolarze WIG konsolidował się poniżej dolnego ograniczenia formacji. W długiej perspektywie również wtedy opłacało się kupować akcje przy zejściu indeksu do wsparcia, jednak na sowite zyski trzeba było poczekać nawet kilka lat. Kupując akcje trzeba pamiętać o ryzyku takiego obrotu spraw.
Formacja długoterminowego kanału, widocznego na wykresie notowań indeksu WIG, wyrażonego w USD. Źródło: pb.pl, Bloomberg.
