Jeśli czempiony, to bez państwa

Agnieszka Berger
opublikowano: 2010-09-08 00:00

Politycy chcą budować kolosy, bo nie ufają zagranicznym inwestorom. A ekonomiści nie ufają… politykom.

Ważne branże potrzebują konsolidacji, jednak rząd nie powinien się do tego mieszać

Politycy chcą budować kolosy, bo nie ufają zagranicznym inwestorom. A ekonomiści nie ufają… politykom.

Minister skarbu przekonuje, że państwo może być dobrym właścicielem narodowych czempionów, ale ekonomiści pozostają sceptyczni.

— Czempiony są nam potrzebne, bo wiele branż — na pewno chemia i nafta, a być może również energetyka — potrzebuje konsolidacji. Ale konsolidacja i państwowa kontrola to dwie różne sprawy — podkreśla Robert Gwiazdowski, szef Centrum im. Adama Smitha (CAS).

Jego zdaniem, kandydatom na czempionów państwo nie powinno ani pomagać, ani przeszkadzać w przejmowaniu innych spółek.

Konsolidacja apolityczna

— Decyzje należy zostawić zarządom. Orlenowi przez lata politycznie uniemożliwiano przejęcie Lotosu. Odwrotnie jest z PKO BP i BZ WBK. Jeśli prezes Jagiełło twierdzi, że dostrzega synergię i ta akwizycja mu się opłaca, wszystko jest w porządku. Ale jeżeli w sprawie tego przejęcia jako pierwszy wypowiada się nie on, lecz Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Kluza pielgrzymuje do Irlandii, żeby przekonywać, że tylko PKO BP jest dobrym akcjonariuszem, a KNF zapowiada, że wszystkich chętnych dokładnie prześwietli, są to rekieterskie działania organów państwa. Nawet jeśli dla PKO BP to dobry interes, rozegrano to fatalnie — komentuje Robert Gwiazdowski.

Jako pozytywny przykład wymienia planowaną transakcję w polskich azotach.

— Kędzierzyn zrobił emisję, a Tarnów wynajął doradcę, który ma dokładnie zbadać i podpisać się własną krwią pod opinią, czy opłaca się ją objąć. Tak to powinno wyglądać — dodaje szef CAS.

Jednak zgoda na budowanie czempionów nie powinna oznaczać zaniechania prywatyzacji.

— Premier Bielecki przedstawił projekt pełnego uniezależnienia zarządów państwowych spółek. Jeśli mają być niezależne, to po co im państwowy właściciel? — pyta Robert Gwiazdowski.

— Gdybym ja był właścicielem, sprzedawałbym te spółki temu, kto da więcej — mówi ekonomista.

Polska na peryferiach

Problem w tym, że w przypadku strategicznych sektorów gospodarki w prywatyzacyjne szranki stają niemal wyłącznie zagraniczne koncerny (często państwowe), którym rząd Donalda Tuska nie do końca ufa. Tyle że — w odróżnieniu od poprzedników z PiS — raczej głośno o tym nie mówi. Jednak po cichu politycy obawiają się, że zagraniczne koncerny zamienią największe polskie spółki w lokalne oddziały, a decyzje o inwestycjach będą podejmować z perspektywy odległych stolic, co spowoduje, że potrzebne Polsce inwestycje, np. w energetyce, mogą nie doczekać się realizacji. Dla osadzonych w kraju narodowych czempionów krajowy rynek będzie stanowił fundament działalności i właśnie tu będą realizować kluczowe przedsięwzięcia. Zachowanie kontroli nad jedną silną spółką w każdej strategicznej branży pozwoli już bez obaw oddać pozostałe, jak Enea czy Lotos. Tak rozumuje rząd. A ekonomiści zwracają uwagę na efektywność.

— Problem budowania narodowych czempionów i zachowania państwowej kontroli nad kluczowymi firmami nie jest nowy i warto byłoby w końcu przeprowadzić w tej sprawie narodową debatę albo referendum. Jest wiele argumentów za i przeciw tej idei, a także wiele niedobrych przykładów jak Orlen, w którym państwo ma zaledwie 20 proc. udziałów, a skład rady nadzorczej i zarządu przynajmniej do niedawna był ustalany w gabinecie premiera komentuje Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR).

Jego zdaniem, brak prywatyzacji oznacza zgodę na mniejszą efektywność najpotężniejszych firm. Ekonomista nie obawia się też raczej negatywnych skutków sprzedaży polskich spółek zagranicznym inwestorom.

Prywatyzacja pomogła

— Dzięki prywatyzacji sektora bankowego mamy teraz najnowocześniejszy w Europie system bankowości elektronicznej. Obecność na krajowym rynku wielu międzynarodowych instytucji finansowych, które nie mają wspólnych interesów, wymusza konkurencję, która skłoniła do poprawy efektywności nawet tak skostniałą strukturę jak PKO BP, z którego usług jestem teraz bardzo zadowolony — mówi Bohdan Wyżnikiewicz.

Ekspert przyznaje, że na konkurencyjność sektora bankowego pozytywnie wpływa jego rozdrobnienie. Uzyskanie takiej struktury rynku w niektórych branżach może być trudne.

— Być może w energetyce czy sektorze naftowym jest inaczej. To trudny problem. Może da się uzasadnić istnienie takich narodowych czempionów jak Orlen czy PKO BP. Wolałbym jednak, żeby ich nie było — dodaje wiceszef IBnGR.

Aleksander Grad, minister skarbu, uważa, że państwo nie powinno pozbywać się kluczowych spółek.

"Puls Biznesu": Rząd zdaje się ostatnio sprzyjać idei budowania narodowych czempionów. Minister skarbu otwarcie popiera takie transakcje, jak przejęcie Energi przez PGE czy BZ WBK przez PKO BP. Czy nie kłóci się to z regułami wolnego rynku?

Aleksander Grad: Polska powinna mieć ambicję budowania narodowych czempionów, ale nie na zasadach nakazowo-rozdzielczych, lecz rynkowych. Od firm, które mogą pretendować do tego miana — jak np. PGE, Orlen czy PGNiG — oczekuję, żeby budowały swoją siłę poprzez akwizycje, jeśli jest to uzasadnione ich biznesem. Niedopuszczalna jest jednak ślepa ortodoksja, która zakazywałaby im to robić.

Ale po co nam takie narodowe kolosy, które dominują na rynku? Czy nie lepiej postawić na większą konkurencję?

Budowanie czempionów leży w gospodarczym interesie Polski. Świetnym przykładem jest PGE. Jeśli rząd chce zrealizować program jądrowy i powierza to zadanie PGE, to ta grupa musi mieć narzędzia do jego realizacji. Potrzebuje dostępu do rynku, na który trafi energia z przyszłych elektrowni atomowych. Zakup Energi musi być uzasadniony biznesem PGE, a jednocześnie interesem polskiej gospodarki. Gdyby nie było PGE, jak mielibyśmy zrealizować tak ważny krajowy projekt? Ci, którzy doktrynersko sprzeciwiają się kupowaniu jednych państwowych spółek przez inne, powinni się nad tym zastanowić.

Państwo nie jest dobrym właścicielem…

Nie chcę, żeby skarb państwa był postrzegany jako ułomny właściciel. Obecnie często jeszcze tak jest. Ale mamy coraz lepszych menedżerów, coraz lepszy ład korporacyjny. A ułomność państwa w roli właścicielskiej wynika przede wszystkim z faktu, że spółek pod państwowym nadzorem jest po prostu za dużo. Docelowo powinno być ich kilkanaście, może dwadzieścia — z większościowym udziałem państwa lub mniejszym, ale zapewniającym władztwo korporacyjne.

Można w ciemno obstawiać, które spółki znajdą się w tym gronie. Są murowani kandydaci, np. Orlen czy PGE, ale diabeł tkwi w szczegółach. Co z takimi firmami jak PZU, KGHM czy Tauron?

Na razie nie chcę budować zamkniętej listy. Znajdzie się ona w swoim czasie w rozporządzeniu do nowej ustawy o nadzorze właścicielskim. Obecność w tym gronie niektórych spółek faktycznie jest oczywista. Oprócz Orlenu i PGE trafią tam z pewnością spółki infrastrukturalne — takie jak PSE Operator, PERN i Gaz-System. Na liście będzie też na pewno PKO BP czy PZU jako silne instytucje finansowe, które mają wpływ na naszą gospodarkę i finanse. Nie ma natomiast powodu, żeby znalazła się tam Grupa Lotos albo Enea. W przyszłości warto byłoby również przedyskutować rolę takich spółek, jak KGHM, Tauron czy PKP.