Jeszcze słychać gwar podróżnych

Agnieszka Zielińska
opublikowano: 2007-12-17 00:00

Stacje PKP, zlewnia mleka, kuźnia. Ukryte piękno zrujnowanych wnętrz inspiruje. Śmiałkowie chcą w nich mieszkać. Remont? Owszem, ale taki, co odmieni ci życie.

W gmachu dawnego dworca kolejowego w Wolimierzu u podnóża Gór Izerskich mieszka Wiktor Wiktorczyk, założyciel teatru Klinika Lalek. Gościnne stacyjne wnętrza pomieściły i teatr.

— Gdy przyjechaliśmy tu na początku lat 90., stację przeznaczono już do rozbiórki. Dzięki naszej interwencji ocalała — wspomina Wiktor Wiktorczyk.

Dziś pociągi się tu nie zatrzymują, ale przed wojną odjeżdżały kilkadziesiąt razy na dobę — m.in. do Wiednia i Pragi. Po wojnie zabytkowy budynek stopniowo popadał w ruinę. Rozbito ozdobne kafle w poczekalni, znikły schody, podkłady kolejowe, a nawet tory.

Królestwo sztuki

Odrestaurowaną stację Wolimierz wypełniają ekspresyjne maski i kilkumetrowe lalki olbrzymy. Dawna poczekalnia mieści galerię sztuki, a magazyn — widownię.

Pomieściły się tu także biura teatru i Fundacji na rzecz Wspierania Kultur Alternatywnych. Co roku organizuje ona w Wolimierzu warsztaty i letnie festiwale, przyciągające artystów z całego świata. Niezwykłe widowisko rozgrywa się w plenerze, zgodnie z przesłaniem teatru, rozumiejącego sztukę jako — jednocześnie — malarstwo, aktorstwo, muzykę i gest.

Niepowtarzalną atmosferę Wolimierza upodobało sobie wielu artystów — we wsi mieszkają m.in. plastycy, producenci bębnów i patchworków. Były dworzec nazywają Instytutem Przemiany Czasu w Przestrzeń, a miejscowość — Międzyplanetarnym Królestwem Sztuki.

Pod adresem Wolimierz 58 — w starym przedwojennym zajeździe i kuźni — urządziła swój dom Wiesława Dowchań. Prowadzi firmę warsztART, szyje patchworki i ubrania do galerii w Polsce i za granicą, pisze scenariusze filmowe, projektuje lampy i meble: kute łóżka, świeczniki, szkło artystyczne.

Artystka przyjechała tu w połowie lat 90. A właściwie wróciła, bo to jej rodzinne strony.

— Zobaczyłam stary zajazd i… zdecydowałam się zostać. Dziś to moje miejsce do życia i pracy. Zrujnowany budynek wymagał remontu, ale warto było. Tęsknię za miastem? Nie, nigdzie nie miałabym tak wspaniałego widoku za oknem — przekonuje.

W okolicy Wolimierza znajduje się również duże skupisko tzw. domów przysłupowych lub inaczej — domów łużyckich. Łączą dwa rodzaje ludowego budownictwa: słowiański styl belek i — pochodzący z Frankonii — mur pruski. Z reguły były domami rzemieślników — składały się z części mieszkalnej i warsztatu, np. tkackiego. Jeden z najpiękniej zaadaptowanych domów przysłupowych pozostaje własnością Holendra. Zauroczony miejscowością, kupił go kilka lat temu, wyremontował i założył pensjonat.

Niemy świadek historii

Najpiękniejszy — zdaniem Emila Mendyka, znawcy okolicy — dom przysłupowy nie stoi jednak w Wolimierzu, lecz w Zgorzelcu.

Oto dom kołodzieja z 1822 roku, przeniesiony z wioski Wigancice i odrestaurowany przez Elżbietę Lech-Gotthardt. Miał wyjątkowe szczęście do mieszkańców. Nikt niczego nie zmieniał i nie przerabiał — przetrwał w pierwotnej niemal postaci.

— Latem 1996 roku przyjechałam do Wigancic w poszukiwaniu starej stolarki drzwiowej i okiennej do mojej restauracji w Zgorzelcu. Widok pięknej wsi zagrożonej likwidacją wywarł na mnie wrażenie. Postanowiłam, że spróbuję coś uratować — i tak narodził się pomysł przeniesienia domu — wspomina Elżbieta Lech-Gotthardt.

Gdy w 2000 roku rozeszła się wieść o planach przenosin, odnaleźli ją dawni jego mieszkańcy.

— Ucieszyli się, że dom będzie odrestaurowany i obiecali pomoc przy aranżacji. Zadeklarowali ją, bo wiedzą, że są częścią jego historii — dodaje obecna właścicielka domu kołodzieja.

Zabytek przeniesiono dwa lata temu. Demontaż trwał trzy dni, czyszczenie i konserwacja — czternaście, montaż — dziewięć.

— Całą konstrukcję zinwentaryzowano i ponumerowano. Na 520 oznaczonych elementów wymieniono zaledwie sześć. Stolarka okienna zachowała się w 80 proc. Udało się uratować wszystkie drzwi, zachował się też kamienny detal — opowiada Elżbieta Lech-Gotthardt.

W przyszłości pięknie odrestaurowany dom stanie się częścią Zagrody Kołodzieja, gospodarstwa rolnego zaprojektowanego według kanonu dawnej architektury łużyckiej. Pomieści restaurację i hotel. Obok stanie część gospodarcza dla zwierząt, m.in. kur, krów i świń.

— Dom będzie muzeum, bo to świadek historii regionu — dodaje właścicielka.

Życie na stacji

Do Puszczykowa pociągi docierają często — z Poznania jedzie się tu kilkanaście minut. Ale Katarzynie i Zbyszkowi Bekasiakom, mieszkańcom zabytkowego dworca, hałas przejeżdżających składów nie przeszkadza.

Na początku lat 90. wrócili do Polski z Kanady i osiedli w Poznaniu.

— W 1995 roku w gazecie przypadkowo trafiliśmy na informację, że dyrekcja Zachodniego Okręgu Kolei Państwowych ogłasza przetarg na budynek dworca z końca XIX wieku — opowiada Katarzyna Bekasiak.

Do przetargu stanęli jako jedyni — wygrali miejsce wyjątkowe, skąd do lasu jest zaledwie kilkanaście kroków (Wielkopolski Park Narodowy tuż obok), a kilkaset metrów dalej płynie Warta. Wnet okazało się, że nowy nabytek to także kłopot. Ogrom pieniędzy, które trzeba było włożyć w remont, przygniatał. Na dodatek pracownicy kolei przed oddaniem dworca wysprzątali teren. Zniknęły ławki z poczekalni, lampy dróżnicze i zabytkowa kasa.

— Obraz nędzy i rozpaczy! Budynek był w opłakanym stanie. Przez wiele lat służył jako melina pijacka i noclegownia dla bezdomnych — dodaje Katarzyna Bekasiak.

Dworzec przez rok świecił pustką. Nowi właściciele nie mieli ani czasu, ani pomysłu. Póki nie wymyślili klubu: Pub Lokomotywa. W niewielkim holu dworcowym urządzili recepcję i szatnię z okienkiem kasy biletowej. Pojawiły się karbidowe i naftowe lampy, mundury, czapki i rozkłady jazdy. Elewacja odzyskała świetność w „kolejowym” kolorze kremowym, z brązową stolarką okien i drzwi.

Podawali oryginalne dania i drinki — ludzie chcieli spędzać tu wieczory. Odbywały się koncerty, przyjęcia, wieczory literackie i sylwestry.

— Zostaliśmy restauratorami na drugim etacie — żartuje Katarzyna Bekasiak.

Wytrzymali dwa lata. Potem zamknęli pub i podjęli nieoczekiwaną decyzję, że zamieszkają w zabytkowym dworcu. Pozostawili wystrój Lokomotywy — w tym bar i okienko, spadek po restauracji Wars, a w sieni — tabliczkę: „Wstęp z ważnym biletem na przejazd”. Drzwi od strony peronu zamurowali, bo wciąż ktoś dobijał się po bilety albo szukał baru. W końcu ludzie przyzwyczaili się, że budynek na peronie to prywatny dom. Dziś Katarzyna, właścicielka m.in. hotelu Atrium w Puszczykowie, znów planuje remont — chce otworzyć restaurację.

Ale gdzie zamieszkają? Odpowiedź nie dziwi.

— Kupiliśmy zabytkową kuźnię w Rogalinie. Po modernizacji właśnie tam chcemy mieszkać — zdradza.

Kraniec świata

Kilka lat temu — raczej przypadkowym — właścicielem zlewni mleka stał się Jacek Kowalski.

— Przeczytałem w gazecie ogłoszenie syndyka Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej o przetargu na sprzedaż dawnej zlewni mleka w zapomnianej mazurskiej wiosce koło Ostródy. Cena wywoławcza — wraz z przyległym gruntem — 6 tys. zł. Postanowiłem, że do przetargu przystąpię, ot, tak, dla żartu. Zaproponowałem 4 tys. — i o wszystkim zapomniałem. Ku memu zaskoczeniu kilka miesięcy później przyszedł list, że wygrałem. W ten oto sposób stałem się właścicielem zlewni. Teraz żałuję, że nie zaproponowałem niższej ceny — śmieje się.

W spadku po dawnej spółdzielni dostał olbrzymie wanny i kadzie na mleko, stare menzurki, fartuchy, plakaty i poradniki dla komitetów dostawców mleka. Zlewnia była jednak w kiepskim stanie — kilka lat stała nieużywana, zamieniła się w melinę.

— Nie miałem na nią pomysłu. Dlatego przez parę lat nic tu nie robiłem — przyznaje.

W końcu zdecydował się na remont — na razie wnętrz — wykorzystując najtańsze materiały. Na podłodze ułożył stare deski z opakowań kolejowych, ściany pokrył nierównym tynkiem, a sufit wyłożył trzciną. Wstawił drzwi z desek i ceglany kominek. Planuje odnowienie elewacji. Będzie biała, z nierównym tynkiem, a okna pomaluje na niebiesko — jak w Grecji.

— Gdy skończę remont, będzie tu pięknie. To wyjątkowe miejsce wśród lasów, nikt obcy tu nie zagląda — prawdziwy koniec świata, ale o to przecież chodzi — rozmarza się.

Agnieszka Zielińska

Foto: Wojciech Robakowski, Tomasz Walków, ARC