Kapitan klicki

Wojciech Surmacz
28-04-2006, 00:00

Przepis na wyjście z zaścianka: supernowoczesny stadion i mocna drużyna futbolowa. Kielce rządzą!

Wyrostek kopał piłkę bez opamiętania. Grał w Błękitnych — pion gwardyjski. Z czystej przekory. Bo wszyscy kumple szli do hołubionej przez kielczan Korony. Był dobry. Swego czasu kapitan reprezentacji województwa juniorów. W wieku 17 lat ojciec zabronił jednak uprawiać futbol. Nie podobały mu się zwyczaje w polskiej piłce — to piwo z zawodnikami po meczu…

— Papa powiedział: basta! Kazał za naukę się wziąć.

Tak piłka zeszła w jego życiu na plan dalszy. A potem przyszedł maj 1990 r. Absolwent fizyki na Akademii Świętokrzyskiej odpalił siedmioletniego kadetta koloru pomarańczowego. Rozwiózł 200 egz. „Gazety Wyborczej” do 11 sklepów Społem w Kielcach. I jednoosobowa spółka Kolporter stała się faktem.

— Przez 2-3 lata ledwie się kręciło. Koszty rozruchu były stosunkowo duże. Kłopoty finansowe. Ale jakoś terminy się przeciągało, ludzie szli na rękę... Udało się przetrzymać ciężki okres — wspomina Krzysztof Klicki.

Po pięciu latach przychody Kolportera przekroczyły milion złotych. W 2001 r. sięgnęły miliarda! Dziś w skład grupy kapitałowej Klickiego wchodzi tuzin spółek — ich łączne przychody przekraczają 2,6 mld zł. A majątek kieleckiego biznesmena szacuje się na 800 mln zł. Stać go na utrzymanie Kolportera Korony Kielce. Agresywny beniaminek rodzimej ekstraklasy to jego ukochane dziecko. I jeszcze jest kapitanem reprezentacji zarządów grupy Kolporter. Gra z „dziesiątką” na plecach. Jak trzeba, to potrafi zasunąć gola z kilkunastu metrów…

Własnym sumptem

Klubowe boisko przy ul. Szczepaniaka. Pustki. Prowincja wyziera z każdego zakamarka. Ponury klimat. Od miesiąca nie ma tu I ligi. Nie ma, bo Korona gra teraz przy ul. Ściegiennego. Tu typowe Kielce odchodzą w niepamięć. Nowy stadion jak malowany: kryte trybuny, podgrzewana płyta, murawa nawadniana w układzie zamkniętym (deszczówka gromadzona w specjalnych w zbiornikach z zadaszenia wędruje z powrotem do gleby), unikatowy system monitoringu (42 kamery — zewnętrzne i wewnętrzne, mikrofony, czipowe karty kibica), supernowoczesny system oświetlenia, pojemność 15,5 tys. widzów.

Początkowo rezydenci kieleckiego magistratu chcieli zmodernizować obiekt przy Szczepaniaka. Ale nieopodal stał kompletnie zrujnowany stadion Błękitnych. Po koncercie Ich Troje murawa została tak zorana, że przestał nadawać się do sportu. Wojciech Lubawski, prezydent Kielc, mówi, że miał do wyboru: postawić tam supermarket albo stadion. Nie wahał się. Wykorzystał stary plan zagospodarowania przestrzennego, stworzony jeszcze w latach 20. — przez legionistów Józefa Piłsudskiego.

W myśl archiwaliów obszar ten powinien być przeznaczony na sport i rekreację. W międzywojniu pobudowano tu hipodrom, basen, stadion i skocznię narciarską. Lubawski chce nawiązać do tamtej koncepcji: nowoczesny stadion, za chwilę odda do użytku nową halę sportową, odremontowany stadion lekkoatletyczny. Będzie i basen olimpijski...

— Mamy trzy filary strategii rozwoju: biznes, kultura i sport. Za sportem muszą iść duże pieniądze. Ale musi być i pewien poziom tego sportu. Miasto z samej piłki może nic nie mieć. Ale w szerszym kontekście? Hotele, restauracje, parkingi — w ciągłym ruchu. Jak sprowokować ludzi, by tu przyjeżdżali? Sport to doskonały magnes — nie kryje radości prezydent miasta.

Kielecki budżet miejski to 600 mln zł rocznie. Stadion kosztował 48 mln zł (sam monitoring około 1,5 mln zł)! Inwestorem był Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji (MOSiR) — w 100 proc. należący do miasta. MOSiR jest płatnikiem VAT, więc będzie zwrot.

— Żeby skutecznie zaplanować inwestycję, trzeba mieć odwagę powiedzieć, ile ona naprawdę kosztuje. I zaprojektować ją brutto w budżecie. A potem sobie odbierać — trochę pieniędzy z Unii, trochę z Ministerstwa Sportu, no i zwroty z VAT — klaruje niuanse samorządowej księgowości prezydent Lubawski.

Efekt stadionowych rozliczeń kieleckiego urzędu? Futbolowa perełka przy Ściegiennego kosztowała miasto de facto 26 mln zł. Reszta wróci m.in. w postaci zwrotu VAT (9 mln zł), dotacji państwowej (około 6 mln zł) i dofinansowania z funduszy unijnych (1 mln euro).

— Tak naprawdę chyba pierwsi w Polsce wybudowaliśmy od początku do końca nowy stadion… Własnym sumptem — zaznacza Lubawski.

I dodaje, że futbol w Kielcach to nie tylko biznes. W tak ubogim regionie — także świetny pomysł na rozwiązanie... kwestii społecznych:

— W Kolporterze ćwiczy przeszło czterysta dzieci. Większość z patologicznych rodzin, ale żadne raczej nie pali i nie pije, bo wyleciałoby natychmiast z klubu. Dla nich Korona jest dumą, zrobią wszystko, by móc w niej trenować. Potrzebni są lokalni bohaterowie. Nie ci telewizyjni, tylko tacy jak „Kiełbasa” (czyli Piechna). Stąd. Dzieciaki chcą się do nich upodabniać — wyjaśnia swój punkt widzenia.

Wash & go

Pierwsze kroki prezesa Klickiego w sponsoringu sportowym: zaczął grać w tenisa. Tak mu się spodobało, że wziął pod swe skrzydła drużynę kieleckich tenisistów Błękitni. Zespół występował w I lidze tenisowej. Prezes Klicki się cieszył, bo sporo ludzi przychodziło na mecze. Były artykuły w prasie. Niestety, liga tenisowa w Polsce upadła. Inny epizod: przyszli do niego ludzie z Kieleckiego Stowarzyszenia Sportowego Piłki Ręcznej. Poprosili o wsparcie ich dyscypliny — w żeńskim wydaniu. Dał się przekonać (KSS Kielce do dziś dostaje od Kolportera pieniądze na szkolenie młodzieży).

Krzysztof Klicki deklaruje, że od zawsze chciał promować markę przez sport. Taka przemyślana strategia. Nazywa ją wash & go — czyli łączenie przyjemnego z pożytecznym. Jest prosta. Trzy elementy: społeczna odpowiedzialność biznesu, sponsoring marki no i właśnie przyjemność.

— Decydowały koszty. Na co mnie było stać, na to w danym momencie dawałem. A że sytuacja firmy stawała się coraz lepsza, szliśmy coraz dalej — tłumaczy Klicki.

W 2002 r. przyszedł czas na ukochaną piłkę nożną. Przychody grupy Kolportera przekraczały już 1,5 mld zł. Zysk netto wahał się w granicach 8 mln zł. Kieleccy działacze piłkarscy nawiedzali Klickiego od lat. Ale prezes nie chciał udzielać wsparcia cząstkowego:

— Jeśli daję na coś pieniądze, muszę mieć na to wpływ. A że nie było mnie stać na odegranie roli głównego sponsora — w ogóle się nie angażowałem. Wiadomo: futbol jest najbardziej nośnym sportem w Polsce. No i moim ulubionym. Tylko że — niestety — najdroższym. Ale w końcu przyszedł „ten dzień” i uznałem, że mnie stać. Nie tylko na III ligę. Wiedziałem, że jestem w stanie ponieść koszty utrzymania drużyny pierwszoligowej.

Ile miał w portfelu?

— Jeżeli się chce grać w najwyższej klasie rozrywkowej i nie tłuc w ogonie I ligi, lecz walczyć o puchary? Na początek jakieś 600 tys. zł wydawałem rocznie w III lidze. Potem 6-7 mln zł w II. No i przynajmniej swoich kilkanaście milionów trzeba mieć na ekstraklasę. Miałem. Dlatego się zdecydowałem — opowiada.

Tymczasem Błękitni połączyli się z Koroną. Z dwóch wielkich wraków powstał większy. Klub zaczął jeszcze bardziej dołować — groził mu spadek z III ligi. Zarząd przejęło miasto. Urzędnicy zwrócili się do Krzysztofa Klickiego. Ten zażądał oddania mu klubu w całkowite władanie. I jeszcze jedno: warunkiem sine qua non było całkowite oczyszczenie klubu z działaczy. Rezygnacje mieli złożyć na piśmie!

Klicki po swojej decyzji o zaangażowaniu finansowym nie chciał widzieć w klubowej administracji żywej duszy. Namówienie „zasłużonych” dla kieleckiego futbolu zajęło pracownikom urzędu kilka miesięcy. Prezes Kolportera cierpliwie czekał. Gdy katharsis Korony dobiegło końca, postawił drugi warunek — bezpośrednio miastu. Chciał zagwarantowania infrastruktury odpowiadającej klasie rozgrywek piłkarskich… Prezydent Lubawski pamięta tę rozmowę do dziś:

— Usiedliśmy do stołu i rzuciłem wprost: jest pan w stanie wprowadzić Koronę do I ligi? Odpowiedział: tak. Od razu jednak zapytał: Tylko gdzie ma grać ten zespół? W Warszawie? Mówię: w Kielcach. On na to: Trzeba zrobić stadion, który będzie spełniał normy UEFA.

Prezes Klicki uzupełnia, że nie od razu naciskał na budowę nowego obiektu. Początkowo chciał tylko zapewnienia, że stadion przy Szczepaniaka spełni wymogi licencyjne. Po potwierdzeniu — przejął klub. Zaczął z wysokiego „c”. Na trenera trzecioligowej drużyny powołał Dariusza Wdowczyka. Marketingowy chwyt zmobilizował zawodników i sprowokował zainteresowanie mediów. Potem, jako pierwszy piłkarski klub w Polsce, Korona ogłosiła w „Przeglądzie Sportowym” nabór piłkarzy. I znowu dzienniki ogólnopolskie rozpisywały się o kieleckiej drużynie. Krzysztof Klicki wykorzystał moment i dolał oliwy do ognia — ogłosił, że nie będzie walczył o umorzenie długów Korony:

— Wszyscy właściciele przejmujący zadłużone kluby piłkarskie wykonują jakieś ruchy przekształceniowe — w celu uniknięcia zobowiązań. Od początku stawialiśmy na promocję czystej marki. Przejęliśmy wszystkie zobowiązania. I je spłaciliśmy. Tyle nas kosztowało przejęcie Korony.

Ile konkretnie?

— Nie mogę tego ujawnić. Tak się umówiłem ze starym zarządem klubu — zastrzega.

Pełnokrwiści

Impuls do budowy przy Ściegiennego to też robota Klickiego. Musiał zjednać miejskich decydentów. Z jego inicjatywy powołano honorowy komitet budowy stadionu. Prawdziwe porozumienie ponad podziałami — niezależnie od opcji politycznej... Była pełna zgoda i lewicy, i prawicy. W jego skład weszli m.in.: właściciel Kolportera, wojewoda, prezydent miasta, przedstawiciele sejmiku wojewódzkiego.

— Udało mi się ich przekonać, że to dla Kielc będzie kapitalny sposób na promocję miasta. Na wyjście z zaścianka! I efekt jest piorunujący! — patriotyzm lokalny czuć w każdym zdaniu Krzysztofa Klickiego.

Andrzej Sygut, wiceprezydent Kielc:

— Cały wic polega na tym, że w jednym miejscu i czasie spotkało się kilku facetów, którzy identycznie wyobrażają sobie biznes i rozwój swojego miasta.

I dobitnie akcentuje, że jeśli idzie o kielecką Koronę, to u Klickiego nigdy nie dostrzegł cynicznej rachuby biznesowej. Za to na pewno bardzo duży ładunek emocji związanych z Kielcami. A te czasem dają o sobie znać:

— Nie wszystko przebiega łagodnie. Normalne życie, pełnokrwiści ludzie. Musi iskrzyć! Poza tym wielu rzeczy musieliśmy się uczyć na błędach. To wymaga od obu stron ogromnej cierpliwości. Miejmy nadzieję, że pomysł wypali w wymiarze długodystansowym.

W roli inwestora występował Wojciech Dębski, dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. W Kielcach mówi się, że zbudował stadion. Ten skromnie jednak zauważa, że przerzucanie sukcesu na niego to duże uproszczenie:

— Bez wątpienia w punkcie wyjścia była decyzja rady miasta, asygnującej stosowne pieniądze na to przedsięwzięcie. Nie wszyscy wiedzieli, czym to się skończy... Siła przekonywania prezydenta była jednak duża. Wokół decyzji budować — nie budować, nie było praktycznie żadnych dyskusji. Początkowo miało to kosztować 25 mln zł, skończyło się na 48 mln zł — bo podrożała stal, dopadł nas budowlany VAT. Ale i tak nie ma wątpliwości, że to najtańszy tej klasy stadion w Polsce. I najnowocześniejszy!

W opinii Dębskiego kielecka inwestycja miała szczęście. To był pierwszy taki obiekt w kraju. Wiele firm zorientowało się — i słusznie! — że można zbić niezły kapitał marketingowy. Akces zgłosiła szwedzka Skanska — jako generalny wykonawca. Budowała stadion wyjątkowo solidnie i w imponującym tempie (symboliczną łopatę wbito 22 listopada 2004 r., pierwszy mecz rozegrano 1 kwietnia 2006 r.), nie windowała cen. A jakie są założenia biznesplanu? Dyrektor Dębski odpowiada, że od początku nie były sztywne:

— To by było dalece ryzykowne. Prosta przyczyna. Z naszej perspektywy — samorządowej: sport jest dziedziną życia, której w sposób oczywisty nie można przekładać na pieniądze.

Gorzej być nie mogło

Jak się układają relacje Klickiego z miastem po zakończeniu inwestycji na Ściegiennego?

— Dzierżawimy stadion. Płacimy 92 tys. zł miesięcznie. Horrendalna kwota! Lech Poznań — symboliczną złotówkę. Kwestia interpretacji przepisów przez radę miasta... Ale za to mamy do dyspozycji najnowocześniejszy obiekt w kraju — z nutką żalu nadmienia właściciel Kolportera.

Jakie cele przed zespołem?

— Puchar UEFA.

Zdobycie?

— Zawsze uważam, że cele powinny być adekwatne do możliwości. Może troszeczkę wyższe, by jednak wspiąć się na palce. Przejście do fazy grupowej byłoby dla nas bardzo dużym sukcesem.

W polskiej piłce nożnej…?

— Coraz lepiej. Wiedziałem, że tak będzie. Bo nie mogło być już gorzej. Polską piłką przestają rządzić ludzie wysysający z klubów pieniądze. Będzie lepiej!

Nie brakuje uregulowań prawnych?

— Brakuje. Państwo powinno się zaangażować… Chociażby tak jak u nas miasto — ja daję piłkarzy, oni — infrastrukturę. Tylko trzeba to usankcjonować. Ujednolicić przepisy. Wprowadzić rozwiązania podatkowe wspomagające inwestowanie w futbol. Powinny one obowiązywać dopóty, dopóki piłka zacznie przynosić zyski. W Polsce to jeszcze niemożliwe.

Kiedy będzie?

— Gdy pobudujemy dwadzieścia takich stadionów jak w Kielcach i zmieni się struktura właścicielska większości klubów. Niech przejmują je tacy ludzie jak Cupiał, Rutkowski, Drzymała… To wielkie słowa, ale nie będę ich unikał. Czuję się zobowiązany tym, że mi się udało — do pomocy w odpowiedni sposób miastu i regionowi, w którym się urodziłem. Mieszkam tu 44 lata. Na każdym rogu spotykam znajomych. Gdzie mogę pomóc, chętnie to robię. Proszę mi wierzyć, to nie czcze gadanie. Przecież wydaję z własnej kieszeni...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Kapitan klicki