Kodeksowa debata w oparach absurdu

opublikowano: 06-05-2020, 22:00

Narodowa telewizja wykonała obowiązek zapisany w art. 120 Kodeksu wyborczego i wyemitowała debatę zarejestrowanej dziesiątki chętnych do prezydentury.

70-minutowa audycja zorganizowana została po aptekarsku nie tylko w równym potraktowaniu kandydatów — ich kolejności czy czasu wypowiedzi — lecz także dochowaniu zasad antyepidemicznych: pulpity rozstawiono co 2,5 metra, etc. Ta demonstracyjna równość ostro kontrastowała z propagandową codziennością TVP, dofinansowywanej przez PiS miliardami z publicznej kasy. Wywyższanie kandydata Andrzeja Dudy ponad pozostałą dziewiątkę osiągnęło skalę wcześniej wręcz niewyobrażalną w „demokratycznym państwie prawnym” (art. 2 Konstytucji RP). Podczas zamrożonej kampanii jednostronne zorientowanie stacji utrzymywanej przez całe społeczeństwo porównywalne jest tylko z okresem sprzed wyborów 4 czerwca 1989 r. Wtedy TVP prezesa Jerzego Urbana miała zmiażdżyć drużynę Lecha Wałęsy, ale wykonanie tego zadania w telewizyjnym okienku, wówczas jedynym, spowodowało upadek ustroju…

Według prawa wszyscy kandydaci są równi stanem, chociaż to gigantyczna iluzja.
TVP Info

Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie obniża rating uczciwości wyborów prezydenta RP do poziomu Białorusi czy Rosji. Tamtejsi władcy już naprawdę nie muszą nakazywać arytmetycznych przekrętów, stworzony przez nich system po prostu wyklucza nawet pomyślenie o wyborze kogokolwiek innego. Dokładnie takie są założenia pseudokampanii prowadzonej w narodowej stacji, która środową pokazówkę zorganizowała na obraz teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Jedyna różnica polegała na niewyłączaniu graczom mikrofonów do końca audycji. Pytanie retoryczne — jakie treści możliwe są do przekazania w jednominutowych odpowiedziach na pięć pytań o politykę społeczną, zagraniczną, bezpieczeństwa, gospodarczą oraz ustrojową. 1 maja Andrzej Duda otrzymał jako kandydat — bez żadnego trybu i związku z obowiązkami urzędującego prezydenta — od TVP aż 2,5 godziny bezpłatnego czasu antenowego na statyczny „one man show”, w którym usiłował poprawić rekord słowotoku Fidela Castro.

Badania politologiczne i socjologiczne potwierdzają, że wielostronne debaty wyborcze nie mają żadnego sensu. W odróżnieniu od ważnych dwójkowych, które w medialnych demokracjach często rozstrzygają o wynikach wyborów. Za pierwsze w dziejach telewizji starcie tego typu uznaje się wyrównaną rywalizację o urząd prezydenta USA w 1960 r., gdy John Kennedy pokonał Richarda Nixona, notabene po aż czterech debatach. W Polsce o prezydenturze dwa razy rozstrzygnęły bez wątpliwości ekranowe pojedynki przed decydującą turą — w 1995 r. Aleksandra Kwaśniewskiego z Lechem Wałęsą, a w 2015 r. Andrzeja Dudy z Bronisławem Komorowskim. Według większości telewidzów w obu wypadkach pretendent wypadł lepiej niż urzędujący prezydent, co potwierdziło się w urnach.

Środowa debata w TVP była tylko atrapą podsumowania uczciwej kampanii. Jej termin 6 maja dopasowany został do pierwszej tury głosowania 10 maja, która przecież stała się nieaktualna już wiele tygodni temu. Władcy kraju przyjęli tę prawdę do wiadomości dopiero teraz i chaotycznie wykonują gwałtowne ruchy. Nikt z uczestników debaty wychodzących ze studia, łącznie z Andrzejem Dudą, nie miał pojęcia, kiedy, w jakim trybie i jakie karty z ich nazwiskami trafią do wyborców. Dlatego najbardziej obiektywnym jej podsumowaniem jest powyższy tytuł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane