Biorąc pod uwagę potęgę przeciwnika, z jakim przyjdzie się antybiurokratycznej komisji zmierzyć, powinni do niej zostać wybrani legislacyjni komandosi. Bo nie będzie to pierwsza komisja, zespół, sztab, które z biurokracją walczyły. I kto dziś te wszystkie komisje pamięta.
Janusz Palikot od kilku tygodni zapowiada zaciekłą walkę z biurokracją. W jego blogu możemy przeczytać, że „technika wojny, jaką należy zastosować w niszczeniu biurokracji, przypomina trochę technikę nalotów dywanowych na wybrane cele bez rozpoczynania jednak wojny pozycyjnej”. Gdy biurokrata przeczyta taki blog, powinien drżeć ze strachu, jednak wątpliwe, by drżał. Bo wojna z biurokracją nie będzie blitzkriegiem. Sami pomysłodawcy komisji mówili, że pierwszym etapem jej prac będą szerokie konsultacje społeczne — oznacza to w uproszczeniu, że stanie się taką komisją skarg i zażaleń, gdzie będzie można się poskarżyć i wyżalić na nieżyciowe przepisy. Przepisów takich jest moc, więc komisja zostanie zasypana wnioskami o ich likwidację . Potem trzeba będzie przez tę lawinę skarg przebrnąć i wyciągnąć wnioski.
Determinacja w walce z biurokracją nie wystarczy. Potrzebna będzie także konsekwencja i cierpliwość. Z tego punktu widzenia można przyklasnąć pomysłowi powołania specjalnej komisji w tym celu, bo tylko z tej walki będzie ona rozliczana. Mimo szumnych zapowiedzi likwidacji ustaw, opłat, połączeniu NIP i Regon trudno się oprzeć wrażeniu, że na biurokratycznego molocha rzuca się pospolite ruszenie. Bo dotychczasowe zapowiedzi to raczej zbiór dość przypadkowych pomysłów, które na razie nie układają się w spójny plan bitwy. A to może oznaczać rozproszenie sił na tysiące drobnych potyczek. Ale z drugiej strony — każda taka wygrana potyczka będzie małym sukcesem.
Adam Sofuł, a.sofuł@pb.pl