Kronika zapowiedzianego kryzysu

Adam Sofuł
opublikowano: 29-11-2007, 00:00

Minister zdrowia Ewa Kopacz spotkała się ze związkowcami z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Tematem spotkania były nowe przepisy o czasie pracy lekarzy, które mają wejść w życie od nowego roku. Spotkanie trwało trzy godziny i dzienni- karze narzekali na brak konkretów. Niesłusznie. Trzy godziny bez konkretów to i tak krótko.

Zamieszanie z czasem pracy lekarzy trwa od kilku lat. Dyrektywy unijne określają maksymalny czas pracy pracownika. Kluczowy dla lekarzy okazał się wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z jesieni 2003 r., który precyzował, że czas dyżuru powinno się wliczać do czasu pracy. Od wejścia Polski do UE w maju 2004 r. dyrektorzy szpitali podejmowali na własną rękę próby wyjścia z sytuacji — wprowadzali zmianowy czas pracy itp. Problem był znany już wówczas.

Dopiero w 2007 r. problem dotarł do parlamentarzystów. W ekspresowym trybie uchwalili nowelizację ustawy o zakładach opieki zdrowotnej z datą wejścia w życie 1 stycznia 2008 r. Nowelizację przyjęto jednogłośnie. Wszyscy posłowie byli bardzo zadowoleni, że dali lekarzom prawo wypoczynku (w tym obecna minister zdrowia, która dziś określa ustawę jako legislacyjny bubel). Dyrektorzy szpitali zaczęli liczyć. Gdyby rozpisali plan dyżurów zgodnie z ustawą, brakowałoby lekarzy — w skali kraju 10-13 tys. Ale sumienie posłów uspokajała klauzula opt-out — lekarz mógł się zwrócić o to, by pracować więcej. Ludzka rzecz — dyżury to sposób na dorobienie do wciąż skromnych lekarskich pensji. Trzeba było im jednak więcej zapłacić — w skali kraju 750 mln zł. Skąd wziąć te pieniądze (albo kilkanaście tysięcy lekarzy, którym też przecież trzeba zapłacić) — z tym problemem zostali na kilka miesięcy dyrektorzy szpitali. Politycy mieli na głowie

wybory.

Do wejścia w życie nowelizacji pozostał miesiąc. Rząd chce dziś odroczyć termin o rok. W tej skali trzy godziny bez konkretów to nie tak dużo — trudno w tym czasie przekonać lekarzy do niekorzystnych dla nich rozwiązań, nie oferując niczego w zamian. Prędzej czy później konkrety muszą się pojawić. Minister Ewa Kopacz, chociaż podnosząc rękę za nieszczęsną nowelizacją w obecnym kształcie, przyczyniła się do panującego zamieszania, nie jest jedyną winną grożącego kryzysu. Zawiniła cała klasa polityczna w ostatnich kilku latach. Można się nawet zastanawiać, czy słowo „klasa” jest rzeczywiście odpowiednie.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy