Kto liczy na finansowy luz

Roman Przasnyski
opublikowano: 2012-07-13 00:00

CO MYŚLI RYNEK

Rynki finansowe tylko czekają na poluzowanie polityki pieniężnej przez Fed. Przedsmak tego, co może się na nich zacząć dziać, mieliśmy okazję obserwować pod koniec czerwca. To wówczas po serii danych, sygnalizujących pogarszanie się sytuacji na amerykańskim rynku pracy, wzrosły nadzieje, że do akcji wkroczy Fed. W ciągu kilku dni ceny ropy naftowej wzrosły z 89 do ponad 100 USD za baryłkę, czyli o 12 proc. O ponad 7 proc. w górę poszły notowania kontraktów terminowych na miedź. O 4,5 proc. zdrożało złoto, tyle samo zyskał S&P500. Choć przypisywanie tego zrywu byków na wielu rynkach wyłącznie nadziejom na luzowanie polityki pieniężnej byłoby zbyt dużym uproszczeniem, to jednak czynnik ten miał spore znaczenie.

Podobny mechanizm wybuchu optymizmu na rynkach w reakcji na łagodzenie polityki pieniężnej, nawet jeśli kondycja i perspektywy gospodarki nie są najlepsze, w ciągu ostatnich kilku lat mieliśmy okazję obserwować wielokrotnie. Choć wpływ na gospodarkę drastycznych obniżek stóp procentowych i ogromnych ilości pieniądza, pompowanego do systemu finansowego przez banki centralne, był często trudno uchwytny, to reakcje rynków zwykle były euforyczne.

Co ciekawe, niemal niezmienny jest schemat rynkowych reakcji. Najszybciej i najbardziej żywiołowo reagują notowania ropy naftowej. Niewiele ustępują im zmiany cen miedzi, choć na tym rynku daje się też zauważyć nieco większy wpływ czynników fundamentalnych. W przypadku ropy naftowej zbyt duży wpływ mają transakcje spekulacyjne. Ze spektakularnym przykładem irracjonalnych zachowań mieliśmy do czynienia jesienią 2007 r. Gdy rynki finansowe drżały w posadach po pęknięciu bańki amerykańskich nieruchomości i upadku banku Bear Stearns, pierwsza po kilku latach obniżka stóp procentowych przez Fed spowodowała niemal podwojenie się cen ropy naftowej i ustanowienie rekordu 147 USD za baryłkę rok później. W tym samym czasie S&P500 zaliczył spadek o prawie jedną trzecią, a miedź zdrożała jedynie o 20 proc. Wówczas też swoje zalety pokazało złoto, którego notowania zwyżkowały o 46 proc. Potwierdziło je w kolejnej fazie luzowania, trwającej od marca 2009 r. do listopada 2010 r., podwajając swoją wartość i ustanawiając historyczny rekord na poziomie 1921 USD za uncję. Od tego czasu jednak czar kruszcu prysł.

Każdy sygnał wstrzymania się banków centralnych z pobudzaniem za pomocą łagodzenia polityki pieniężnej kończy się zapaścią na rynkach. Tak działo się w marcu 2010 r., gdy Fed zakończył pierwszą rundę ilościowego luzowania, oraz w czerwcu 2011 r., gdy wygasła druga runda drukowania pieniędzy. W każdym z tych przypadków notowania ropy naftowej i miedzi zniżkowały po 20-25 proc. W obu głęboką korektę zaliczyły giełdowe indeksy.

Te obserwacje wskazują, że jedyną szansą pojawienia się hossy na rynkach jest kolejny ruch ze strony Fedu. Ponieważ stopy procentowe wciąż są na poziomie zera, w grę wchodzi jedynie dodruk pieniądza. Jedyne pytanie brzmi: jak złe muszą być dane dotyczące gospodarki, by Fed zaczął drukować.