Łelkam tu Nowa Uta

Karol Jedliński
opublikowano: 30-01-2007, 00:00

Jeżdżą, hałasują, disneyland z dzielnicy robotniczej robią. Czarne trabanty kopcą, burczą i dyszą, zza zaparowanych szyb wyglądają ciekawskie – i to zagraniczne – gęby.

Kierowcy to studenci albo bezrobotny Vieslav z poczciwą, pociągłą twarzą. Czasem, choć coraz rzadziej, za kółkiem „mydelniczki” zasiada sam szef. Wysoki, postawny gość przed trzydziestką. Nonszalancki w ruchach, kreatywny w biznesie. Jeśli już koszula, to raczej w hawajskie wzory. Kasuje niemało, bo po sto kilkadziesiąt złotych od łebka i obwozi po Krakowie. A dokładnie po jego części. Tam, gdzie nie ma przytulnych knajpek, barokowego bogactwa kościołów. Nawet z preclami tu nie stoją. Za to widać zakapturzonych hip-hopowych „ziomali” i baby w szarych płaszczach — z siatami z pobliskiego Carrefoura. A jeśli barok, to koniecznie podlany socrealem.

— „Welcome to Nowa Uta” wita pasażerów kierowca, przekrzykując terkot dwusuwu. „H” nie wymawia, bo Angole sobie przy tym języki łamią. Wita więc w Nowej Hucie, z dala od utartych szlaków, szpanu atrakcyjnego Kazimierza i banału zapchanych Sukiennic. I zaciera ręce. Trabantowi przewodnicy Crazy Guides okazali się strzałem w dziesiątkę.

— Łeb na karku mam i pewnie, w oby niedalekiej przyszłości, będę milionerem — rzuca beztrosko Michał Ostrowski, absolwent prawa, crazy szef całego przedsięwzięcia.

Ondulacja obowiązkowa

Syn prawniczki, co nie został prokuratorem. Aplikację rzucił. Przez moment był pucybutem, teraz mierzy w pierwszy milion. Siedział właśnie znudzony w recepcji śródmiejskiego hotelu, kiedy trzech Amerykanów poprosiło go, by zabrał ich na wycieczkę po mieście. Z małym zastrzeżeniem: Stare Miasto już ich znudziło. No, to wpakował ich do swego podupadającego malucha i zawiózł do Nowej Huty. Trochę się powygłupiał, złapał kontakt. Wprowadził co nieco w klimat, dla nich legendarnego i straszno-magicznego, komunizmu.

Goście z USA, pracujący na co dzień w marketingu i turystyce, byli zachwyceni. Namawiali go, żeby zaczął z tego żyć.

— Zawsze lubiłem błaznować, działać pod prąd, spontanicznie... Amerykanie pożyczyli mi tysiąc dolarów. Kupiłem i wyremontowałem trabanta, skleciłem ulotki i zacząłem Crazy Guides. Zacząłem zarabiać — opowiada Michał Ostrowski vel Crazy Mike.

Teraz siedzi w restauracji Stylowa przy nowohuckiej alei Róż i zaciąga się marlboro light. Po kiczowatej sali, pamiętającej czasy stojącego niegdyś nieopodal posągu kroczącego Lenina, kręci się obsługa, w większości blondynki i brunetki po pięćdziesiątce. Trwała ondulacja — obowiązkowa. Awangardowemu przewodnikowi co kilka minut dzwoni komórka — za kwadrans „ustawka” z miejscowym dostarczycielem t-shirtów, które Michał Ostrowski sprzedaje turystom.

Bumelant zblazowany

Spotkanie jest krótkie. Szybkie rachunki i Crazy Mike wyjmuje kilka zmiętych stówek z kieszeni. Nagrywa na swój kapownik — czyli dyktafon w telefonie:

— Pięćset złotych, koszulki, zaliczka — pada do mikrofonu.

To jego system pierwszej księgowości. I jeden z niewielu, jak sam przyznaje, elementów świadczących o jego zorganizowaniu. A gdzie wzorce?

Taki Piotr Ożański — murarz, młody brygadzista, prawie 57 lat temu zabłysnął przy budowie Nowej Huty. Razem z dwoma kolegami w osiem godzin ułożył 18,9 tys. cegieł. Tymczasem młody biznesmen Michał Ostrowski notorycznie spóźnia się z zusem, zapomniał też przedłużyć OC. Po klientów do hotelu nierzadko on lub jego ludzie przyjeżdżają w ostatniej chwili. Kłopoty z planowaniem.

— Formuła „crazy” dopuszcza takie zachowania. Nie chcę dopieszczać szczegółów. Bez bumelanctwa zarżnąłbym ten interes — przekonuje.

A tak jest znany bez mała na cały świat. Lekko już go zblazowała mołojecka sława. Polscy dziennikarze to betka — był przecież reportaż w „Der Spiegel” , kręcili się tu ludzie z BBC i Reutera. Zachwycają się jego nieco nowszym pomysłem, czyli wizytą w mieszkaniu z przełomu lat 70. i 80.

Polowanie na Vieslava

Wynajmuje je na III piętrze w jednym ze starszych nowohuckich osiedli. Jeśli goście zechcą sobie zmrozić wódeczkę — proszę bardzo: wiekowa chłodziarka Polar już czeka. Jak nabrudzą, to wersalkę, gobeliny i okolice meblościanki wyczyści się ciśniętym w róg salonu odkurzaczem Predom. Anglicy, Szwedzi, Hiszpanie podziwiają wykładzinę PCV i pokaźne wizerunki Jezusa i Matki Boskiej na ścianach. Nawet specjalnie hodowany smród z łazienki im nie przeszkadza. A przy tym towarzystwo Vieslava to już dla nich polowanie na białe niedźwiedzie.

— Lubię pod Sheratona po gości wysłać właśnie Vieslava. Ubiera się w kufaję, chałat mechanika i czapkę uszatkę. Po angielsku umie tyle co nic, czyli „Aj em makanik” czy „Kamon, Nowa Uta” — śmieje się szef Crazy Guides.

Gdy jeszcze kierowca prezentuje braki w uzębieniu, inostrańcy czerwienieją z emocji.

— Nie szukam megapodróżników — tacy to sobie sami trafią do Huty. Celuję w ludzi szukających kontaktu z tzw. lokalsami — zaznacza właściciel kilku trabantów i dużego fiata.

Zagraniczniaki szukają oryginalnej rozrywki, z tematem w tle.

— Taka rozkminka o tym, jak się w PRL-u żyło. Smaczki z historii, obiad w Stylowej — zastrzega Crazy Mike.

Hutnicze attyki

Jest o co zaczepić rozmowę. Za szybami trabanta miga zalew, kominy, stadiony, teatry, galerie i poszarzałe budynki, jak te ze spadzistymi dachami, jeszcze według przedwojennych planów. Są wydziwione modernistyczne bryły, już z czasów Jaruzelskiego. No i plac Centralny — „orgazm socrealu”. Niedawno na nowo zainstalowali w okolicach lampy kandelabrowe. Szkoda, że na zawsze zabrali Lenina.

— Pieniędzy w błoto nie lubię wyrzucać, skrupulatnie, po swojemu przeliczam koszty stałe, przychody, zysk — zaznacza Crazy Mike.

Zysk do kosztów to jakieś 4 do 1. A żyć się da: rocznie z tysiąc klientów się nawinie, na wycieczkę do Nepalu starczy, hummera nie potrzebuje. Co nie znaczy, że się nasycił. Właśnie rozkręca Crazy Stag czyli organizację wieczorów kawalerskich, głównie dla Brytyjczyków. Tymczasem czekają go wydatki w core businessie. Szczotki w trabantowym rozruszniku się zacinają. Starczy jeszcze na podjechanie pod dwie niemal bliźniacze budowle przy wejściu do kombinatu. Dla miejscowych to Pałac Dożów albo Watykan. Przepych, na zewnątrz i w środku. Krakowski przewodnik ma do nich słabość:

— Są tacy, co uważają, że ich attyki są bardziej renesansowe niż Sukiennic. Gdyby to odświeżyć, park założyć, można by stworzyć coś na wzór rezydencji królów.

I w cieniu platanów wymyślać kolejne biznesy. Ze skandalem w tle. n

Ulubienica Fidela

Kraków dzieli się na osiemnaście dzielnic. Właśnie tą XVIII jest Nowa Huta, którą zamieszkuje dziś 222 tys. osób. Zresztą obszar Nowej Huty to jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie osadnictwo istnieje nieprzerwanie od około 7 tys. lat. Symbolem jest kopiec Wandy — ponoć mogiła córki założyciela miasta, Kraka. Projekt odrębnego robotniczego ośrodka skupionego wokół wielkiego kombinatu hutniczego narodził się w... Moskwie, gdzie w 1949 r. Bierut dostał od Stalina propozycję nie do odrzucenia. Do dziś zderzają się tu różne style: barok, renesans, modernizm, wszystko podlane sosem socrealizmu. Budowy nigdy nie dokończono, ale i tak Fidel Castro, goszcząc w Polsce, wolał zwiedzać robotnicze osiedle niż burżuazyjne Sukiennice.

Produkowany w NRD od 1957 r. do 1991 r. Doczekał się w tym czasie 10 wersji. Karoseria z duroplastu i głośne dwusuwowe silniki (całe 26 KM) skłaniały do żartów. Nazywano go m.in. „ford karton”, „mydelniczką” i „zemstą Honeckera”. Późniejsze wersje z silnikami od volkswagena polo miały na życzenie automatyczną skrzynię biegów.

Fundatorami pomnika kroczącego Lenina w alei Róż byli pracownicy kombinatu, którym na ten cel bez pytania zabrano trzynastkę i premie kwartalne. Ważący 7 ton posąg odsłonięto wiosną 1973 r. Od razu zaczęły się pielgrzymki nowożeńców pod pomnik i knowania sabotażystów. Nieraz zostawiano pod Leninem rower z kartką: „masz tu rower, stare buty i sp... z Nowej Huty”. W 1979 r. tylko częściowo udanej próby wysadzenia pomnika dokonał Andrzej Szewczuwaniec, późniejszy przywódca strajków w 1988 r. Ostatecznie pomnik zniknął z pejzażu pod koniec 1989 r. Kilka lat później kupił go szwedzki milioner Big Erlandsson, wsadził mu papierosa w usta i kolczyk w ucho i postawił pod Sztokholmem, w miasteczku osobliwości.

Centrum Administracyjne huty stali to dwa budynki zwane Watykanem lub Pałacem Dożów. Projektanci wzorowali się na włoskim zamku Caprarola. Zwieńczenia wieżyczek miały nawiązywać do latarni, którą Michał Anioł ustawił nad kopułą bazyliki watykańskiej.

Wnętrza to kasetonowe stropy, marmuryi gabinet dyrektora ze ścianami z kaukaskiego orzecha.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane