Na 99 proc. ich dniem będzie 15 października. Następna niedziela, 22, ma tylko 1 proc. szans, zaś dwie jeszcze późniejsze – zero. Posiłkuję się oświadczeniem Andrzeja Dudy z 2019 r.: „Chciałbym, żeby kampania była jak najkrótsza, w związku z czym zaproponowałem Państwowej Komisji Wyborczej możliwie jak najszybszy termin wyborów parlamentarnych, 13 października”. Tamto rozumowanie zostanie oczywiście powtórzone.
Zegar tykający jeszcze nieurzędowo wskazuje zatem, że od 28 marca do dnia głosowania pozostaje ich 200. W odróżnieniu od studniówek, raczej nie ma u nas tradycji obchodzenia dwustudniówek. Partiom startującym w wyborach robi się jednak krótko z czasem. Najpóźniej do Wielkanocy wszyscy rywale powinni wreszcie oznajmić Polakom, pod jakimi szyldami wystartują do Sejmu. Koordynacja kandydatów opozycji do Senatu już została oznajmiona. Kandydaci mogą być zgłaszani przez podmioty trzech rodzajów, o nazwach bardzo podobnych: komitety wyborcze (KW), koalicyjne komitety wyborcze (KKW) oraz komitety wyborcze wyborców (KWW). Kategoria pierwsza i druga przeznaczona jest dla partii, zaś trzecia dla wszystkich chętnych, w tym niezarejestrowanych sądownie podmiotów skrzykniętych na konkretne wybory.
Klasa polityczna ma usta pełne frazesów programowych, zamiatając pod dywan wątek partyjnej kasy. W mózgach aktywu ten problem zajmuje jednak miejsce ogromne. Istnieje silne sprzężenie, ponieważ pieniądze wyciągane przez partie z budżetu – mowa tylko o kwotach oficjalnych, ekipa rządząca doi z państwa grube miliardy dodatkowo – zależą od uzysku w urnach wyborczych. Dla podziału kasy rozstrzygające znaczenie ma drobna różnica literki między formułą startową KW a KKW. Zasilanie budżetowe trafia na konta partyjne dwoma strumieniami. Dotacja podmiotowa to jednorazowy zwrot wydatków z konkretnej kampanii za zdobyte mandaty posłów i senatorów (te same przepisy dotyczą mandatów europosłów). Subwencja to całoroczne zasilanie partii przez całą kadencję, jest wypłacana nawet hojniej od dotacji – próg głosów konieczny do zdobycia miejsc w Sejmie wynosi 5 proc. (dla KKW – 8 proc.), zaś do uzyskania subwencji wystarczy 3 proc. (dla KKW – 6 proc.).
Najważniejsza jest okoliczność, na czyje konto trafia zarówno jednorazowa dotacja, jak też subwencja. Gdy startuje lista zarejestrowana jako monopartyjna, na przykład KW PiS, do której jedynie podczepiają się różni wasale, to mandaty zdobywają, ale sto procent pieniędzy otrzymuje Nowogrodzka. Dlatego cały plankton wokół PiS musi kombinować i szukać innego zaplecza materialnego. Na przykład Zbigniew Ziobro całkowicie upartyjnił i wprzągł do aktywności Solidarnej Polski aparat urzędowy Ministerstwa Sprawiedliwości, natomiast Adam Bielan dla swojej kanapy Republikanie postanowił dokonać skoku na publiczne pieniądze za pośrednictwem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Tylko w oficjalnie zarejestrowanych KKW pieniądze dzielone są proporcjonalnie między udziałowców. W ostatnich wyborach w 2019 r. spośród piątki podmiotów, które dostały się do Sejmu, jedynie Koalicja Obywatelska w składzie czterech partii startowała w formule KKW, natomiast wszystkie pozostałe koalicje były oficjalnie monopartyjne. W tym kontekście ciekawie zapowiada się obecnie konstrukcja komitetów, w których partiami wiodącymi będą SLD oraz PSL. Cztery lata temu zarejestrowały się jako KW, wzięły na swoje pokłady różnych pasażerów, ale potem nie oddały im – bo zresztą prawnie nie mogły – ani grosza…

