Miasta pożyczyły mniej niż zakładały

opublikowano: 2011-03-18 10:31

Samorządowcy mają argument w sporze z rządem – ich deficyt jest mniejszy, niż za 2009 r. Kraków, w którym za finanse odpowiada Lesław Fijał, jest nawet nad kreską.

W ubiegłym roku samorządy musiały pożyczyć na rynku znacznie mniej pieniędzy, niż zakładały w budżetach. W dziesięciu największych miastach Polski łączny deficyt wyniósł 3,2 mld zł, czyli o 36 proc. mniej od planu i o 13 proc. mniej niż rok wcześniej. Kiedy na przełomie 2009 i 2010 r. lokalne władze przyjmowały uchwały budżetowe, prognozowały lukę między dochodami a wydatkami w 2010 r. na 5 mld zł.

Wydatkowy poślizg
Najlepsze wykonanie budżetu ma Warszawa – jej deficyt był o 607 mln zł niższy od planu. Dużą redukcję zanotowały też Poznań (336 mln zł), Szczecin (275 mln zł) i Katowice (194 mln zł). Kraków – jako jedyny wśród dużych miast – może pochwalić się nawet niewielką nadwyżką (7 mld zł), choć w budżecie miał zaplanowany deficyt (18 mln zł).
- Niski deficyt uzyskaliśmy częściowo dzięki ograniczeniu wydatków bieżących i – w mniejszej części – inwestycyjnych, a częściowo dzięki wzrostowi dochodów – mówi Teresa Blacharska, skarbnik Gdańska.
Niestety to jednak rzadkość. W większości miast dochody były nieco niższe od prognoz, głównie z powodu słabych wpływów z podatku z CIT i PIT. Niskie deficyty w samorządach to głównie skutek poślizgu w wydatkach na inwestycje.
- Procesy inwestycyjne często napotykają na problemy administracyjne, np. z załatwianiem pozwoleń czy formalnościami związanymi z procedurą zdobywania dotacji unijnych. To powoduje poślizg w wydatkach – tłumaczy Danuta Kamińska, skarbnik Katowic, przewodnicząca Komisji Skarbników Unii Metropolii Polskich.

Zdrowe żywienie
Niskie wykonanie deficytów w samorządach to ważny argument w sporze lokalnych władz z rządem. Ministerstwo Finansów forsuje pomysł wprowadzenia drastycznych limitów na deficyt w samorządach: w 2012 r. nie mógłby przekraczać 4 proc. dochodów, w 2013 r. – 3 proc., w 2014 r. – 2 proc., a od 2015 r. limit miałby zostać na poziomie 1 proc. Dla samorządów takie propozycje są nie do przyjęcia, bo oznaczają cięcie inwestycji.
- Niskie wykonanie deficytów świadczy o tym, że samorządy same dbają o bezpieczeństwo. Zadłużają się tylko na tyle, na ile potrzebują do zrealizowania inwestycji. Nie zaciągają długów na bieżące wydatki. Proponowane przez rząd sztuczne, ślepe cięcia są groźne, bo powodują ograniczanie inwestycji i utratę dotacji unijnych – przekonuje Teresa Blacharska.
Samorządowcy alarmują, że rząd próbuje zrzucić na nie odpowiedzialność za hamowanie szybko rosnącego długu publicznego. Tymczasem w miastach cały zaciągany dług przeznaczany jest na inwestycje.
- Deficyt jest jak cholesterol – jest dla organizmu zły i dobry. Deficyt w samorządach jest dobry: pompuje inwestycje, przyciąga dotacje unijne, wspiera wzrost gospodarczy i zwiększa dochody budżetu centralnego z CIT i VAT. Ograniczanie deficytów samorządów to strzał w stopę – mówi Danuta Kamińska.
Samorządowcy zamrozili w minionym tygodniu rozmowy z resortem finansów. Domagają się spotkania z premierem Donaldem Tuskiem na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu, które odbędzie się 30 marca.
- Dane za 2010 r. wyraźnie pokazują, że deficyt samorządu jest ściśle skorelowany z poziomem inwestycji. Nakładanie limitów na deficyty to nakładanie limitów na inwestycje i koniunkturę gospodarczą – kwituje Lesław Fijał, skarbnik Krakowa.

Jacek Kowalczyk

None
None