Dziesięć lat się szarpią o lokum — budowlańcy z urzędnikami, a urzędnicy z budowlańcami. Ostatnio dołączyły kosmetyczki. Farsa, absurd? A skąd! Taka Polska... przy Świętokrzyskiej 14 w Warszawie.
Jan Andrzej Sieradzki, zarządca komisaryczny Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budowlano-Montażowego Śródmieście, przywitał nas konkretnie:
— Czego chcecie?
— Napisać wszystko o Świętokrzyskiej 14!
— To mi się podoba! Teraz — proszę ja ciebie — panowie reprezentują?
— „Puls Biznesu”.
— Cześć! Czyli raczej sprawy ekonomiczne. No dobra. I to właśnie jest interesujące!
— Tak jest!
— To znaczy, ja bym uważał oto w ten sposób, że powinniście to poprowadzić toto, tak, ażeby wykazać, otóż, że została zrobiona pożyteczna niestety inwestycja, której — powiedzmy sobie — dalej nie może właściciel użytkować po prostu zgodnie ze swoim tym i to byłoby to chyba wykazanie tego rzeczą najważniejszą! Dlaczego? Dlatego, że wszyscy solidarnie teraz tak administracja, jak niezawisłe sądy — w ogóle, generalnie powiedzmy sobie, no uważają, że to właśnie akurat jest zupełnie nieinteresujące. Dlatego, że interesujące jest po prostu zupełnie co innego. I teraz może, żeby nie zaczynać od Adama i Ewy, to ja bym proponował w ten sposób...
Bez mediów
Lipiec 2003 r. Centrum Warszawy: Świętokrzyska 14. Centrum Urody Peggy Sage, elegancki salon kosmetyczny, wygląda jak podczas remontu. Wszystkie okna zasłonięte szarym papierem. Piękne panie odchodzą z kwitkiem. W środku jednak po prostu nie ma wody i prądu. Ale to nie wodociągi, ani nie STOEN są sprawcami odłączenia mediów. To sprawka Jana Andrzeja Sieradzkiego, zarządcy komisarycznego Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budowlano-Montażowego Śródmieście. Właścicielki są zrozpaczone.
— Przecież bez prądu i wody nie możemy prowadzić salonu kosmetycznego — mówi Marta Kuniec, dyrektor Centrum Urody Peggy Sage.
To, co spotkało właścicielki salonu, jest przejawem sporu, jaki o nieruchomość przy Świętokrzyskiej 14 rozgorzał między Polskim Komitetem Normalizacyjnym i wspomnianym WPBM Śródmieście. Do marca 2003 r. płaciły czynsz WPBM Śródmieście, ale właśnie wówczas PKN poinformował, że to on jest prawnym zarządcą budynku. Na dowód przedstawił akt notarialny. Właścicielki salonu rozwiązały więc umowę z WPBM i podpisały z PKN. I wtedy się zaczęło...
— PKN w marcu otrzymał wpis do księgi wieczystej na trwały zarząd 1/4 tego budynku. Mój adwokat kazał podpisać umowę z PKN-em. Bo przecież bez sensu jest płacić komuś czynsz, kto nie jest uprawniony do jego pobierania — mówi Joanna Zagórska, współwłaścicielka salonu.
— To na jakiej podstawie WPBN czegokolwiek się od pań domaga?
— No nikt tego nie rozumie!
— Ale to WPBM odłącza wam prąd i wodę?
— Tak. A do STOEN-u i do wodociągów to my płacimy. Sytuacja jest śmieszna i trudna, bo praktycznie oni wszystkich szantażują wyłączaniem wody i prądu. Nie tylko nam. PKN-owi też. O, tu! Proszę, nasza skarga do prezydenta Warszawy.
I Joanna Zagórska, i Marta Kuniec załamują ręce. Ich kłopoty z wodą i prądem trwają do dziś:
— WPBM jest winne miastu ponad 20 mln złotych — i miasto tego nie egzekwuje. Może tak trzeba... Tylko że z firmami prywatnymi tak się nie działa — nas by pogonili i koniec!
Według przedstawicieli WPBM-u, to nie wpis do księgi wieczystej przekonał właścicielki salonu kosmetycznego do zerwania umowy. PKN zaproponował im ponoć dumpingowe stawki wynajmu. Jak mówi Jan Sieradzki: „te panie ze sklepu kosmetycznego” płacą teraz po 8 USD za mkw. Takich stawek nie ma nawet na praskim placu Szembeka! WPBM Śródmieście zaś, brał od nich różnie — od 20 do 25 USD za mkw. Teraz jest skłonny zejść nawet do 16 USD! I jeszcze umorzą im długi (za wciąż niepłacony czynsz — jakieś 40 tys. zł)! Byleby wróciły.
Ale Joanna Zagórska zawzięła się — nie wyprowadzi się, będzie płaciła prawowitemu zarządcy i — przede wszystkim — będzie miała w lokalu bieżącą wodę. Bo prąd już ma. Podłączyła się do rozdzielnika PKN-u.
Na pierwszy rzut oka to konflikt Peggy Sage kontra WPBM Śródmieście. To prawda, ale tą pierwszą stroną nie jest salon kosmetyczny. Kto? Państwo!
Wojna wybuchła 14 sierpnia 1996 roku, kiedy to kierownik Urzędu Rejonowego w Warszawie wydał decyzję nr 1308/96, przekazując w zarząd PKN nieruchomość przy ul. Świętokrzyskiej 14.
Siła betonu
Tu czas stanął w miejscu. Korytarze przypominają miejsca z filmów Stanisława Barei. Słabe żarówki dają mało światła. Stare biurka, część korytarzy w mroku. Tak dogorywa chluba PRL. Przedsiębiorstwo, które zbudowało pół Warszawy — m.in. Ścianę Wschodnią, Rotundę, Nowy Świat... Behapowiec Stefan Grajda, przewodniczący komisji zakładowej NSZZ Solidarność, sympatyczny pan o aparycji Luisa de Funesa: jesteśmy w takiej tragicznej sytuacji, chyba mogę to powiedzieć, że nasi ludzie zgodzili się część swoich wypłat przeznaczyć na opłaty restrukturyzacyjne.
Grajda mówi, że pracownicy WPBM nie mają już nic do stracenia. Kant dłoni opiera na skraju biurka: jesteśmy tutaj, dalej już nie ma nic... Tylko przepaść... — jego drżący głos gaśnie.
By jednak zrozumieć istotę problemu, poznać racje przedstawicieli WPBM i PKN-u trzeba się cofnąć do czasów, kiedy WPBM było potężnym konglomeratem.
Rodowód WPBM Śródmieście sięga 1945 r. Wówczas podjęto decyzję o odbudowie Warszawy. Na podwalinach Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego i Beton-Stalu — w wyniku łączenia wielu państwowych przedsiębiorstw budowlanych — powstał olbrzym: Kombinat Budownictwa Miejskiego Warszawa-Śródmieście. W 1972 r. na główną siedzibę kombinatu wybrano właśnie budynek przy Świętokrzyskiej 14. Ale przedsiębiorstwo urzędowało w gmachu już od lat 50. (Oddział 17 Państwowego Przedsiębiorstwa Budowlanego Zjednoczenie Warszawskie). W specjalnej publikacji (w 1997 roku WPBM Śródmieście obchodził jubileusz — „50 lat dla Warszawy”) WPBM-u, okoliczności wejścia do budynku wspomina inż. Ryszard Kamoda. Według niego przedsiębiorstwo prowadziło w latach 1952-54 budowę gmachu przy Świętokrzyskiej 18, a później przystąpiono do budowy Świętokrzyskiej 14.
— Kiedy budynek nie był jeszcze wykończony, przedsiębiorstwo tam się przeniosło. Wtedy robotnicy kończyli budynek przy Świętokrzyskiej 18. W tym czasie nikt nie mówił o aktach notarialnych i aktach własności. Mowa była taka: wybudowaliście budynek — jest wasz i jesteście administratorem całego gmachu, jak również garaży mieszczących się na zapleczu — podkreśla inżynier Kamoda.
Jak można przeczytać w książce o WPBM-ie, lata 70. były dla firmy czasem rozkwitu — mimo niedostatków surowców wciąż budowano — „zdarzały się okresy, że prowadzono jednocześnie roboty na 120 obiektach. Praca w Kombinacie szła na 3 zmiany”. Pod koniec dekady należało zdjąć różowe okulary. Do budynku przy Świętokrzyskiej wprowadziły się rządowe agendy: Centralnego Urzędu Miar i Wag (z jego późniejszego przekształcenia powstał m.in. PKN) i Naczelna Organizacja Techniczna.
Nastały lata 80. Przyszły strajki. Aby inwigilować Solidarność, władze PZPR wprowadzały do przedsiębiorstwa tzw. karierowiczów, którzy w PRL nie mieli czasu na pracę zawodową, bo byli zajęci „czynnościami społecznymi”. Ci — ponoć — dokonali dzieła: 27 września 1989 r. kombinat przestał istnieć. W jego miejsce powołano Warszawskie Przedsiębiorstwo Budowlano-Montażowe.
W roku 1990 weszła w życie ustawa, uwłaszczająca przedsiębiorstwa państwowe. Pracownicy WPBM Śródmieście, po zmianie systemu, tego się właśnie domagali. W roku 1993 ogłoszono restrukturyzację WPBM-u i wprowadzono zarząd komisaryczny. Rok później związkowcy pikietowali pod stołecznym ratuszem (siedziba władz Warszawy) — długi przedsiębiorstwa sięgały już 75 mln zł! Za stan zakładu pracownicy oskarżali ówczesnego komisarza, Bogdana Filipka. Sami chcieli przejąć 60 proc. budynku przy Świętokrzyskiej 14. Ale wojewoda nie zgodził się na uwłaszczenie.
Sytuacja WPBM-u pogorszyła się jeszcze, gdy zdecydowano się przekazać zarząd budynku Polskiemu Komitetowi Normalizacyjnemu i Naczelnej Organizacji Technicznej (nieszczęsny rok 1996). Przedsiębiorstwo stanęło przed groźbą całkowitej utraty budynku. Opieszałość urzędników i brak wiążących decyzji doprowadziły do pata. W 1997 r. pracownicy przedsiębiorstwa zaostrzyli protesty radykalnie. Elektryk i stolarz zamurowali się w jednym z pomieszczeń na Świętokrzyskiej. Jak donosi „Gazeta Wyborcza” z 22 czerwca 1997 r., protestujący zagrozili też, że wyrzucą przez okno zapasy soków...
Protest poskutkował. Ówczesny wicewojewoda mazowiecki Zdzisław Tokarski wstrzymał przekazanie budynku PKN-owi. Zburzono mur, a strajkujący zostali uwolnieni. Po czterech dniach — ze łzami w oczach zwyciężyli! Wojewoda zgodził się również na wykonanie tzw. nadbudowy. WPBM Śródmieście znowu zaczęło budować.
— Nadbudowa była elementem programu naprawczego. Panowie, zobaczcie, jak to mądrze było z tą nadbudową... Dzięki temu nastąpił rozruch gospodarki — no, można powiedzieć na naszą skalę — materiały, ludzie mieli zatrudnienie, już nie mówię o tym, że budynek został zmodernizowany. W Warszawie nie ma przecież wielu gruntów. Chcieliśmy pokazać, że można nadbudowywać i przy okazji jeszcze modernizować budynki. Przez to, że władowaliśmy te pieniądze tutaj, powstało nasze ogromne zadłużenie — mówi Stefan Grajda.
Zarządca Sieradzki ujawnia szczegóły: nadbudowę i generalny remont całego budynku wykonano za 12 mln zł, pozyskane ze sprzedaży działki WPBM-u na Służewcu Przemysłowym. Obiekt przy Świętokrzyskiej po kilkudziesięciu latach eksploatacji przypominał ruinę: grzejniki jak rzeszoto, windy nie jeździły, popalone instalacje. A PKN? Nawet palcem nie kiwnął.
Polski wychodek
Listopad 2003 r. Świętokrzyska 14, wejście A. Windą jedziemy na III piętro. Razem z nami grupa jegomościów — wysłużone skórzane teczki, przechodzone marynarki.
Potem też wspólnie idziemy zadymionym korytarzem — mijamy stolik z wielką popielniczką najeżoną petami. My kierujemy się do drzwi przewodniczącego związków zawodowych, oni — do sekretariatu zarządcy Sieradzkiego. Rozmawiamy chwilę z Zygmuntem Kinelem i Stefanem Grajdą. Pan Sieradzki zaraz będzie, właśnie wpadła do niego kontrola z Urzędu Wojewódzkiego... Nie mija 10 minut i już jest z nami.
Jan Andrzej Sieradzki. Szczupły, wysoki, pierwszoligowy garnitur z lat 70. Wygłasza twardy monolog. Bitą godzinę nie daje nikomu dojść do słowa. Jak opętany szermuje językiem socjalistycznym, zna tylko jedną komendę: „Allez”! Naciera na aparat państwowy. Siecze bez opamiętania: władzę sądowniczą, wykonawczą i ustawodawczą. W końcu tnie brutalnie przez łeb wroga numer jeden: Polski Komitet Normalizacyjny! Krzyczy:
— Co to jest ten Polski Komitet Normalizacyjny?! Wiemy dobrze — jednostka usługowa. Ale z chwilą naszego wejścia do tego, przekształci się w tzw. firmę — powiedzmy sobie — całkowicie prywatną! Żeby się nachapać! A teraz dlaczego polska norma jest zła? Czemu na przykład w polskiej normie drzwi do ustępu mogą się otwierać tylko i wyłącznie na zewnątrz? Człowiek dostanie zawału serca! Jak wyjdzie? No nie bardzo wiemy, ale właśnie o to chodzi — humanizm! Norma zachodnia mówi, że drzwi mogą się otwierać wszystko jedno jak, byleby się w ogóle otworzyły! A ten — generalnie — musi mieć taką powierzchnię, żeby człowiek mógł z niego skorzystać. To musi być odpowiednia szerokość! Ja muszę zrobić coś z kapotą! I — proszę ciebie — także norma zachodnia mówi, że jeżeli drzwi otwierają się na zewnątrz, to ja muszę mieć jak wstanę z sedesu, tyle miejsca przed, żebym mógł się obrócić. Czyli z tego wychodzi, że pomiędzy czołem sedesu, a drzwiami chcę mieć 75 centymetrów!!! Następnie jeżeli otwierają się do wewnątrz, to oprócz tego muszę mieć jeszcze przestrzeń, jak na przykład stąd, do tej szafy. Poza tym dlaczego lepiej, żeby się otwierały do środka? Dlatego, że jeżeli komuś trzeba pomóc, to ja z zewnątrz te drzwi wybije — bardzo łatwo kopnięciem. Niesłychanie ważna sprawa!!! Panowie — chyba, jak każdy! — korzystacie z różnego rodzaju polskich wychodków...
Zarządca Sieradzki przykucnął między biurkami i zaparł się łokciami o blaty.
— Problem polega na tym, że ja tutaj siedzę, tu mam drzwi (wyciąga prawą nogę do przodu) i nie mogę ani drzwi otworzyć, ani zamknąć. Śmiejecie się? Ale to jest prawda! I to jest zgodne z normą! A z tyłu mamy za sedesem tyle miejsca (lewą ręką zatacza szeroki krąg) i to nikogo nie interesuje! Wykazuję wam — powiedzmy sobie — idiotyzm!
I teraz — prowadzę specjalnie do pytania biznesowego — po co jest PKN?! Pytamy o różne rzeczy: po co premier (pomijając Panią Jakubowską — dyżurne tematy...)? Natomiast nikt nie zadał pytania: po co jest Polski Komitet Normalizacyjny??? No dobrze.
Styl Jana Andrzeja Sieradzkiego był dramatycznie fascynujący. Totalnie powalił nas jednak dopiero ostatnią figurą:
— Gdyby żył Beria, Jeżow... Oni by sobie z tym poradzili. To znaczy, że ten system jest nam znany, wam może mniej. Mnie osobiście znany, ja go lubię, bo na nim się wychowałem. Jak patrzę, co dzieje się w telewizji — nie ma tej egzekucji. Gdyby była ta egzekucja, to wszystko byłoby bardzo dobrze. I państwowe byłoby państwowe i ja faktycznie nie miałbym nic do powiedzenia. O! To tyle.
I wyszedł. Spieszymy donieść, że w trakcie wystąpienia Sieradzki nieopatrznie wyjawił, że był też inny — ukryty i najprawdziwszy — cel stworzenia nadbudowy. Przyznał, że w 1996 roku WPBM stracił niemal na zawsze prawa do budynku. No więc ułożył się z kierownikiem urzędu rejonowego (w formie tzw. umowy przyrzeczonej), że jak własnym sumptem wyremontuje i dobuduje dwa piętra w budynku, to dostanie we władanie część budynku — proporcjonalnie do inwestycyjnego wkładu. Ale tak się nie stało...
Strajk kuriozalny
Maciej Piela, dyrektor wydziału prawnego Polskiego Komitetu Normalizacyjnego, sprawnie relacjonuje istotę sporu. Potwierdza, że spór się wywiązał w 1996 roku. Wtedy PKN przejął zarząd nad częścią budynku, do której prawa rościł sobie WPBM. Przedsiębiorstwo było już pod zarządem komisarycznym. Nic nie robili! Po prostu byli i wynajmowali pomieszczenia.
— Środki pozyskiwane z wynajmów, biorą dla siebie. PKN, zgodnie z prawem, jeżeliby wynajmował te pomieszczenia, to wszystkie pieniądze musiałby odprowadzić do Skarbu Państwa — tłumaczy Maciej Piela.
Z jego relacji wynika, że nadbudowa została oddana do użytku w 1999 roku. Piela mówi, że w WPBM działa grupa związkowców — z wszystkimi dookoła walczy.
— Przede wszystkim to oni są inicjatorami działań, skierowanych przeciwko PKN-owi. Starają się udowodnić, że to ich budynek i w niektórych organach twierdzą, że są jego właścicielami. Podejmowali działania mające wywrzeć nacisk na PKN — odcinali tu wodę... Bo mają dostęp do mediów — opowiada Piela.
Ostatnio doszło do zaostrzenia konfliktu. PKN zasłonił jeden z korytarzy kratą i kolorową tablicą.
— Przyjeżdżają do nas delegacje zagraniczne. No a ta ich część niespecjalnie wyglądała — ktoś może sobie pomyśleć, że to pomieszczenie PKN-u. Przed wizytą prezydenta Europejskiej Organizacji Normalizacyjnej (CEN), zakryliśmy zatem korytarz ładną czerwoną folią, by tego nie było widać. No to oni to zerwali — stwierdzili, że ta folia im się nie podoba. Prezes polecił więc założyć kratę i obić ją sklejką. Oni zaś wszem i wobec ogłaszali, że myśmy to zamurowali. Potem wtargnęli w kilkadziesiąt osób i zniszczyli to po prostu... Nie daliśmy się sprowokować. Tylko sfotografowane zostało to, co zrobili. Przyjechała policja. Oni tę kratę sobie nawet zabrali — mimo że nie jest ich. Ale niech ją sobie trzymają, jak chcą — kończy relację Maciej Piela.
PKN, podobnie jak WPBM, chce jak najszybszego rozwiązania sporu. Dyrektor Piela tłumaczy, że komitet działa zgodnie z prawem. Chce, by wreszcie wojewoda i inne stosowne organa tę sytuację wyjaśniły:
— Albo ich zlikwidować, albo wyprowadzić. Podejrzewam, że oni próbują się na tym uwłaszczyć. Szantażują organy państwowe strajkami. A najśmieszniejsze, że strajkują ludzie, którzy nic nie robią. To są przecież strajki kuriozalne!
PKN czeka na postanowienie NSA, które ma być ogłoszone 12 grudnia (by nie komplikować spraw, tę część konfliktu przedstawiliśmy w formie graficznej i kalendarium).
— W wyniku starań związkowców WPBM-u i wojewoda, i prezydent miasta uchylili w pewnej części decyzję, która nam przyznawała cały zarząd, więc zaskarżyliśmy je i czekamy... Jeżeli NSA uchyli decyzje prezydenta i wojewody, czyli przyzna rację nam, to jedna przeszkoda zniknie. Jeżeli będzie inaczej, to budynek będzie własnością Skarbu Państwa — kończy Piela.
— Wie pan, tu nikt nie podejmował samowolnych działań. Tylko robione to było za wiedzą ministra sprawiedliwości, premiera, wojewody — prawda — itd. Tam pisma słaliśmy. Oni wszystko wiedzą! Tak, że wie pan — to, co pan Piela powiedział, to jest bzdura, bo żadnych działań samowolnych nie było w tej firmie — i wie pan — o czym by rząd nie wiedział. Tak, że tu jest w ogóle jakieś wielkie nieporozumienie — ripostuje Zygmunt Kinel, przewodniczący ZZ Budowlani w WPBM Śródmieście.
Niezawinione cierpienia
Na tej zaściankowej wojence w centrum stolicy, najbardziej cierpi prywatny biznes — salon Peggy Sage. Tam przecież ciągle nie ma wody! Obrotne panie noszą wodę wiadrami. Jak długo to potrwa? Wynieść się nie wyniosą — za dużo kasy włożyły w remont i urządzenie lokalu. Stanęły okoniem — walczą o swoje. To one poprosiły o pomoc.
Z kolei dla pracowników zrujnowanego WPBM Śródmieście, a pozostało ich około 50, walka o Świętokrzyską 14 jest najważniejsza. To ich podstawowe zajęcie. WPBM też nie odpuści. Ale restrukturyzacja budowlanego „trupa” (trwa 10 lat!), zgodnie z prawem musi zostać zamknięta do końca stycznia 2004 r. Koniec zatem bliski. Znając hart ducha budowlanych związkowców dojdzie do jakiejś tragedii. Może się wszyscy obleją cementem?
Najgorsze, że i wyrok NSA raczej nie pomoże. Bo gdyby chcieć opisać wszystkie procesy we wszelkiego rodzaju sądach, prokuratorskie śledztwa, egzekucje skarbowe, donosy, zawiadomienia w sprawie Świętokrzyskiej 14 — trzeba by napisać o tym powieść, a i tak nikt by się nie połapał, o co chodzi.
Jak długo będzie zatem trwał marazm na Świętokrzyskiej? Czy ktoś w końcu rozwiąże ten gordyjski węzeł? Może prezydent Jarosław Kaczyński? Może i może, ale nam w jego biurze prasowym pokazano figę z makiem. Mimo usilnych starań i zabiegań o wypowiedź pana prezydenta, pracownicy z jego prasowej świty „spuścili nas na szczaw”:
— Mamy odhaczone, że jesteście załatwieni — powiedziała jakaś pani. Nawet się nie przedstawiła.
To komplet informacji od prezydenta miasta stołecznego Warszawy. A Mazowiecki Urząd Wojewódzki? Rzecznik wojewody Leszka Mizielińskiego, Ryszard Grąbkowski zareagował natychmiast. Stanowisko wojewody w sprawie Świętokrzyskiej 14 zawarło się na 4 stronach maszynopisu. Szczegółowy, porządny opis aspektów prawnych całej sprawy. Sens postawy wojewody wobec WPBM-u streszcza ostatnie stwierdzenie: „Wojewoda Mazowiecki nie jest stroną w toczących się postępowaniach administracyjnych. Jako organ założycielski przedsiębiorstwa jest zainteresowany jak najszybszym rozstrzygnięciem w zakresie własności i władania budynkiem przy ul. Świętokrzyskiej 14”.
Zarządca komisaryczny Jan Andrzej Sieradzki też ma swoje zdanie. Z zadartą głową i wzrokiem wbitym w sufit odpowiada na pytanie: Jak pan widzi wyjście z tej sytuacji?
— Dla mnie, jako dyrektora najważniejsze jest odzyskanie natychmiast prawa do swojego majątku. Dlatego, że nie może być tej sytuacji, że ja będę musiał napisać wniosek o likwidację firmy, jednocześnie mając tutaj po prostu majątek i to w dobrym — proszę ja ciebie — technicznym i nie mogę nim rozporządzać. To jest dla mnie niesłychanie ważne! Dlaczego? Dlatego, że ktoś mnie uniemożliwia posłużenie się swoim majątkiem! Mnie wystarczy jakikolwiek wyrok — powiedzmy sobie. O to mi chodzi.
