Nadchodzi globalna dezinflacja

opublikowano: 29-11-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Podczas gdy inflacja CPI w Polsce dziarsko zmierza ku 20 proc., ekonomiści coraz częściej piszą o zjawiskach dezinflacyjnych.Mogą mieć rację, ponieważ wiele sygnałów świadczy o tym, że rok 2023 będzie stał pod znakiem silnego spadku inflacji.

Rok temu powszechnie przepowiadano szczyt inflacji na styczeń bądź luty 2022 r. Cóż… nie sprawdziło się to najlepiej. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę doszło do skokowego wzrostu cen surowców energetycznych, co podbiło i tak już wcześniej wysoką inflację w Polsce i na świecie do poziomów niewidzianych od kilkudziesięciu lat. U nas indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) w listopadzie był o 18 proc. wyższy niż rok wcześniej. Także w wielu innych krajach Unii Europejskiej dwucyfrowa inflacja jest normą. Takiego kryzysu inflacyjnego w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej nie doświadczono od 40 lub więcej lat.

Prognozy na najbliższe kilka miesięcy wciąż są niekorzystne. Za sprawą powrotu do wyższych stawek VAT na początku 2023 roku czeka nas gwałtowny wzrost cen energii elektrycznej, paliw płynnych i gazu ziemnego. To wszystko może w Polsce podbić statystyki inflacji CPI w rejon 20 proc. Ale nie wszędzie sytuacja wygląda aż tak źle. W USA inflacja CPI maleje od czerwca. W Niemczech najprawdopodobniej osiągnęła swój szczyt w październiku. W Hiszpanii szybko spada od lipca (z 10,8 do 6,8 proc.), ale to efekt głównie ustalenia administracyjnych cen energii.

Koniec inflacyjnej galopady

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że same wskaźniki CPI (lub HICP) w tym roku były regularnie manipulowane przez rządzących. W Europie popularne stały się urzędowe ceny energii (Hiszpania, Wlk. Brytania), obniżki VAT na wybrane towary (np. w Polsce) lub nadzwyczajne subsydia (jak np. w Czechach), które sztucznie zaniżały odczyty wskaźników cen. Dlatego też w krótkim okresie nie warto porównywać wskaźników CPI między poszczególnymi krajami – zwłaszcza w przypadku krajów UE.

Niemniej jednak inflacyjna galopada to już w znacznej mierze pieśń przeszłości. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na giełdowe ceny tych dóbr, które w ostatnich miesiącach napędzały dynamiki CPI. Zacznijmy od największego inflacyjnego hitu w Polsce, jakim były ceny opału (głównie węgla): w portach ARA dwa tygodnie temu osiągnął ceny z końcówki lutego. To samo stało się z hurtowymi cenami gazu w Holandii, które choć wciąż są historycznie bardzo wysokie, to jednak wróciły do stanu z wiosny. Ropa naftowa była niedawno najtańsza od stycznia, a hurtowe ceny paliw w Londynie i Nowym Jorku wróciły do poziomu z początku roku.

Spadki cen nie dotyczą jedynie paliw i energii. Przez ostatnie pół roku w dół poszły notowania 27 z 34 głównych surowców przemysłowych i rolnych. Wyższe niż wiosną są w zasadzie tylko ceny gazu w Europie oraz bydła, soku pomarańczowego, kakao, platyny i uranu. Lecz generalnie w sektorze commodities od czerwca trwa spadkowa korekta, albo nawet już regularna bessa. Podobne tendencje widać w globalnym sektorze rolnym. Indeks cen żywności FAO w październiku odnotował siódmy z rzędu miesiąc spadku i wrócił do stanu ze stycznia i lutego - wynika z danych Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). Roczna dynamika indeksu FAO spadła z 34 proc. w marcu do zaledwie 2 proc. w październiku. Oznacza to, że cały szok na rynkach rolnych wywołany rosyjską agresją na Ukrainę został już wymazany z wykresów. Tak samo wygląda to na rynku nawozów sztucznych, których ceny w Stanach Zjednoczonych wróciły do poziomów z lutego.

Wygasły także dwa inne inflacyjne impulsy, które nakręcały globalną inflację od wiosny 2021 roku. Pierwszym jest wyczerpanie się covidowych stymulantów fiskalnych w Stanach Zjednoczonych. Po otwarciu gospodarek Zachodu konsumenci zaczęli na potęgę wydawać wymuszone oszczędności zgromadzone podczas lockdownów. Ten konsumpcyjny boom doprowadził do zerwania się światowych łańcuchów dostaw w przemyśle i transporcie. Lecz stawki przewozu kontenerów drogą morską wróciły do poziomów wyjściowych. Równocześnie amerykański czy europejski konsument jest kompletnie spłukany i nie stać go na dalsze zakupy mebli, samochodów, AGD czy RTV. Teraz martwi się, czym zimą ogrzeje dom i ile pieniędzy zostanie mu po opłaceniu rachunków za energię, paliwo i żywność. Ten odwrót konsumenta widać już w danych o sprzedaży detalicznej, która po uwzględnieniu wzrostu cen albo nie rośnie (jak w Polsce), albo wręcz mocno spada (jak w USA).

Dodatkowo niemal wszędzie na świecie wynagrodzenia od kilku miesięcy rosną wolniej niż koszty życia mierzone wskaźnikami CPI. W Polsce praktycznie od maja mamy do czynienia z realnym spadkiem wynagrodzeń. Choć nominalne płace w sektorze przedsiębiorstw rosną średnio w kilkunastuprocentowym tempie, to realnie pracownicy mogą za zarobione pieniądze kupić coraz mniej dóbr konsumpcyjnych. Jeszcze większy regres pod tym względem panuje w USA czy Europie Zachodniej.

Cofnięcie monetarnego tsunami

Na dłuższą metę inflacja zawsze jest zjawiskiem monetarnym i zasadniczo wynika z tego, że ilość pieniądza w gospodarce przyrasta szybciej niż ilość wytwarzanych dóbr. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia wiosną 2020 r., gdy rządu i banki centralne wykreowały i wpompowały do gospodarki biliony dolarów, euro i innych walut. Gdy tylko gospodarka została odmrożona, pieniądze trafiły na rynek zderzając się z twardymi ograniczeniami po stronie podaży. Stąd wzięła się inflacyjna fala z lat 2021-2022.

Ale monetarna ekspansja to już przeszłość. W Stanach Zjednoczonych podaż pieniądza M2 rośnie w najwolniejszym tempie od 27 lat i niedługo możemy być świadkami bezprecedensowego spadku ilości pieniądza w największej gospodarce świata. W średnim i dłuższym terminie to potężna siła dezinflacyjna. Trochę inaczej sytuacja wygląda w Polsce. Co prawda u nas pieniądza wciąż przyrasta w solidnym tempie 7 proc. rocznie, ale struktura tego wskaźnika także przemawia za niższą inflacją w przyszłości.

Wieści z odcinka monetarno-kredytowego zapowiadają ostre hamowanie aktywności gospodarczej i spadek popytu na całej szerokości frontu konsumpcyjnego i inwestycyjnego. To powinno zaowocować wyraźnym wyhamowaniem wzrostu cen w gospodarce.

U nas mamy do czynienia z niespotykanym nigdy wcześniej spadkiem podaży pieniądza M1, obejmującego przede wszystkim gotówkę w obiegu. To znak, że najbardziej płynny i gorący pieniądz znika z rynku, trafiając na bankowe lokaty. Dla mnie to sygnał, że w kolejnych miesiącach pieniądz będzie krążył wolniej i że generalnie będzie on mniej dostępny. Po drugie, doszło do załamania aktywności kredytowej w sektorze mieszkaniowym. Spadek sprzedaży hipotek rzędu 75 proc. r/r zapowiada krach nie tylko w budownictwie, ale też w wielu branżach z nim związanym (czyli sprzedaż mebli, AGD, materiałów budowlanych itd.). To także znacznie mniejsze zapotrzebowanie na budowlańców, co dodatkowo przełoży się na spadek konsumpcji. Reasumując, wieści z odcinka monetarno-kredytowego zapowiadają ostre hamowanie aktywności gospodarczej i spadek popytu na całej szerokości frontu konsumpcyjnego i inwestycyjnego. To powinno zaowocować wyraźnym wyhamowaniem wzrostu cen w gospodarce.

Nie zapominajmy, że spadek inflacji nie oznacza spadku cen. Dezinflacja (czyli coraz niższe odczyty rocznej dynamiki wskaźnika CPI) oznacza tylko tyle, że ceny będą rosły wolniej. Raczej nie ma szans, aby wróciły one do wartości z roku 2019. Do tego potrzebowalibyśmy potężnej deflacji, a tej przynajmniej na razie nikt nie prognozuje. Aby siła nabywcza złotego osiągnęła stan sprzed pierwszego covidowego lockdownu, wskaźnik CPI musiałby spaść o 21 proc.!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane