Obligacyjna bańka zagraża gospodarce

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2012-12-13 00:00

Zagraniczni inwestorzy masowo kupują polskie papiery skarbowe. To staje się niebezpieczne – ostrzegają ekonomiści

Polskie obligacje biją kolejne rekordy popularności. Pęd inwestorów do naszych papierów jest tak silny, że oprocentowanie jest na najniższych poziomach w historii. Rentowności dziesięcioletnich obligacji spadły właśnie do 3,87 proc., czyli od września zmniejszyły się o 1 pkt proc. To dobra wiadomość, bo w długiej perspektywie obniża to wydatki rządu na obsługę zadłużenia.

None
None

— Notowane obecnie rentowności są na poziomach, które jeszcze kilka miesięcy temu wydawały się nieosiągalne. Polska przeżywa świetną passę na rynkach finansowych — mówi Peter Brezinschek, główny ekonomista wiedeńskiego Raiffeisen Bank International. Polskie obligacje kuszą zwłaszcza inwestorów zagranicznych, w tym banki centralne z egzotycznych krajów (podobno m.in. z Chin czy Indonezji). Nabywcy szukają bezpiecznych aktywów, które jednocześnie dają zarobić, czyli oferują choćby 3-4 proc. odsetek.

— Polskie obligacje spełniają te warunki, a perspektywa coraz głębszego luzowania polityki pieniężnej w Polsce daje szansę dodatkowego zarobku na stopach procentowych — tłumaczy Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Na linii strzału

Silny pęd zagranicy na rynek polskich obligacji ma jednak też swoje ciemne strony. Coraz większa część polskiego długu jest w rękach zagranicznych, w dużej części spekulacyjnych, krótkoterminowych inwestorów. Rośnie przez to ryzyko, że kiedy na rynki wróci silna nerwowość, rozpocznie się wyprzedaż naszych papierów, co może wywindować rentowności, zagrozić stabilności finansów publicznych (właśnie to pogrążyło w ostatnich latach Grecję, Irlandię czy Portugalię) i gwałtownie osłabić złotego.

— Napływ kapitału do polskich obligacji odzwierciedla bardzo dobrą ocenę gospodarki i finansów publicznych kraju, ale jednocześnie stwarza ryzyko, że ta tendencja kiedyś się odwróci. Kiedy niepewność na rynkach wzrośnie, może nastąpić odwrót od polskich papierów — mówi Peter Brezinschek.

Cztery lata temu, kiedy zaczynał się kryzys, zagraniczni inwestorzy posiadali niespełna 34 proc. wszystkich krążących po rynku obligacji wyemitowanych przez polski rząd. Na koniec września 2012 r. było to już 53,3 proc., a obecnie ten udział prawdopodobnie przekracza 55 proc. To znaczy, że jesteśmy znacznie bardziej niż przed kryzysem narażeni na rynkowe szoki.

— Kapitał płynie do Polski wręcz zbyt szerokim strumieniem. Na rynku długu narosła przez to nierównowaga, która prędzej czy później musi pęknąć. Nie ma co liczyć, że ten napływ kapitału utrzyma się w nieskończoność. Niedługo, pewnie już w pierwszym kwartale 2013 r., nastąpi silna korekta, czyli wyprzedaż polskich papierów — twierdzi Dariusz Winek, główny ekonomista BGŻ.

Wystarczy iskra

Potencjalnych punktów zapalnych, które mogą wywołać masową wyprzedaż, jest wiele — leżą zarówno w kraju, jak i za granicą.

— Największe krajowe rodzaje ryzyka dotyczą tego, że polska gospodarka spowolni bardziej, niż wcześniej sądzono, albo że wskaźniki fiskalne będą wyraźnie gorsze, niż zapowiada rząd — mówi Dariusz Winek.

Za granicą też nie brakuje potencjalnych iskier, które mogą wywołać pożar. Może to być nawrót kryzysu w strefie euro (np. ponowne wątpliwości dotyczące wypłacalności Hiszpanii czy Włoch), przekroczenie przez dług publiczny USA progu ostrożnościowego (mechanizm tzw. fiskalnego klifu) czy utrata płynności finansowej przez dużą instytucję finansową.

— Polska ma status bezpiecznej przystani, ale tylko w czasach względnego spokoju na rynkach finansowych. Jeśli znowu zrobi się nerwowo, nie wierzę, że Polska będzie odporna na te zewnętrzne szoki i kapitał nie będzie stąd odpływał — mówi Dariusz Winek.

Warto jednak pamiętać, że Ministerstwo Finansów i Narodowy Bank Polski (NBP) mają arsenał narzędzi, którymi mogą choć trochę łagodzić skutki ewentualnej wyprzedaży polskiego długu.

— Nie jesteśmy zupełnie bezbronni. Po pierwsze, mamy linię kredytową w Międzynarodowym Funduszu Walutowym wartą 30 mld USD. Po drugie, mamy własną politykę pieniężną. Bank centralny może wprowadzać różne nietypowe, dotychczas niestosowane w Polsce, rozwiązania — mówi Ernest Pytlarczyk. NBP może na przykład drastycznie ściąć — do rekordowo niskich poziomów — stopy procentowe.

Może też wziąć przykład z Rezerwy Federalnej USA czy Europejskiego Banku Centralnego i uruchomić program skupu rządowych obligacji. Za nowo wykreowany pieniądz NBP tworzyłby sztuczny popyt na nasze papiery, czym ograniczałaby skalę wzrostu rentowności. Już w styczniu Jacek Rostowski, minister finansów, sugerował, że w razie potrzeby można podjąć takie działania.

Możesz zainteresować się również: