Wskaźnik oczekiwań inflacyjnych zwiększył się w marcu do 33,3 pkt wobec 19,8 pkt miesiąc wcześniej. Miara ta pokazuje saldo odpowiedzi, gdzie dodatnia wartość oznacza, że więcej ankietowanych osób spodziewa się wzrostu cen niż ich spadku w najbliższych 12 miesiącach.
Pesymizm największy od lat
Skok jest duży i nagły. Oczekiwania inflacyjne znalazły się na najwyższym poziomie od stycznia 2023 r., gdy inflacja w Polsce sięgała 17 proc. r/r.
Ten skok to naturalna reakcja na wzrost cen paliw. Tylko w ostatnich dwóch tygodniach stawki na stacjach benzynowych poszły w górę o 15 proc. w reakcji na szok naftowy wywołany wybuchem wojny w Iranie.
Czy inflacja poszybuje?
Pytanie brzmi więc: czy oczekiwania inflacyjne mogą się odkotwiczyć i wywołać duży, trwały wzrost cen w polskiej gospodarce? Takie ryzyko istnieje, ale jest mało prawdopodobne, by inflacja trwale, czyli na dłużej niż kwartał lub dwa, podskoczyła do 5–6 proc.
Oto dlaczego.
By odkotwiczenie oczekiwań trwale podniosło inflację, musi uruchomić spiralę płac i cen. Mechanizm jest prosty: w reakcji na spodziewany wzrost cen pracownicy wymuszają podwyżki, te podnoszą koszty firm, a firmy przenoszą je na konsumentów przez wyższe ceny towarów i usług. Potem koło się zamyka. I zaczyna kręcić od nowa. Dlatego banki centralne tak baczną uwagę przykładają do oczekiwań cenowych. Niektóre teorie wskazują wręcz, że właśnie odkotwiczenie oczekiwań było główną przyczyną fali inflacyjnej na świecie w latach 2022–23.
Hamulce dla podwyżek płac
Jednak w obecnych warunkach makroekonomicznych uruchomienie tego mechanizmu jest mało prawdopodobne. Z kilku powodów.
Po pierwsze, rynek pracy jest dziś bardziej rynkiem pracodawcy niż pracownika. Stopa bezrobocia rośnie, wskaźniki wolnych miejsc pracy spadają. W takich warunkach przełożenie wyższych oczekiwań inflacyjnych na wzrost płac może być marginalne albo żadne.
Po drugie, popyt konsumpcyjny jest słabszy niż w 2022 r., a łańcuchy dostaw zdrowsze. Firmy nie mają przestrzeni, by przenosić wzrost kosztów na konsumentów — bo po prostu stracą klientów. Bardziej prawdopodobne jest, że ewentualne podwyżki płac poszłyby w niższe marże, a nie w wyższe ceny końcowe.
Po trzecie, polityka fiskalna jest mniej ekspansywna, a stopy procentowe znacznie wyższe. W szok energetyczny 2022 r. wchodziliśmy po dużej ekspansji fiskalnej i z najniższymi stopami od lat. Dziś polityka monetarna jest bardziej restrykcyjna, a rentowności obligacji na tyle wysokie, że rząd nie ma przestrzeni, by powtórzyć tamte pakiety wsparcia. Nawet gdyby chciał.
Dodatkowo obecny szok wydaje się przejściowy i dotyczy wąskiego segmentu gospodarki. A Polska i Europa są dziś lepiej zabezpieczone na surowcowe perturbacje niż kilka lat temu.
Nie każdy nagły wzrost oczekiwań inflacyjnych kończy się falą cenową. Wszystko zależy od tego, czy społeczeństwo uwierzy, że za drożejącymi paliwami kryje się coś głębszego — trwały wzrost cen szerokiego koszyka dóbr. I czy ta wiara zdoła uruchomić spiralę płac i cen.
Na razie wyższe oczekiwania podsycają tylko rosnące ceny paliw. Ale nie ma jeszcze sygnałów, że przekonanie o trwałej utracie kontroli nad inflacją zakorzenia się w gospodarce.
