Polscy przedsiębiorcy, którzy chcą rozpocząć działalność gospodarczą w Niemczech, w świetle przepisów są traktowani na tych samych zasadach co biznesmeni z krajów UE. To jednak tylko teoria. Otworzenie firmy u naszych zachodnich sąsiadów to prawdziwa droga przez mękę.
Każdy obywatel Polski jako osoba fizyczna lub prawna może na terenie Niemiec założyć działalność gospodarczą. Od 1994 r., kiedy w życie wszedł Układ Europejski, Polacy mają takie same prawa jak obywatele Unii Europejskiej. Jednak dopiero w październiku 2001 r. Bundestag przyjął odpowiednie przepisy.
— To tylko teoria. Urzędnicy wiedzą o zmianie, ale nie chcą tego przyjąć do wiadomości — uważa Waldemar Gruna, przedsiębiorca, współzałożyciel Centrum Promocji, Kooperacji i Handlu dla polskich firm w Ödernitz koło Görlitz i wydawca polsko-niemieckiego miesięcznika „Dolny Śląsk”.
Pierwszym punktem programu dla przedsiębiorcy, który chce założyć firmę w Niemczech, jest uzyskanie wizy. Pracodawca nie musi mieć pozwolenia na pracę, ale potrzebuje pozwolenia na pobyt, czyli wizy.
— Obecnie niemiecki urząd bada wniosek o wizę dla przedsiębiorcy, który chce otworzyć działalność w Niemczech, pod kątem dwóch podstawowych kryteriów: czy biznesmen ma odpowiednie kwalifikacje zawodowe oraz czy zapewni sobie środki na utrzymanie i ubezpieczenie zdrowotne. Dodatkowo należy wykazać się znajomością języka niemieckiego w stopniu wystarczającym do prowadzenia planowanej działalności — mówi Dorota Thiel-Jankiewicz, kierownik projektu w przedstawicielstwie Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki w Berlinie.
— Nie wiadomo, czy te przepisy niemieckie są zgodne z tekstem i sensem umowy stowarzyszeniowej. Nie ma jeszcze w tej sprawie decyzji sądu europejskiego w Luksemburgu — dodaje Hans-Bernhard Lahme, prezes firmy Niemiecki Konsultant.
Często jest to bardziej skomplikowane
— Aby otrzymać wizę, najlepiej przedstawić umowę o wynajmie mieszkania i powierzchni biurowej. Ponadto należy udowodnić, że z planowanej działalności da się wyżyć. Konieczne jest też opłacenie ubezpieczenia zdrowotnego, bo za granicą ZUS nie obowiązuje. Takie ubezpieczenie oferują w Polsce niektóre towarzystwa, średnio na rok płaci się 200 USD (840 zł), a za porównywalne ubezpieczenie wykupywane w Niemczech — dziesięciokrotnie więcej. Zanim polski przedsiębiorca otrzyma wizę, na otwarcie jego firmy muszą się zgodzić jeszcze: izba przemysłowo-handlowa, izba rzemieślnicza i powiat czy miasto, w którym prowadzona ma być działalność — wylicza Hans-Bernhard Lahme.
Procedura trwa około trzech miesięcy. Wiza zostaje przyznana na trzy miesiące i potem należy ją przedłużać w urzędzie ds. obcokrajowców. Urząd może ją przedłużyć tylko o kolejne trzy miesiące.
— Potem pozostaje zgłoszenie działalności w urzędzie ds. gospodarki. Ten informuje urząd skarbowy i towarzystwo zawodowo-ubezpieczeniowe — dodaje Dorota Thiel-Jankiewicz.
Inaczej wygląda procedura w przypadku stworzenia spółki z o.o. Wtedy najpierw należy w obecności notariusza podpisać umowę, założyć konto bankowe, wpłacić na nie kapitał spółki (minimum 25 tys. EUR w przypadku spółki z o.o.), wynająć lokal, zgłosić fakt podjęcia działalności w urzędzie ds. gospodarki i wreszcie można zacząć działać.
Nawet kiedy już uda się rozpocząć działalność, to jeszcze nie koniec problemów.
— Polska firma nie może zatrudnić Polaków, bo najpierw musi poinformować, że szuka pracowników, a na wolne miejsca zawsze znajdą się chętni Niemcy — twierdzi Hans-Bernhard Lahme.
Te problemy powodują, że niewiele krajowych firm decyduje się na działalność w Niemczech. Ile się na to zdecydowało — dokładnie nie wiadomo. Dane Bundesbanku kończą się na 2000 r. Podobno u naszego zachodniego sąsiada obecnych jest 400 polskich spółek. Co najmniej 200 z nich to firmy budowlane, które pracują w ramach umowy o dzieło. Tymczasem w Polsce obecnych jest kilka tysięcy firm z Niemiec.
— Od stycznia tego roku wszczęliśmy 30 postępowań, w wyniku których mają powstać w Niemczech polskie firmy. Do tej pory żadna z nich nie rozpoczęła działalności — opowiada Hans-Bernhard Lahme.
— Niewiele firm za naszym pośrednictwem starało się wejść do Niemiec. W ubiegłym roku były to dwie spółki, w tym — sześć. Polskie firmy nie zawsze czują się na siłach kreować swoją markę. Ale i tak 70 proc. naszego eksportu trafia do Niemiec. Ponad 50 proc. mebli sprzedawanych w Niemczech produkuje się w naszym kraju — mówi Dorota Thiel-Jankiewicz.
Nie każda firma powinna jednak decydować się na wejście do Niemiec.
— Polska firma, która o tym myśli, powinna mieć ustabilizowaną pozycję na rynku polskim. Jeżeli ktoś ma kłopoty w Polsce, będzie je też miał w Niemczech. To prawda, że o wiele łatwiej jest operować na rynkach zagranicznych z Niemiec niż z Polski. Ale w przypadku polskich przedsiębiorców nie ma mowy o inwestycjach w produkcję, lecz raczej w sprzedaż usług i produktów. Największe szanse mają branże: meblarska, włókiennicza i nowych technologii. Mamy olbrzymie poparcie polityków niemieckich. Pozostają tylko problemy z biurokracją, ale te można częściowo ominąć korzystając z pomocy instytucji, które uwiarygodniają przedsięwzięcie — twierdzi Jacek Robak, prezes Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki.