Z punktu widzenia wzrostu gospodarczego najważniejszym zadaniem polityki gospodarczej jest dokończenie prywatyzacji, czyli odsunięcie państwa od bezpośredniego zajmowania się produkcją dóbr i usług. Niezbywalną rolą państwa jest natomiast tworzenie warunków sprzyjających rozwojowi sektora prywatnego, czyli dbanie o to, by podatki były niskie (co jest domeną polityki fiskalnej), a ceny stabilne (domena polityki pieniężnej).
Obecność państwa w sektorze produkcji utrudnia prowadzenie polityki fiskalnej i pieniężnej. Gdy państwo występuje w podwójnej roli — kreatora polityki oraz (nieefektywnego najczęściej) przedsiębiorcy — zamiast trudnej i niepopularnej restrukturyzacji swoich przedsiębiorstw woli poluzować politykę makroekonomiczną. Naciski na państwo wywierane są bezpośrednio: silne lobby przemysłowe domaga się protekcji, a związki zawodowe domagają się udziału w korzyściach, jakie ta protekcja przynosi. Rosną obciążenia budżetu dotacjami dla przedsiębiorstw przynoszących straty i nie ma miejsca na obniżanie podatków, rosną płace w sektorze państwowym, które wymuszają wzrost kosztów pracy w sektorze prywatnym. Maleją bodźce do podejmowania i rozszerzania działalności gospodarczej, tworzy się mało nowych miejsc pracy. Rośnie bezrobocie, rosną naciski na poluzowanie polityki makroekonomicznej. Gdy polityka fiskalna dochodzi do granic wytrzymałości, naciski przenoszą się na politykę pieniężną, która zmianą ceny pieniądza nie jest w stanie nic zaradzić, gdyż psucie pieniądza nie pomaga w uzdrawianiu finansów publicznych.
Doświadczenie krajów rozwiniętych podpowiada jednoznacznie: aby uchronić politykę pieniężną przed naciskami, potrzebny jest niezależny bank centralny. Niezależność jest instrumentem, za pomocą którego demokracja nakłada na rządzące ugrupowanie odpowiedzialność przed wyborcami. Z kolei obowiązkiem niezależnego banku jest dbałość o stabilny pieniądz. Polska, podobnie jak 22 inne kraje mające niezależne banki centralne, dba o stabilny pieniądz bezpośrednio, czyli poprzez ogłaszanie i kontrolowanie dynamiki wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych (inflacja) w okresie średnim, wspomagając się celami rocznymi. Tak jak podstawą demokracji są wolne wybory, tak podstawą polityki bezpośredniego celu inflacyjnego jest niezależność banku centralnego. Bank centralny wpływa na inflację, czyli wzrost wszystkich cen konsumpcyjnych, mając do dyspozycji w zasadzie jeden instrument — cenę pieniądza, czyli stopę procentową.
Na konferencji podkreślano, że eksperyment na modelach wykorzystywanych przez różne kraje potwierdził, iż najsilniejsza rekcja gospodarki na zmianę stóp procentowych następuje pomiędzy 6 a 9 miesiącem od podjęcia decyzji. Bardzo ważnym wnioskiem jest też, że siła reakcji na samą zmianę stopy procentowej zależy od tego, czy jest ona oczekiwana, czy też zaskakuje rynek. Ujmując rzecz prosto, uczestnicy rynku także analizują to, co się dzieje w gospodarce, dochodzą do podobnych wniosków. Rynek obserwuje, jak reaguje bank centralny i po pewnym czasie jest w stanie przewidzieć decyzje. Gdy trafia z przewidywaniami — nabiera zaufania. Wtedy reakcja na zmianę stóp procentowych też przebiega zgodnie z przewidywaniami. Można się o tym przekonać, gdy po ruchu stóp nie następują gwałtowne zmiany kursu walutowego. Dlatego tak ważną zasadą w krajach OECD jest nie podważać zaufania do banku centralnego.
Drugi dzień konferencji poświęcony był problematyce rynku pracy i bezrobocia. Zastanawiano się nad skutecznymi politykami wiodącymi do zmniejszania bezrobocia. Przedstawiono historię obniżania bezrobocia w Irlandii, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, czyli w krajach, którym udało się zmniejszyć stopę bezrobocia z bardzo wysokiej do 3-4-proc. Tymczasem wysokie bezrobocie w Polsce to przede wszystkim efekt niskiego popytu na pracę. Z analizy doświadczeń krajów OECD płynie jeden wniosek: trzeba działać kompleksowo, deregulować rynek pracy wraz z rynkiem produktów. Trzeba podejmować działania niepopularne. Przykład Irlandii, Holandii i Hiszpanii, a także Wielkiej Brytanii pokazuje, że do takich działań zmusza najczęściej dopiero wysokie bezrobocie i poważny kryzys finansów publicznych.
Rynek pracy jest bardzo silnie związany z rynkiem produktów, co implikuje związek kosztów pracy z inflacją. Związek jest tylko z pozoru prosty. Każdy wie, że popyt na pracę zależy od popytu na produkcję. Ale wielu zapomina, że także zależy od ceny pracy. Z kolei cena pracy jest kosztem produkcji i wpływa na cenę produktu. Niższy koszt pracy to większy popyt na produkcję i większe zatrudnienie. Niższy koszt pracy to więcej nowych miejsc w gospodarce. Bo przedsiębiorcy mają wybór: zwiększyć zatrudnienie lub kupić maszynę.
Praca w Polsce jest droga. Bo przedsiębiorca kupując pracę płaci około 80 proc. więcej niż wynosi wartość pracy. Przyczyną są wysokie narzuty na płace oraz sztywny kodeks pracy. Narzuty na płace są dziś traktowane jak podatek — zatrudniony nie traktuje składki na fundusz emerytalny jako wynagrodzenia. Z kolei sztywny kodeks pracy, najogólniej mówiąc, zmusza pracodawcę do płacenia za niewykonaną pracę. To jest zabójcze, zwłaszcza dla małych firm. W liberalizacji rynku pracy chodzi zatem o to, by jak najbardziej związać koszt pracy z wytworzoną produkcją. By zatrudniony wziął na siebie część ryzyka związanego z działalnością gospodarczą. By wsiadł na ten sam wózek, co pracodawca.
Podstawowy wniosek dla Polski nie jest pocieszający. Nie ma szybkich i łatwych politycznie rozwiązań. Potrzebne są rozwiązania kompleksowe — z jednej strony stymulacja rozwoju sektora prywatnego, zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, czyli obniżanie podatków, z drugiej — obniżenie kosztu pracy dla pracodawcy, czyli efektywna reforma emerytalna, rozsądne gospodarowanie wydatkami socjalnymi oraz liberalizacja kodeksu pracy, czyli płaca za wykonaną pracę.